Pasja czytania, czyli nowy Sepúlveda


Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie jest to w sumie nic wstydliwego, ale jakoś chyba nigdy o tym na blogu nie wspominałem – lubię czytać. Uwielbiam po prostu. Czytelniczego bakcyla złapałem zresztą bardzo wcześnie. Gdy w pierwszej klasie szkoły podstawowej koleżanki i koledzy dukali pierwsze zdania z elementarza, ja już miałem na koncie kilka całych książek. Zresztą nawet już wcześniej, w przedszkolu, pokazywano mnie jak jakieś zwierze w klatce podczas wszystkich wizytacji. „Pokaż Pani jak ładnie czytasz, no pokaż…” – słyszałem wiele razy. A że buntownikiem wówczas jeszcze nie byłem, to pokazywałem o co prosili… O ile dobrze pamiętam, robiłem to z pewnym zdziwieniem i zażenowaniem, bo nie rozumiałem co, w tym że potrafię czytać, jest aż tak nadzwyczajnego. O wiele bardziej dziwne było dla mnie to, że rówieśnicy tego nie potrafią…

Ta łatwość i głód czytania miała zresztą później swoje złe strony. Ponieważ wiedziałem, że i tak czytam znacznie więcej niż przewiduje to szkolny program, to wewnętrznie czułem się zwolniony z obowiązku czytania lektur. Zwłaszcza tych, które po pierwszych stronach mnie nie „chwytały”. Wolałem czytać co mi się podoba, a nie to czego domaga się polonistka. I tak np. – i tu jednak uczynie naprawdę wstydliwe wyznanie – nigdy w życiu nie przebrnąłem przezPana Tadeusza. Mam jednak cichą nadzieję, że Mickiewicz mi to wybaczy, bo już np. Dziadyuwielbiałem…

W ostatnich latach cierpię jednak na jakąś czytelniczą cyklofrenię. Mam okresy gdy książki połykam jedną za drugą, gdy nie kładę się spać póki nie dobrnę do końca pasjonującej lektury. Bywa jednak zupełnie przeciwnie – mijają całe miesiące podczas których jedynymi książkami jakie otwieram są słowniki i encyklopedie… A jak już naprawdę czuje, że mój mózg potrzebuje jakiegoś pokarmu sięgam wtedy po sprawdzone pożywki – książki, które już przeczytałem, czasem kilkakrotnie, które lubię i wiem, że mnie nie zawiodą.

W takich momentach, gdy nie mam ochoty na czytelnicze przygody i eksplorację literackich nowości pewnym rozwiązaniem, poza sięganiem po książki już przeczytane, jest szukanie azylu u ulubionych, sprawdzonych autorów. Mam kilku takich, którzy jeszcze nigdy mnie nie zawiedli.

Wśród pisarzy z południowej półkuli, należą do nich bez wątpienia: mieszkający w Australii południowoafrykańczyk John Maxwell Coetzee, oraz żyjący na Północy, bo w hiszpańskim Gijón, Chilijczyk Luis Sepúlveda.

To właśnie Luis Sepúlveda, którego miałem przyjemność osobiście poznać, sprawił że od kilku dni czuje iż nadchodzi moja „faza czytania”… Z niecierpliwością czekam na moment w którym w moje ręce trafi najnowsza jego książka. I mam nadzieję, że otworzy ona apetyt na więcej lektury.

LamparaAladino

La lámpara de Aladino, czyli po prostu „Lampa Alladyna”, to w sumie typowy dla Sepúlvedy zbiór 12. intymnych opowiadań, w którym prawdziwe historie mieszają się z autobiograficznymi elementami i literacką fikcją. Chilijczyk, zgodnie ze swym zwyczajem, stara się w ten sposób ocalić od zapomnienia pewne ważne dla niego miejsca, osoby i wydarzenia. „Gdy wypowiadamy ich nazwiska i opowiadamy ich historie, nasi zmarli nigdy nie umierają” – mówi jeden z bohaterów Lampy Alladyna. Ale te same słowa wypowiedzieć mógłby sam Sepúlveda. „Życie jest pewne magii, ja staram się ją tylko zapisywać” – powiedział skromnie, gdy z nim kilka miesięcy temu rozmawiałem przy butelce jakiegoś chilijskiego Carmenère.

Sepulveda

I z tego co sam mi wówczas zdradził, oraz tego co ujawnił już jego wydawca, w tym najnowszym zbiorze opowiadań akcja przeniesie czytelników w wiele zakątków świata: do chilijskiej Patagonii, w czasy gdy docierali tam emigranci z całego świata; do Santiago końca lat 60-tych, gdy „wszyscy byli pełni nadziei”; do Rio de Janeiro w trakcie karnawału; do deszczowego Hamburga w którym Sepúlveda mieszkał przez kilka lat po wygnaniu go z Ojczyzny przez Pinocheta; czy do egipskiej Aleksandrii z początku XX wieku, miasta w którym mieszkał wówczas wybitny grecki poeta Konstanty Kawafis.

To zresztą właśnie od Luisa Sepúlvedy dowiedziałem się, że pierwowzorem Czekając na Barbarzyńców – mojej ulubionej powieści wspomnianego J.M. Coetzee’go, był właśnie poemat Kavafisa o tej samej nazwie.

Ja muszę się uzbroić w cierpliwość, bo Lampa Alladyna jeszcze do Ameryki Południowej nie dotarła, ale Wy w Europie – jeśli znacie hiszpański – możecie się już nią cieszyć. W oryginale książka jest od kilku dni dostępna bezpośrednio u barcelońskiego wydawcy. Tłumaczeniefrancuskie pojawić się ma lada dzień. Włoskie i portugalskie też. Lampa Alladyna powinna również się ukazać, jeszcze przed końcem roku, po angielsku. Na wersję polską pewnie poczekamy dłużej. Wydawnictwo Noir sur Blanc, które zazwyczaj wydaję Sepúlvedę w naszym kraju, nie ma niestety jeszcze jej w zapowiedziach.

Prześlij dalej:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.