Brazylia sama wzbogaca uran

Brazylia zaczęła dokładnie to, za co Iranowi grozi się wojną – produkcję wzbogaconego uranu.


W miniony weekend Sergio Rezende, minister nauki i technologii tego kraju, inaugurował w Resende – 150 kilometrów na zachód od Rio de Janeiro – na terenach, które onegdaj były jedną z największych w Brazylii platacji kawy, pirerwszą brazylijską cywilną fabrykę atomowego paliwa.

Ma ona pozwolić Brazylii zaoszczędzić miliony dolarów, jakie każdego roku państwo to wydawało na zaopatrywanie swych dwóch, także znajdujących się nieopodal Rio, atomowych elektrowni: Angra 1 i Angra 2. I do których, najprawdopodobniej w 2013 roku, dołączy – już budowana – Angra 3.

W zakładach w Lagoa Real nie tylko wydobywa się uran, ale także produkuje tzw. yellowcake, który później wędruje do zakładów wzbogacania uranu. Brazylijczycy nie będą już musieli wysyłać go do Europy.

W zakładach w Lagoa Real nie tylko wydobywa się uran, ale także produkuje tzw. yellowcake, który później wędruje do zakładów wzbogacania uranu. Brazylijczycy nie będą już musieli wysyłać go do Europy.

Brazylia, mimo że posiada szóste co do wielkości złoża uranu na świecie, nie była do tej pory w stanie sama wytworzyć atomowego paliwa. Wydobywany przede wszystkim w Lagoa Real (stan Bahia) uran musiał być wysyłany do Europy i dopiero po wzbogaceniu go przez Urenco wracał do brazylijskich elektrowni. Teraz kraj ten będzie wreszcie atomowo samowystarczalny.

Tak jak Iran, tak i Brazylia popadła kilka miesięcy temu w konflikt z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej (IAEA). Początkowo rząd tego kraju oświadczył bowiem, że nie zgadza się na wizyty inspektorów ONZ-owskiej agencji w Resende. Brazylijczycy tłumaczyli swą odmowę strachem przed technologicznym szpiegowstwem i zapewniali, że międzynarodowej wspólnocie musi wystarczyć zapis w brazylijskiej konstytucji, który zabrania stosowania technologii nukleranych do celów wojskowych.

Zapisy jednak wystarczające nie są. Zwłaszcza w kraju, który miał kiedyś ambicje stać się nuklearnym mocarstwem – rządzący Brazylią między 1964 a 1985 rokiem generałowie mieli tajny program rozwoju atomowego arsenału, kryjący się pod kryptonimem „Solimões”. W samym sercu puszczy amazońskiej utworzono nawet poligon na którym planowano przeprowadzenie próbnej, podziemnej, atomowej eksplozji. I brazylijczycy byli bardzo blisko osiągnięcia celu. Głównie dzięki zachodnioniemieckiej firmie Kraftwerk Union, filii Siemensa, która – mimo ostrego sprzeciwu Stanów Zjednoczonych – sprzedała brazylijskim generałom w połowie lat 70-tych technologię, plany i urządzenia niezbędne do zbudowania atomowej bomby.

Prace nad nią przerwał powrót demokracji – w 1990 roku, ówczesny prezydent Fernando Collor de Mello ujawnił tajne plany wojskowych i nakazał zamknięcie wojskowych instytutów pracujących nad wzbogacaniem uranu. Parlamentarna komisja śledcza ujawniła wówczas także, że w 1981 roku brazylijscy generałowie sprzedali 8 ton uranu… Irakowi! Wszystkie te rewelacje sprawiły, że w bryzylijskiej konstytucji znalazł się wspomniany już zapis zabraniający wojskowym prac nad atomową technologią bez zgody parlamentu. Który to zgodę taką udzielił od tego czasu tylko raz – zazwalając Marynarce Wojennej kontynuowanie prac nad łodzią podwodną o atomowym napędzie.

Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej ma jednak powody aby być nieufna. Tym bardziej, że Brazylia ratyfikowała Traktat o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, który to nakłada na nią, podobnie jak na Iran, OBOWIĄZEK udostępniania swych atomowych instalacji zagranicznym kontrolerom. W przypadku Brazylii obejdzie się jednak bez sankcji – rząd tego kraju wynegocjował niedawno porozumienia z Agencją – inspektorzy nie zobaczą wprawdzie wirówek, ale będą skrupulatnie kontrolować uran dostarczany do zakładów w Resende, oraz paliwo je opuszczające. Rząd zobowiązał się, że w Resende produkowane będzie tylko i wyłącznie paliwo zawierające 5 proc. uranu 235, którego nie da się zastosować do produkcji atomowej broni.

Minister Sergio Rezende zapewnia, że wirówki w Resende – choc technologicznie są ponoć bardziej zaawansowane niż te stosowane za granicą (stąd strach przed szpiegami!) – są skonstruowane w taki sposób, że niemożliwe jest wyprodukowanie w nich uranu o dużo większej zawartości izotopu 235 (do produkcji bomby potrzebny jest uran wzbogacony o ponad 90 proc.).

 

Prześlij dalej:

2 reakcje na "Brazylia sama wzbogaca uran"

  1. nocnylot  09/05/2006 o 04:43

    Naprawde ciekawe! Nie mialem pojecia, ze Brazylia takze starala sie posiasc atomowy arsenal. Wiecie moze, czy inne kraje latynoskie takze?

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  13/07/2006 o 00:11

      jedyne znany mi program budowy latynoskiej bomby atomowej to, poza Brazylia, oczywiście Argentyna. Mówiąc dokładniej programy były dwa – pierwszy zainicjowany został jeszcze przez Peróna. Gdy władze w Argentynie przejeli wojskowi dyktatorzy, dość paradoksalnie, jedną z ich pierwszych decyzji było jendak porzucenie atomowych ambicji. Do tego stopnia, że ujawnili istnienie ściśle tajnego wojskowego Laboratorio de Procesos Radioquímicos w Ezeiza pod Buenos Aires. Laboratorium nie zostało jednak zamknięte – wojskowi zdecydowali, że nabyte kompetencje przydadzą się do cywilnego użytku. LPR zaczął więc pracować pod kontrolą IAEA głównie na rzecz rozwoju i budowy Atucha I (pierwsza elektrownia atomowa na kontynencie) i Embalse (elektrownia atomowa pod Cordobą, gdzie m.in. produkuje się na dużą skalę kobalt do użytku medycznego).
      Na samym początku lat 80-tych, w obliczu możliwości wybudowania atomowej bomby przez sąsiednią Brazylię, argentyńscy wojskowi ponownie zaczęli jednak myśleć o wojskowym nuklearnym programie. Plan produkcji plutonu, który miał być pierwszym krokiem w kierunku argentyńskiej atomowej broni powierzono pułkownikowi i zarazem doktorowi fizyki, Ricardo Rapacioliemu. Podstawowym problemem był jednak fakt, że cała niezbędna infrastruktura znajdowała się w LPR. Tam też pracowali niemal wszyscy ludzie mający odpowiednią wiedzę. No ale LPR nie był już tajny… Rapacioli miał więc problem. Jak znaleźć chętnych i miejsce do pracy zachowując tajemnicę? W efekcie nad projektem argentyńskiej bomby pracowali sami wojskowi. Prawą ręką Rapacioliego stał się szybko gen. Máximo Abbate, także doktor fizyki.
      Argentyńczycy, w przeciwieństwie do Brazylii, nigdy jednak nie wyszli poza fazę teoretycznych planów i obliczeń. Gwoździem to trumny projektu był zgody wewnątrz armii co do potrzeby produkcji broni atomowej. Jednym z jej najbardziej zagorzałych przeciwników był wiceadmirał Castro Madero, który w owym czasie kierował CNEA, czyli Narodową Komisją Energii Atomowej – będącą organem nadzorującym cywilny jej użytek. To także Castro Madero sprawił, że Argentyna odrzuciła propozycję Egiptu, który zaproponował aby nad bronią atamową pracować wspólnie.
      Castro Madero uważał, i do swego zdania przekonał też kilku innych wysokich wojskowych, że prace nad bronią atmową są dla Argentyny zagrożeniem w obliczu planowanego już wówczas zajęcia Falklandów/Malwin, czyli konfliktu z Wielką Brytanią. Madero obawiał się po prostu, że taki program mógłby zostać uznany w Londynie za wystarczający powód do użycia wobec Argentyny broni nuklearnej. „Co z tego, że być może uda się nam zbudować bombę atomową skoro Brytyjczycy mogą nam w każdej chwili zrzucić dwie i więcej takie bomby” – miał powiedzieć Castro Madero podczas jednej z burzliwych dyskusji na szczycie argentyńskiej armii.
      Plan ostatecznie stracił rację bytu w 1983 – wojskowy reżim upadł, a demokratycznie wybrany prezydent Raúl Alfonsin niemal na samym początku swych rządów zamknął LPR definitywnie odcinając wojsko od atomowych doświadczeń. Cała infrastruktura LPR przejęta została przez ucywilnioną CNEA.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.