Causachun coca!

Niech żyje koka! - wszystko wskazuje, że Evo Morales, kandydat startujący pod takim właśnie hasłem, wygrał wybory prezydenckie w Boliwii!


Causachun coca! Wañuchun yanquis!” („Niech żyje koka, jankesi do domu!”) – takim prostym hasłem 46-letni boliwijski Indianin Aymara, Evo Morales, zmobilizował znaczną część swych rodaków do oddania na niego głosu we wczorajszych wyborach prezydenckich. Sondaże przeprowadzane przy wyjściu z lokali wyborczych wskazują, że to właśnie on stać się może kolejnym – czwartym od sierpnia 2002 roku – i pierwszym o tubylczym pochodzeniu, prezydentem Boliwii.

Evo Morales

Evo Morales na wczorajszej konferencji prasowej

Według danych opublikowanych późnym wieczorem wyborczej niedzieli na Moralesa oddano 44,5 proc. głosów, a na drugiego w prezydenckim wyścigu Jorge „Tuto” Quirogę, zaledwie 34 proc. Reszta głosów przypadła sześciu pozostałym kandydatom, w tym jednemu z najbogatszych ludzi w Boliwii, właścicielowi niemal wszystkich cementowni i restauracji Burger King w tym kraju, Samuelowi Dorii Medinie.

Jeśli wyniki te zostaną oficjalnie potwierdzone, to prezydentem albo zostanie Morales, albo… Boliwia stanie na progu wojny domowej. Konsytytucja tego kraju przewiduje bowiem, że jeśli w bezpośrednim głosowaniu żaden z kandydatów nie przekroczy 50 proc. poparcia to prezydenta spośród finałowej dwójki wybiera Parlament. A Morales już zapowiedział, że jeśli deputowani i senatorowie nie powierzą mu prezydenckiego fotela to w kraju wybuchnie krwawa rewolucja.

Czy taki scenariusz jest możliwy? W Boliwii wszystko jest możliwe, a decyzję jaką przed 22 stycznia podjąć musi Parlament tego kraju, przewidzieć będzie można dopiero po ogłoszeniu wyników odbywających się równolegle do prezydenckich wyborów parlamentarnych.

Tak, czy inaczej Boliwia skręciła w tą niedzielę zdecydowanie na lewo. I nie jest to bynajmniej pragmatycza, prorynkowa lewica reprezentowana w Ameryce Łacińskiej przez Chilijczyka Ricardo Lagosa, Argentyńczyka Nestora Kirchnera, czy Brazylijczyka Ignacio „Lulę” da Silvę. Evo Morales nie ukrywa, że dla niego wzorami są Fidel Castro i Hugo Chávez. I grozi, że stanie się „koszmarem” dla Waszyngtonu…

Movimiento al Socialismo, partia której Morales jest liderem to dość niebezpieczna mieszanka idei rewolucyjnych, nacjonalistycznych, antykapitylistycznych i czasem wręcz rasistowskich. Ale nie można odmówić jednak racji tym, którzy twierdzą, że w pewnym stopniu Stany Zjednoczone same sobie Moralesa wyhodowały. Boliwia to kraj tragicznych paradoksów – posiada jedne z największych na świecie złóż gazu naturalnego i jest równocześnie z 950 dolarami PNB na mieszkańca, jest najbiedniejszym krajem kontynentu.

Boliwijczycy, których 65 proc. żyje w ubóstwie, pytają się od lat – gdzie są pieniądze z eksploatacji naszych surowców naturalnych? I Morales, zgodnie z prawdą, im odpowiada: znikają w kieszeniach zagranicznych, w większości amerykańskich, koncernów. W ostatnich dekadach prawicowi, w dużej części skorumpowani politycy, bardziej interesowali się własną fortuną niż interesami rządzonego przez siebie państwa. I mimo to Stany Zjednoczone nie tylko ich tolerowały, ale i aktywnie wspierały. Nie bez powodu amerykański ambasador tradycyjnie nazywany jest w Boliwii… „wicekrólem”.

Jednak decyzją, którą Amerykanie niemal całkowicie zjednali przeciw sobie stanowiących 2/3 boliwijskiej populacji Indian Aymara, Quechua i Guaraní był „Plan Dignidad”, czyli trenowanie i wyposażanie boliwijskiej armii do walki z hodowcami koki. Od 1998 roku amerykańscy doradcy kolejnych boliwijskich prezydentów przekonywali ich, że plantacje koki w tym kraju należy zniszczyć całkowicie. Tymczasem dla wielu boliwijskich Indian koka to nie surowiec do produkcji kokainy, ale roślina będąca odwiecznym elementem ich kultury, wierzeń i sposobu życia.

Ci, którzy mieli szczęście podróżować po tym kraju dobrze wiedzą, że żadne lekarstwo nie jest w stanie zastąpić żucia liści koki, czy picia „mate de coca” w znoszeniu trudów związanych z przebywaniem na terenach znajdujących się często powyżej 4000 metrów nad poziomem morza. Zabronić Indianom uprawiania koki to tak jakby starać zabronić Polakom robienia na święta Bożego Narodzenia kutii, czy makowca pod pretekstem, że z maku robi się także heroinę…

Biali od czasu kiedy dotarli na nasze tereny starają się wzbogacać się na naszej koce. I dlatego, że nadużywają jej, że nie potrafią jej kontrolować, chcą ją teraz nam zabrać. – tłumaczy Morales, który w tą niedzielę do lokalu wyborczego przyszedł oddać głos z całym naręczem gałązek koki.

Dla Indian, którzy od wieków ją uprawiają, próby zakazu tej uprawy są nie do zrozumienia. I chwytają za broń w jej obronie. Współorganizowane właśnie przez Moralesa oddziały samoobrony toczą z boliwijską armią i jej amerykańskimi doradcami prawdziwe wojny. I od 2002 roku odnoszą sukcesy – w starciach zginęło więcej żołnierzy niż broniących swych upraw chłopów.

Morales obiecuje, że położy kres tym walkom, że jako prezydent wspierać będzie tradycyjne uprawy. Równocześnie zastrzega się, że nie chce zamykać drzwi przed współpracą z Amerykanami. –Stosunki z USA powinny być partnerskie, nie poddańcze. Jestem otwarty na negocjację i współpracę, na szukanie rozwiązań istniejących problemów, nie zgadzam się jednak aby te rozwiązania były nam narzucane. Boliwia i jej mieszkańczy muszą wreszcie odzyskać swą godność. Walczyć musimy z tym co produkują i przemycają kokainę, a nie z tymi którzy uprawiają kokę. Wiem, że to o wiele trudniejsze, ale innego wyjścia nie ma. Mam tymczasem wrażenie, że dla USA koka jest tylko pretekstem używanym do ingerencji w sprawy państw, w których jest ona częścią kultury. – powiedział wczoraj. I nie da się ukryć, że w Boliwii jest z czym walczyć – według ONZowskiego Biura ds. Walki z Narkortykami i Przestępczością kraj ten jest trzecim, po Kolumbii i Peru, producentem kokainy na świecie.

Stosunek do uprawy koki to nie jedyne amerykańskie zmartwienie związane z sukcesem Moralesa. Indiański przywódca obiecał także nacjonalizację koncernów eksploatujących surowce naturalne w jego kraju.

Ta perspektywa niepokoi zresztą nie tylko Amerykanów. Wielu boliwijskich ekspertów boi się, że pochopne decyzje nowego prezydenta mogą doprowadzić do zerwania umów o uprzywilejowanym handlu z USA i – przede wszystkim – doprowadzić do załamania zaopatrzenia energetycznego kraju. Nie wystarczy bowiem mieć gaz aby czerpać z niego profity. Trzeba mieć jeszcze drogie technologie i kompetencje aby je eksploatować. A tych ostatnich Boliwii brakuje. Tymczysem Morales poddany będzie ogromnej presji. Supersilna Federacja Górników zrzeszająca robotników pracujących w sektorze naftowym i gazowym już zapowiedziała, że nie obchodzi jej jak będzie się nazywał nowy prezydent, lecz jedynie rząda aby w ciągu 6 miesięcy od objęcia stanowiska znacjonalizował ten sektor i wprowadził prosocjalne reformy. W przeciwnym razie będzie musiał odejść. A z Federacją żartów nie ma – potrafi ona w krótkim czasie zmobilizować dziesiątki tysięcy manifestantów, którzy są w stanie całkowicie sparaliżować państwo. Przekonało się o tym ostatnio dwóch prezydentów Boliwii – pod presją ulicy ustąpił w 2003 roku Gonzalo Sánchez de Lozada i, w tym roku, Carlos Mesa.

Kontrkandydat Moralesa, zajmujący we wczorajszym głosowaniu drugie miejsce, Jorge „Tuto” Quiroga, ostrzega, że rządy Indianina szybko skończyć się mogą chaosem. Ten uchodzący za technokratę, wykształcony na amerykańskich uczelniach polityk, wciąż nie uznaje się za pokonanego. Liczy na tradycyjne amerykańskie wpływy w boliwijskim Parlamencie przed dycydującym wyborem i obiecuje prorynkowe reformy, połączone z bardziej sprawiedliwą dystrybucją narodowych dochodów. Nie ukrywa, że zależy mu na zwiększeniu współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i przyciągnięciu zagranicznych inwestycji.

Morales odpowiada, że Quiroga miał już swą szansę i jej nie wykorzystał. Quiroga rzeczwiście już rządził Boliwią – był wybrany wiceprezydentem u boku byłego dyktatora Hugo Banzera, który w 1997 wygrał wybory prezydenckie. I gdy Banzer umarł w 2001 roku na raka, to Quiroga zastąpił go na ponad rok na prezydenckim fotelu…

Wwczorajsze głosowanie – zaledwie szóste demokratyczne w ciągu 180 lat jakie minęly od uzyskania przez Boliwię niepodległości – bez wątpienia otworzyło nowy rozdział w historii tego kraju. Pytanie tylko, jaki?

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Causachun coca!"

  1. b_hunter  19/12/2005 o 15:34

    Doskonały pomysł – na następne wybory idę z naręczem makowców.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.