Przymusowi ochotnicy boliwariańskiej rewolucji


W Wenezueli rzesze państwowych pracowników ochoczo manifestują poparcie dla prezydenta i jego reform. Tłumy zapisują się do utworzonej przez niego Zjednoczonej Partii Socjalistycznej. Urzędnicy gotowi są nawet budować w czynie społecznym miejskie szalety. I to wszystko na ochotnika. Choć często wbrew woli.

Rafael pokazuje mi wyjściowy „mundurek” pracownika państwowego przedsiębiorstwa: czerwona koszulka z napisem „Chávez to zwycięzca” na plecach, czerwona czapka bejsbolówka z hasłem „Ojczyzna, Socjalizm lub Śmierć” i chorągiewka w wenezuelskich barwach. – I musisz tak się do pracy ubierać?- pytam. – Na szczęście nie, ja nie mam żadnego kontaktu z klientami, wkładam to tylko na manifestacje popracia dla prezydenta.- odpowiada.

Rafael ma 38 lat i jest informatykiem. Od ponad 10 lat pracuje dla CANTV, lokalnego koncernu telekomunikacyjnego. Polityką nigdy specjalnie się nie interesował. Jego świat to bazy danych. Ale w ubiegłym roku polityka gwałtownie wkroczyła w jego życie – prezydent Hugo Chávez ogłosił renacjonalizację jego firmy. Rafael, z dnia na dzień, stał się państwowym urzędnikiem. I jedną z pierwszych zmian była właśnie czerwona koszulka i czapeczka, którą znalazł na swoim biurku. No i jeszcze szef, zwolniony z dnia na dzień i zastąpiony przez kogoś nie mającego bladego pojęcia o tym na czym polega praca Rafaela.

Kilka dni później była pierwsza masówka. W dzień po dziesiątkach tysięcy studentów, którzy demonstrowali przeciw zamknięciu jednej z telewizyjnych stacji, na ulice wyjść mieli zwolennicy prezydenta. -Dowiedzieliśmy się, że nie musimy iść do pracy, ale w zamian, ubrani na czerwono, bronić socjalizmu- wspomina. -Ode mnie z wydziału nikt chyba wtedy nie poszedł – śmieje się. – Zostaliśmy w domu -.

Nazajutrz w pracy było piekło. -Nowy szef wzywał każdego na indywidualną rozmowę. Usłyszałem, że nie ma ludzi niezastąpionych. Że praca na państwowym to także pewne zobowiązanie. Że oczywiście nikt nie będzie mnie zmuszał, ale jeśli chcę otrzymywać premię, liczyć na awans to muszę pokazać, że jestem dobrym obywatelem i popieram socjalistyczną rewolucję. – No i? – dopytuje się – podziałało? -No a jak myślisz? Nie mogę pozwolić sobie na stratę pracy. Gdy każą wkładam czerwony mundurek i krzyczę, że jestem z Chávezem-. – Ale, prywatnie, zacząłem też chodzić na manifestacje opozycji. – dodaje jakby na usprawiedliwienie.

Orlando Chirino, działacz mocno lewicowego i oficjalnie popierającego reformy Cháveza związku zawodowego CCURA, nie ukrywa że coraz więcej pracowników skarży się na „zmuszanie do ochotnictwa”. Związkowcy nie chcą jednak mówić o szczegółach. -Za skarżenie się dziennikarzom też można stracić pracę – tłumaczy mi jeden z nich.

Rafael potwierdza i po taz kolejny zaklina mnie abym nie podał nawet jego prawdziwego imienia. -Mamy specjalne szkolenia, gdzie wbijają nam do głów, że na zewnątrz mamy zawsze powtarzać, że odkąd CANTV jest państwowa pracuje się w niej lepiej – I co, jest rzeczywiście lepiej? -W mojej branży, jeśli nieustannie nie inwestujesz, nie szkolisz się, to idziesz do tyłu. A ja od roku nie widziałem, żadnego nowego sprzętu, nowego oprogramowania, nie byłem na żadnym szkoleniu. No poza tymi „patriotycznymi”.-

Rafael i jego koledzy wkrótce będą nie tylko ochotniczo manifestować poparcie dla Chaveza, ale także… budować miejskie szalety.

To najnowsza idea wenezuelskiego prezydenta, który postanowił wprowadzić u siebie w kraju znaną z ZSRR ideę „subotnika”, czyli prac fizycznych wykonywanych w czynie społecznym przez państwowych urzędników.

Obywatele, w sposób ochotniczy, powinni poświęcić jedną niedzielę w miesiącu na tzw. prace wspólnotowe” – obwieścił w telewizji prezydent. Takie prace, poza „budowaniem społecznej świadomości” mają także wpłynąć pozytywnie na ich zdrowie „bo urzędnicy są już żółci od siedzenia w klimatyzowanych biurach”. Zdaniem Cháveza „zamiast siedzieć przed telewizoram i tyć” powinni raz w miesiącu zrobić coś dla kolektywu.

Prezydent już nawet „podzielił” terytorium Caracas, która jest obecnie jedną z najbardziej zaniedbanych stolic na kontynencie, między największe państwowe firmy i urzędy. CANTV w którym pracuje Rafael, Bank Banfoandes, Urząd Podatkowy SENIAT, stołeczne metro, państwowy gigant naftowy PDVSA – pracownicy każdej z tych firm są odpowiedzialni będą za poprawienie warunków życia w konkretnej dzielinicy Caracas. Prezydent sprecyzował nawet jakich prac od nich oczekuje: sprzątanie, usuwanie dzikich wysypisk śmieci, instalacja koszy na nie, budowanie szaletów publicznych, malowanie fasad państwowych budynków, a nawet czyszczenie kanałów burzowych. „Naprawianie nieudolności rewolucyjnych władz miasta” – skwitowała pomysł opozycja, zauważając przy tym że czyny społeczne będą wykonywane wyłącznie w „czerwonych” dzielnicach, a nie tam gdzie rządzi opozycja.

– Pójdziesz pucować miasto w niedzielę? – pytam. -A mam wyjście? – Rafael odpowiada pytaniem. I taka presja jest we wszystkich państwowych firmach? – dociekam. Sam się przekonaj – i daje mi numer swojej siostry. Jest prawnikiem, pracuje w Parlamencie. Nazwijmy ją Marisol. -Ja na żadne wiece nie chodzę. Nie ma mowy. Czerwonej koszulki też nie zakładam – słyszę jednak w słuchawce. Ale mimo to zgadza się ze mną spotkać.

Siostra Rafaela twierdzi, że wszystko zależy od przełożonego. Są nadgorliwcy, którzy chcą się wykazać, ale też są tacy, którzy starają się chronić swych podwładnych przed nadmierną polityzacją. Szef Marisol należy do tych drugich. -Ochronił mnie w 2004 roku, gdy byłam już na listach do zwolnienia z powodu referendum- tłumaczy.

Referendum w 2004 roku to jedna z najczarniejszych kart ostatniej dekady kruchej wenezuelskiej demokracji. Opozycja zebrała wówczas blisko 2,5 miliona podpisów osób domagających się przeprowadzenia głosowania w sprawie ewentualnego odwołania prezydenta. Chavez w końcu nie został odwołany, ale – teoretycznie tajne listy osób które złożyły swe podpisy pod opozycyjnym projektem zostały opublikowane w internecie. I na ich podstawie w państwowych firmach i urzędach przeprowadzono czystki. –Ci którzy podpisali przeciw prezydentowi dopuścili się terrorystyczego aktu i zostaną zwolnieni – tłumaczył wówczas jeden z ministrów.

Marisol popierała referendum i tylko dzięki uporowi swego szefa nadal pracuje w Parlamencie. – Ale presja ciągle jest, co rusz mi ktoś to wypomina – tłumaczy. -Sama jednak mówisz, że na wiece poparcia nie chodzisz. Więc w czym jest problem? – pytam. Marisol zniża głos i prawie szeptem mówi: -Powiem ci coś, o czym nawet mój mąż, nikt z mojej rodziny nie wie: jestem członkiem utworzonej niedawno przez Cháveza, Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli (PSUV).- Zapisałaś się?- Nie, odkryłam niedawno, że mnie zapisano. Wszystkich z mojego biura zapisano. Szef powiedział, że tym razem nie mógł nic zrobić.-

Wieczorem dzwonię do Rafaela i pytam: -Jesteś członkiem PSUV?-. -Skąd wiesz? – słyszę w słuchawce. -No jestem, co mam zrobić- przyznaje po chwili. -Ale dniówki jej nie oddam! Taką mam przynajmniej nadzieję. – zapewnia.

Dniówka dla Rewolucji! – to ostatnie z haseł sympatyków Cháveza. Państwowa telewizja zapewnia, że w całym kraju setki urzędników stanęły w kolejkach pod bankami, aby podzielić się z patrią zarobkami. Teoretycznie z własnej, nieprzymuszonej woli…

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

6 reakcji na "Przymusowi ochotnicy boliwariańskiej rewolucji"

  1. Polones  03/12/2009 o 12:42

    Nic dodać, nic ująć. Kraj podąża w jednym, znanym już z historii kierunku… Szkoda Wenezuelczyków.

    Jeśli Chavez ma rządzić do końca życia, to raczej szans na poprawę nie ma. A może są?

    Odpowiedz
  2. caraquena  03/12/2009 o 23:03

    No wlasnie przez rzesze takich koniunkturalnych, pozbawionych kregoslupa kolaborantow ten rezim trzyma sie tak dobrze. Narzekaja, ale tylko gdy nadarzy sie okazja pchaja sie do koryta aby krasc z razem z czerwonymi. Narzekaja, ale gdyby tylko mogli chetnie staliby sie boliburzujami. W ciagu tygodnia rewolucjonisci w czerwonych koszulach, a w weekend zakupy w Miami. Obrzydliwstwo.

    Odpowiedz
  3. Chavez  06/12/2009 o 23:36

    Ojciec mi mówił, że podobne czyny tzw. społeczne były w PRL-u. Ale tam nie rozdawali koszul tylko łopaty. Jak ktoś nie poszedł, to o premii mógł zapomnieć. Jak firma szła na wiece to polscy komuniści płacili. Powtórka z rozrywki, ale Chavez musi mieć tam mocne poparcie.

    Odpowiedz
  4. obserwator  08/12/2009 o 14:38

    Przerażające. Długo wydawało mi się, że Chavez jest jakąś alternatywą, że jego chęci są szczere, a demokracja liczącą sie dla niego wartością. Tymczasem w ostatnich latach coraz wyraźniejsze są jego zamordystyczne zapędy, żądza władzy i tolerancja wobec demokracji tylko wtedy gdy jest ona zgodna z jego zachciankami. Jesli do tego dodać korupcję, nepotyzm i przyjaznie z niektorymi najwiekszymi bandytami planety, to obraz Chaveza staje sie juz zupelnie nieciekawy. Obrzydliwy wręcz.

    Odpowiedz
  5. Polones  08/12/2009 o 15:58

    Najgorsze jest to, że Chavez – kiedyś wybrany szczerym głosem ludu – teraz może być wybierany w nieskończoność właśnie przez „przymusowych ochotników”. Albo, skoro państwo zaczyna gnić, nic nie będzie stało na przeszkodzie po prostu fałszować kolejne wybory albo przeforsować dożywotne sprawowanie władzy przez HC. Do tego to wszystko zmierza.

    Odpowiedz
  6. Pingback: Twarze boliwariańskiej rewolucji | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.