Zakazany urok targowiska


Jeśli miałbym wymienić rzeczy, które mi się w Chile nie podobają na pewno znalazłaby się wśród nich charakterystyczna dla niemal wszystkich państw Ameryki Łacińskiej niesłychana „klasowość” tutejszego społeczeństwa. Szczególnie jest to widoczne w Santiago.

Miasto jest przedzielone niewidzialną, lecz bardzo wyraźną linią – jest część znajdująca się „powyżej” Plaza Italia i ta, która jest „poniżej” tego placu. Znam wielu bogatych, bądź chcących za takich uchodzić Chilijczyków, którzy nigdy tej linii nie przekroczyli. Którzy nigdy nie wsiedli do publicznego autobusu, ani metra, które nawiasem mówiąc jest bardziej czyste i nowoczesne, niż wiele z tych które kursują pod europejskimi metropoliami. Według nich metro i autobusy są dla plebsu…

To, że podróż samochodem, czy taksówką po zakorkowanych ulicach miasta trwa często wielokrotnie dłużej, nie jest dla nich argumentem. Dla nich w autobusach i metrze jest niebezpiecznie, w centrum napadają i w ogóle przestępczość jest taka, że jeśli nie ma się własnego samochodu i żyje poza ekskluzywnymi dzielnicami to każdgo dnia ryzykuje się własnym życiem.

Oczywiście, jak w każdym wielkim mieście, są w Santiago dzielnice gdzie lepiej samemu po ulicach nie chodzić. Jednak poza tymi peryferyjnymi „poblaciones” miasto jest wyjątkowo bezpieczne. Ja przynajmniej czuję się w nim o wiele bardziej pewnie niż np. w Warszawie, czy Paryżu. I z przyjemnością łażę po tym mieście, także nocami, czasem na berdzo długich trasach. Nikt nigdy jeszcze mnie nie napadł, ani nie zabrał aparatu czy torby z laptopem, które tak często mi towarzyszą. 

W Santiago nie jest na szczęście tak jak w São Paulo, gdzie gdy kiedyś chciałem zrobić zdjęcie na Avenida Paulista, czyli na głównej, najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta, i gdzie natychmiast podleciał do mnie policjant błagając abym natychmiast schował aparat bo zaraz ktoś na mnie napadnie…

W Santiago te absurdalne uprzedzenia sięgają tego stopnia, że mam np. koleżankę mieszkającą w centralnej dzielnicy Bellas Artes – pełnej artystów, kafejek i studentów i której matka nigdy nie odwiedziła w jej mieszkaniu. Powód: Bellas Artes znajduje się „poniżej” Plaza Italia. Najśmieśniejsze jest to, że odległość od tego magicznego placu to zaledwie jakieś 300 metrów. Dla matki jest to o te 300 metrów zbyt wiele!

Ostatnio zdobyła się jednak na odwagę i… przejechała samochodem obok budynku w którym mieszka jej córka. I potem zadzwoniła powiedzieć, że jest zdumiona iż wygląda on „tak porządnie”. Rzeczywiście budynek jest nowoczesny, z portierem i podziemnym garażem dla lokatorów… A mieszkanie koleżanki jest dużo ładniejsze niż niektóre o wiele droższe klitki, których jedyną zaletą jest to, że znajdują się w dzielnicach w których po chodnikach chodzą tylko służące w swych typowych kraciastych fartuszkach.

Osobom takim jak matka mojej koleżanki nigdy też do głowy by nawet nie przyszło aby wybrać się na zakupy do Mercado Central, gdzie każdego ranka rybacy zwożą świeżutkie ryby, małże i inne owoce morza. Albo do położonej tuż obok Vegi, gdzie handluje się wspaniałymi owocami i jarzynami.

Oni wolą zaopatrywać się w sterylnych supermarketach i płacić kilkakrotnie więcej za gorsze jakościowo towary. Ale jakoś nie jest ich mi żal. Każdy ma (i je) to co lubi…

Prześlij dalej:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.