Pod wulkanem


villricax

Jednym z moich ulubionych zakątków Chile jest tzw. IX region, czyli Araucania. Są to tereny, w których spotkać można największą chyba ilość indian Mapuche, czyli historycznych mieszkańców tej ziemi. W niektórych wioskach stoją jeszcze „ruka” – tradycyjne, drewniane, kryte strzechą indiańskie domy. A przy odrobinie szczęścia, np. na targu w Temuco, usłyszeć można ich umierający już niestety język – mapudungun.

Ale Araucania to nie tylko Indianie – to także wspaniałe krajobrazy z krystalicznie czystymi jeziorami, w których przeglądają się w większości nadal czynne wulkany. Z Santiago do odległej o około 700 kilometrów Araucanii dostać się można samochodem, samolotem, pociągiem albo komfortowym autobusem. A wtedy już tylko: witaj przygodo!

Rafting, trekking, jazda konna, kolarstwo górskie, tyrolki, gorące źródła – wszystko jest możliwe. Głównym turystycznym centrum Araucanii jest wciśnięte między noszące tą samą nazwę (Villarica) jezioro i wulkan miesteczko Pucón. Ten wulkan jest jednym z niewielu na Ziemi, gdzie bez większego wysiłku zajrzeć można w bulgoczące wnętrze Ziemi. I warto to zrobić – wrażenie jest niezapomniane. Nieustający pomruk, drżenie ziemi, chlupot rozgrzanych do czerwoności płynnych skał – tego się nie da opisać, to po prostu trzeba zobaczyc, poczuć samemu…

I to mimo, że tak naprawdę „samemu” jest to niemożliwe – wyprawy na szczyt organizują tylko licencjonowane agencje. Za około 50 dolarów dostaniemy cały niezbędny sprzęt (w zależności od pogody i aktywności wulkanu w jego skład wejść mogą np. buty z rakami i maski gazowe) i przewodnika. Próba wejścia samotnie skazana jest na niepowodzenie, gdyż wulkan to Park Narodowy i umknąć czujnym oczu strażników jest po prostu niemożliwe – wulkan pozbawiony jest jakiejkolwiek roślinności i każda osoba na jego stokach jest widoczna z wielu kilometrów.

Ponieważ w zimie wulkan jest też dość sympatycznym centrum narciarskim, w lecie podczas jego zdobywania korzysta się z pomocy wyciągu krzesełkowego, który w kilkanaście minut wynosi dość wysoko w górę. Jednak potem już tylko nogi, główny krater znajduje się na wysokości 2847 metrów…

Wycieczkę często urozmaicają zabawne reakcję z stosunkowo licznych w tych okolicach turystów z Brazylii, dla których najczęściej jest to pierwszy w życiu… kontakt ze śniegiem. Śmieją się, tańczą, padają na kolana, dotykają go, jedzą… Zbyt często chyba zapominamy, że banalny dla nas śnieg jest czymś zupełnie nieznanym dla setek milionów mieszkańców naszego globu!

Pod wulkanem, czyli centrum Pucón.
Pod wulkanem, czyli centrum Pucón.

 

W drodze na szczyt...
W drodze na szczyt…

 

Jeszcze tylko kilkaset metrów...
Jeszcze tylko kilkaset metrów…
I już można zajrzeć do środka Ziemi!
I już można zajrzeć do środka Ziemi!

 Za każdym razem żal mi to miejsce opuszczać…

Prześlij dalej:

Jedna reakcja na "Pod wulkanem"

  1. patiperro  01/10/2009 o 18:08

    Przy odrobinie szczęścia (i bezczelności) można wejść na wulkan Villarica samemu. Trzeba tylko machnąć przed nosem strażników CONAF w Pucon i potem przy wjeździe do parku „profesjonalnym” sprzętem wspinaczkowym i w ogóle sprawiać wrażenie bezlitosnego profesjonalisty:))) Mi przynajmniej w ten sposób sie udało. Słyszałem też o takich, co wybierają się na bardzo popularny (bo opisany w Lonely Planet) treking trawersujący stoki Villarica i „niechcący” wchodza na szczyt z drugiej strony (z każdej strony tak samo łatwo).
    Na Villarica największą atrakcją jest oczywiście możliwość zobaczenia rozżarzonej lawy we wnętrzu krateru (przy sprzyjających wiatrach), lecz jeśli kogoś interesuje sama wspinaczka to zamiast oblężonego przez turystów Villarica zdecydowanie bardziej polecam wyższy, trudniejszy i nieporównanie piękniejszy (ach, te araukarie!) niedaleki wulkan Lanin na granicy z Argentyną, lub dla „leniwców” niższy Quetrupillan dokładnie pomiędzy wymienionymi wyżej, na który nawet można wjechać konno.
    Pozdrawiam wszystkich zakochanych w Andach.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.