Pachamama


Pachamama. Nie sposób zrozumieć kontynentu latynoamerykańskiego, a zwłaszcza jego rdzennych mieszkańców, nie znając tego pojęcia. Zresztą nie tylko latynoamerykańskiego. Dotyczy to na dobrą sprawę całej Ameryki, od Alaski po Ziemię Ognistą. W językach wszystkich tych, których Krzysztof Kolumb, w swej geograficznej ignorancji, nazwał Indianami, był/jest równoważnik Pachamamy: Abya Yala czy Tonantzin, a współcześnie Mother Earth na północy kontynentu i Madre Tierra na południu.

Matka Ziemia. Daje i odbiera nam życie, żywi nas, denerwuje się gdy nie okazujemy jej należytego szacunku. W chwili gdy huragany zamiatają Karaiby i brzegi Zatoki Meksykańskiej z niespotykaną dotąd częstotliwością, gdy europejscy naukowcy straszą ociepleniem i zamianą Hiszpanii w pustynię, nie sposób nie wspomnieć słów wielkiego północnoamerykańskiego indiańskiego szefa Seattle, który w 1854 roku nie był w stanie zrozumieć dlaczego wysłannicy prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Pierca, proponują mu zakup terenów na których żyli jego ludzie:

„Jak można sprzedać czy kupić niebo, bądź ciepło Ziemi? Jak możemy sprzedać coś, co do nas nie należy? Jesteśmy cząstką Ziemi, a Ziemia jest częścią nas. Wszystko to, co się przydarza Ziemi, przydarza się także nam. Jeśli zdecydujemy oddać wam naszą Ziemię, kochajcie ją tak jak myśmy ją kochali. Dbajcie o nią, tak jak myśmy o nią dbali”.

Prośba Seattle chyba nie do końca została spełniona…

Niestety.

Na szczęście stosunek wielu Indian do Pachamamy nie uległ zmianie. Więcej – wielu stara się obecnie wracać do swych korzeni. W Peru spotkałem w ubiegłym roku Luisa, młodego Indianina Quechua, który po studiach rolniczych w Limie wrócił do swojej doliny i po kilku latach intensywnego stosowania najnowszych – głównie chemicznych – technik agrotechnicznych postanowił przeprowadzić rewolucję. „Przestaliśmy nawozić. Całkowicie. I zbiory mamy teraz bardziej okazałe niż dawniej”- tłumaczył mi.

Luis przez wiele miesięcy jeździł po okolicznych wioskach szukając najstarszych mieszkańców i skrupulatnie spisywał od nich w jaki sposób pracowali na roli ich ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie. „Zdałem sobie sobie sprawę, że sami sobie na głowę zakładamy stryczek. Ziemia jest zmęczona tą całą chemią, którą ją faszerujemy. I to widać. Kiedyś wszystko było jasne – wiedzieliśmy kiedy będzie słońce, kiedy nadejdą deszcze. Teraz wszystko się rezregulowało – możemy mieć przez pół roku suszę i potem od razu powodzie. To nasza wina… Tyle lat tępo słuchaliśmy się tych „doradców”, którzy mówili, że chcą nas modernizować, a tak naprawdę chcieli tylko na nas zarabiać. Co roku sprzedawali nam coraz do lepsze i „wydajniejsze” nasiona, które koniecznie wspomagać trzeba było coraz silniejszymi i droższymi nawozami. A potem także chronić środkami insektobójczymi. Wszystko to oczywiście kosztowało krocie, ale sprzedawcy chętnie udzielali nam kredytów, tylko po to aby konfiskować nam później niemal całe zbiory” – opowiadał Luis.

Pod jego wpływem, w jego rodzinnej dolinie, wszystko się jednak zmieniło „Teraz jedynym nawozem jaki stosujemy jest kompost. Insekty trzymamy z dala siejąc między pomidorami, czy dyniami aromatyczne zioła. Stosujemy płodozmian. Przypomnieliśmy też sobie, że np. papryka od zawsze świetnie rosła w pobliżu orzechowców… Jesteśmy szczęśliwi, nikt nam nie zabiera płodów, wystracza dla nas, a nawet część dajemy radę sprzedać”.

Luis zdradził mi też, że gdy cokolwiek sieje to rozmawia z Matką Ziemią. „To nie jest banalna czynność. Powierzanie Ziemi nasion jest złożnieniem jej hołdu. Nie można tego robić ot tak. Trzeba czekać na dobry moment – gdy księżyc jest w pełni – i robić to z namaszczeniem. Wtedy są efekty.”

Naukowcy Uniwersytetu w Limie zainteresowali się tym powrotem do starych metod uprawy. I potwierdzają – rolnicy, którzy „rozmawiają z Ziemią” mają większe i dorodniejsze zbiory, niż ci którzy po prostu sieją. Naukowcy jedynie stwierdzają ten fakt. Wytłumaczyć go nie potrafią.

A ja dodam jeszcze na koniec coś co słyszałem wielokrotnie od Indian w Boliwii, Ekwadorze i Peru. Coś nad czym warto się chyba zastanowić. Ich zdaniem to, że swiat ma obecnie tyle kłopotów wcale nie wynika z tego, że jedni są biedni, inni bogaci. „Prawdziwym problemem jest to, że wy bogaci jesteście nieszczęśliwi. Nie słyszycie już śpiewu ptaków, nie zachwycacie się szumem wiatru w gałęziach, nie przynosi wam ukojenia chlupot wody. I tak długo jak wy będziecie nieszczęśliwi, na świecie nie będzie dobrze. Coraz częściej przyjeżdżacie do nas, jest was – nieszczęśliwych – coraz więcej. Nasz świat pewnie skazany jest na zniknięcie. Ale kto wie? Może nasze dusze odżyją kiedyś w duszach waszych wnuków?”




Prześlij dalej:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.