Apologia zbrodni, czy świadectwo meksykańskiej nieudolności?


Jeden Argentyńczyk, 13. Brazylijczyków, 3. Chilijczyków, 2. Kolumbijczyków i 9. Meksykanów – tak wygląda latynoska reprezentacja w najnowszej, sporządzonej niedawno przez dwutygodnik Forbesliście światowych miliarderów. Czyli osób, których osobisty majątek wynosi przynajmniej miliard dolarów.

1.000.000.000 – tak właśnie wygląda miliard. Okazale.

I niektórzy takich miliardów mają kilka. Taki Meksykańczyk Carlos Slim, trzecia fortuna świata, ma ich aż 35. I w dotatku – to pozwala marzyć – majątku tego dorobił się absolutnie sam. Jego ojciec był maronickim emigrantem z Libanu i utrzymywał swą liczną rodzinę (Carlos był najmłodszym z sześciorga dzieci) prowadząc sklep kolonialny w Meksyku, mieście Meksyku.

Nawiasem mówiąc ciekawe jest to, że niektóre nacje mają zdecydowanie większe zdolności do prowadzenia biznesów i mnożenia pieniędzy. Należą do nich właśnie Libańczycy. Poznałem już w Latynoameryce kilka rodzin libańskiego pochodzenia i wszystkim powodzi się bardzo dobrze. A niektórym wręcz bajecznie dobrze. I wszystkie te fortuny powstały praktycznie od zera. Ojcowie aktualnych milionerów przyjechali do Ameryki Południowej za chlebem, uciekając przed biedą.

Wracając do listy miliarderów. Okazuje się, że posiadanie bogatych obywateli nie zawsze jest dla danego kraju powodem do dumy. Np. meksykańskie władze stanowczo i jednogłośnie oprotestowały listę Forbesa. Prezydent Felipe Calderón stwierdził, że „opinia publiczna i publikacje prasowe nie tylko nieustannie kłamią na temat Meksyku, ale wręcz robią z bohaterów z kryminalistów”.

O co mu chodzi? Oczywiście nie o Carlosa Slima, który w Meksyku jest osobą powszechnie szanowaną i często stawianą za przykład. Furię meksykańskich oficjeli (bo oprócz prezydenta wypowiadał się na ten temat także prokurator generalny i szef policji) wywołało umieszczenie przez Forbes na 701. pozycji listy światowych miliarderów Joaquina Guzmana Loery.

Ten, którego osobisty majątek Forbes ocenia na okrągły miliard dolarów, jest w Meksyku znany przede wszystkim pod pseudonimem „El Chapo”, czyli „Kurdupel”. To założyciel i przywódca narkotykowego Kartelu z Sinaloa. Amerykanie podejrzewają, że nawet aż połowa kokainy trafiającej na ich rynek dostarczana jest właśnie przez ludzi „El Chapo”. Jest on prawdopodobnie największym obecnie przemytnikiem narkotyków na świecie i największym wśród nich specjalistów od budowania podgranicznych tuneli.

Jednak dla meksykańskich władz 52-letni Joaquin Guzmán Loera jest przede wszystkim wstydliwym symbolem zżerającej ten kraj korupcji . Bo „El Chapo” już raz siedział w więzieniu.

Aresztowano go w 1993 roku w Gwatemali, ekstradowano do ojczyzny, skazano na 20 lat więzienia i osadzono w Puente Grande – teoretycznie najlepiej strzeżonym meksykańskim więzieniu. Narkotykowy boss zza krat szybko jednak zaczął ponownie kierować swym mafijnym biznesem. I gdy w 2001 roku miało dojść do kolejnej ekstradycji skazanego bossa, tym razem do Stanów Zjednoczonych, które także miały wobec niego długi akt oskarżenia, „El Chapo” po prostu znikł. Wyjechał ukryty w ciężarówce pełnej więziennej brudnej pościeli…

Jak się szybko okazało większość pracowników więzienia, z dyrektorem włącznie, dostawała od dłuższego czasu dodatkowe pensje. Znacznie wyższe od oficjalnych. I wypłacane prez Kartel z Sinaloa…

Nic więc w sumie dziwnego, że meksykańskie władze nerwowo reaguja na sam widok nazwiska „El Chapo”. Tym bardziej, że wiele osób które w 2001 roku były w pewnym stopniu odpowiedzialne za jego ucieczkę, nadal pełni ważne państwowe funkcje. Np. Jorge Tello Peón, który w owym czasie kierował meksykańskim więziennictwem, i – co więcej – wizytował celę „El Chapo” w dniu jego ucieczki, jest obecnie… doradcą prezydenta Meksyku ds. bezpieczeństwa kraju.

Forbes zdecydowanie odrzuca prezydenckie zarzuty o „apologię zbrodni”. I grzecznie prosi aby nie strzelać do posłańca. „To nie nasza wina, że Joaquin Guzmán Loera tak się wzbogacił. Nam też wydaje się żałosne, że ktoś taki zdołał zgromadzić taką fortunę” – przeczytać można w komunikacie wydawcy pisma. I ma on, moim zdaniem, absolutną rację.

Co nie zmienia oczywiście faktu, że niektóre media zbytnio dramatyzują pisząc o przestępczości w Meksyku. Czytając niektóre reportaże odnieść można wręcz wrażenie, że w kraju tym toczy się wojna domowa. Tymczasem statystyki przestępczości stawiają Meksyk daleko w tyle za Wenezuelą, Salwadorem, Gwatemalą, Kolumbią i Brazylią.

Ba, statystycznie patrząc, życie można łatwiej stracić w niektórych miastach Stanów Zjednoczonych niż w Meksyku.

PS. Jest okazja do zarobienia pieniędzy. Całkiem sporych. Za pomoc w złapaniu „El Chapo” amerykański rząd oferuje 5 milionów dolarów. Jacyś chętni?

Prześlij dalej:

Jedna reakcja na "Apologia zbrodni, czy świadectwo meksykańskiej nieudolności?"

  1. Pingback: Peña Nieto za Calderóna w Los Pinos | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.