Co zrobić z kolumbijskimi hipopotamami?


W Bogocie od ubiegłego tygodnia demonstracje. Nie jakieś specjalnie wielkie, ale jak na ten kraj bardzo nietypowe. Bo nie chodzi tym razem o tradycyjne protesty przeciw działaniom lewicowych, czy prawicowych grup terrorystycznych. Nie, teraz, pod Ministerstwem Środowiska protestują ekolodzy i obrońcy zwierząt. W obronie… hipopotamów nilowych!

Hipopotam nilowy (Hippopotamus amphibius), z greckiego ‘ιπποπόταμος (hippopotamos, hippos znaczy „koń”, potamos znaczy „rzeka”) – gatunek dużego, przeważnie roślinożernego ssaka, należącego do rodziny hipopotamowatych (Hippopotamidae), w obrębie której wyróżnia się dwa współcześnie żyjące gatunki (drugim jest dużo mniejszy hipopotam karłowaty). Hipopotam nilowy jest jedynym żyjącym przedstawicielem rodzaju Hippopotamus.
Zasiedlają rzeki i jeziora w Afryce na południe od Sahary do 2000 m n.p.m. Hipopotamowate to jedyna rodzina rzędu parzystokopytnych prowadząca ziemnowodny tryb życia. W ciągu dnia najczęściej pozostają w wodzie; aktywne dopiero o zmierzchu i nocą, skubią wtedy trawę na łąkach w pobliżu wody, zjadają także rośliny wodne. W poszukiwaniu pożywienia potrafią zapuszczać się do 8 km w głąb lądu. Przebywają w stadach składających się z dominującego samca i podlegających mu samic w liczbie od 10 do 40 osobników.
(za Wikipedią)

Okazuje się, że co do przynajmniej jednej rzeczy internetowa encyklopedia nie ma racji. Hipopotamy na wolności spotyka się nie tylko w Afryce. One żyją także w Ameryce Południowej. W Kolumbii właśnie!

Pewnie myślicie, że zwariowałem. Tymczasem kilka miesięcy temu sam je widziałem. Na własne oczy. I – słowo daję – na zupełnie trzeźwo!

Aby spotkać w Kolumbii hipopotamy pojechać trzeba do Puerto Triunfo, niewielkiego miasteczka położonego mniej więcej w połowie drogi między Medellin i Bogotą. Tam w 1978 roku, legendarny boss kartelu narkotykowego z Medellin, Pablo Escobar, kupił 3000 hektarów ziemi, na których bardzo szybko powstała prawdziwa perła w koronie jego przemytniczego imperium: Hacjenda Nápoles.

Escobar zrealizował na jej terenie chyba wszystkie swe marzenia, zarówno te wieku dziecięcego, jak i dorosłego. Na terenie gigantycznej posiadłości wybudowano luksusowy hotel, wielkie baseny, lotnisko, blisko 20 sztucznych jezior, pałacową willę, arenę korridy, ogród botaniczny, wielką stajnię z najlepszymi rumakami w kraju i – najważniejszy z punktu widzenia naszej historii – ogród zoologiczny.

Bo Pablo Escobar, choć był okrutnym, bezwzględnym mafiozem, kochał zwierzęta. Mówi się, że kochał je bardziej niż ludzi. Nie żałując pieniędzy sprowadził więc do swej hacjendy m.in. żyrafy, nosorożce, słonie, antylopy, strusie, kangury, jelenie, zebry, liczne egzotyczne ptactwo i właśnie hipopotamy. W sumie 1500 gatunków zwierząt z całego świata. W tej menażerii nie było jednak żadnych lwów, węży, wilków, panter, bo – i to kolejny paradoks narkotykowego bossa – Pablo Escobar nie lubił drapieżników. Chciał same zwierzęta roślinożerne.

Hacjenda Nápoles była przedsięwzięciem komercyjno-charytatywnym. Luksusowy hotel przyjmował gości, którzy mogli szaleć na jej terenie na motocyklach, skuterach wodnych, skorzystać z helikoptera-taksówki, czy wynająć sobie piękne dziewczyny. Równocześnie kartel organizował też pobyty w majątku dla najbiedniejszych dzieci z Medellin, które wracały do domu zachwycone m.in. zwierzętami. Zwłaszcza, że te nie żyły w klatkach – miały swoje olbrzymie wybiegi.

Na terenie posiadłości odbywały się też przemytnicze narady. Goszczono skorumpowanych oficjeli, ale też torturowano zdrajców, mordowano przeciwników, zakopywano ciała ofiar. Jednym słowem, było to miejsce pełne wielorakich atrakcji i niespodzianek.

Po śmierci Escobara w 1993 roku, jego majątek, w tym Hacjenda Nápoles, przejęta została przez Państwo. I niemal natychmiast popadła w ruinę. Część zwierząt zdechła, inne uciekły, jeszcze inne zostały ukradzione. Tropikalna roślinność zaczęła odbierać tereny wyrwane jej wcześniej przez budowniczych. Dopiero po jakimś czasie zaczęto próbować odzyskać i wykorzystać to co stworzył szef kartelu z Medellin. Na części posiadłości powstało więc publiczne ZOO, znacznie jednak mniejsze niż za czasów swej narkoświetności. Zresztą większość zwierząt jakie przetrwały okresgdy nikt hacjendy nie pilnował, została przejęta przez duże ogrody zoologiczne, zwłaszcza ten w Bogocie.

Jednak hipopotamów nikt nie chciał… Ani ogrody z dużych miast, ani to małe ZOO na poescobarowych terenach. Bo za duże, zybt drogie w utrzymaniu, zbyt trudne w transporcie… Pozostały więc same. Żyjące na podmokłej części hacjendy, w sumie bardzo przypominającej ich afrykańską ojczyznę. Mimo tego braku zainteresowania, a może właśnie dzięki niemu, para sprowadzona przez Escobara zamieniła się z biegiem lat w blisko trzydziestogłowe stado.

Gdy zwiedzałem teren hacjendy w marcu tego roku, Lucio, mój lokalny przewodnik, był bardzo zdziwiony, że bardziej niż ruiny hotelu, czy willi, zniszczone nie tylko przez przyrodę, ale i setki poszukiwaczy skarbów liczących że Escobar ukrył gdzieś w nich dolary, bądź złoto, interesują mnie właśnie hipopotamy. Zdziwiony i niezbyt zadowolony, bo okoliczni mieszkańcy boją się tych 3-tonowych gigantów. To nie są dobre zwierzęta – ostrzegł mnie. Doprowadził mnie jednak do pewnego miejsca, gdzie kazał usiąść i czekać. –O zmierzchu się pojawią, ale do nich nie podchodź. Ja po ciebie przyjdę, gdy już zrobi się ciemno– usłyszałem, po czym Lucio odwrócił się i nie mówiąc nic więcej szybko odszedł.

Trochę mnie tym zaskoczył, no ale cóż mogłem zrobić? Samotne włóczenie po bagnistej okolicy raczej nie wchodziło w grę. Grzecznie więc siedziałem i czekałem, tępo gapiąć się w rozciągające się przede mną mokradła i coś co chyba było sztucznym jeziorem, kompletnie teraz zarośniętym.

Po jakichś dwóch godzinach, gdy topikalne słońce rozpoczęło swój gwałtowny zjazd w stronę horyzontu, a żadnych zwierząt poza drapieżnymi insektami wciąż nie było widać, zaczynałem nawet podejrzewać, że Lucio sobie ze mnie zakpił. Że być może nie zobaczę już nigdy ani jego, ani hipopotamów? I gdy tak zastanawiałem się co robić, czy może próbować jak najszybciej wracać w stronę cywilizacj, nagle, w świetle już mocno czerwonego zachodzącego słońca, coś się poruszyło.

Jeden, drugi, trzeci… z zarośniętego bajora, jakby spod ziemi, zaczęły wychodzić majestatyczne, sapiące olbrzymy. Naliczyłem ich 11. Chyba. Bo słoneczna czerwień coraz szybciej ustępowała gęstniejącej szarości, zlewającej hipopotamy i okoliczne krzaki w identyczne ciemne plamy. Po kilkunastu minutach wszystko było czarne. I tym razem poczułem się naprawdę nieswojo: nic nie widziałem, ale donośne chrząknięcia i stękania nieustannie mi przypominały, że wcale nie jestem sam. Niesamowite ile dźwięków wydaje takie na pozór nieme zwierze. Mlaskania i chrząknięcia stawały się coraz bliższe. Czasem wydawały się bardzo bliskie. Nie zwracałem już nawet uwagi na tnące mnie komary. Setki, tysiące komarów, dla których najwyrażniej byłem najsmaczniejszym kąskiem w okolicy. Głowiłem się po prostu co będzie, jeśli Lucio nie wróci. Czekać, aż rozdepcze mnie kilkutonowy hipcio, czy może zacząć zwiewać? Ale gdzie, w którą stronę? Zwłaszcza, że – takie odnosiłem wrażenie – te afrykańskie zwierzęta już mnie chyba otoczyły!

Moją rosnącą panikę na szczęście przerwało ciche wołanie: Señor Polaco, Señor Polaco. Uff… kamień spadł mi z serca. Nie zostawił mnie!

Problemy tych zwierząt zaczęły się krótko po mojej wizycie. Młody samiec i samica, oraz prawdopodobnie ich dziecko, odłączyli się od stada. Niewykluczone, że zostali do tego zmuszeni przez dominującego, najstarszego hipopotama. Trójka rozpoczęła więc tradycyjną dla gatunku wędrówkę w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłaby stworzyć własne stado. Problem w tym, że miejsc takich jak hacjenda Nápoles nie ma w Kolumbii zbyt wiele. Juniorzy dostali się więc do rzeki Magdalena i zaczęli spływać z jej nurtem, budząc niejednokrotnie przerażenie, nie wiedzących nic o istnieniu w ich kraju hipopotamów, rybaków i mieszkańców nadbrzeżnych wiosek.

Zaalarmowane władze departamentu Antioquia podjęły błyskawicznie decyzję: hipopotamy trzeba zabić.

Zaczęło się ich tropienie. Dwóch wynajętych zawodowych myśliwych, uzbrojonych w strzelby dużego kalibru do pomocy dostało oddział kolumbijskiej armii. Po kilkunastu dniach zlokalizowano samca. Żołnierze strzelając w powietrze z karabinów maszynowych nakierowali wystraszonego giganta na stanowiska myśliwych. Ci, celnymi strzałami zabili zbiega. I pewnie nikt o całym wydarzeniu by się nie dowiedział, bo departamentalne władze, postanowiły trzymać sprawę w tajemnicy, gdyby żołnierze nie zrobili sobie pamiątkowego zdjęcia. Takiego, jakby brali udział w afrykańskim safari:

hippo

Zdjęcie wyciekło jednak do prasy. Ta nazwała hipopotama Pepe, opisała całą historię i… zaczęły się protesty.

Demonstranci domagają się od władz w Bogocie anulacji departamentalnej decyzji o zabiciu pozostałych zbiegów z hacjendy Escobara – hipopotamicy Matyldy i jej dziecka Hipa. Urzędnicy do niczego się jeszcze nie zobowiązują, ale obiecują, że postarają się, w miarę możliwości, zwierzęta uratować. Problem w tym, że nikt nie wie, gdzie się one teraz znajdują. Zresztą nawet nie ma pewności czy Matylda i Hip naprawdę istnieją, bo według niektórych świadkówzbiegów-banitów była tylko dwójka i obaj byli samcami.

Poza tym problem wcale nie ogranicza się do wygnanych z głównego stada młodzieńców. Coraz większy kłopot i nielada zagwostkę dla władz, stanowi także główne stado żyjące na terenach dawnej hacjendy Nápoles.

Władze chcą bowiem w końcu jakoś zagospodarować tereny odziedziczone po byłym szefie kartelu z Medellin. Nie ma wprawdzie jeszcze zgody co do tego, co miałoby tam powstać, ale jest wola zainwestowania w nieużytki. Włodarze Puerto Triunfo, gminy na któreh leży posiadłość, najchętniej zobaczyliby tam jakiś park rozrywki, coś co przyciągnęłoby masową turystykę. I niechętne są planom decydentów departamentalnych, którzy na terenach hacjendy Nápoles chciałyby wybudować… nowoczesne więzienie.

Zanim jednak na byłe tereny Escobara wjadą spychacze i bludożery i bez względu na to czy stawiać tam będą rollercoaster, czy zakratowane pawilony, wcześniej rozwiązać trzeba problem hipopotamów. Bo nie można narażać robotników budowlanych na bezpośrednie sąsiedztwo zwierząt wprawdzie roślinożernych, ale ważących do 3 ton i znanych ze swej agresywności.

Stado liczy obecnie blisko 30 osobników. A ponieważ hipopotamy czują się dobrze, to liczba ta rośnie każdego roku. Ogrody zoologiczne w regionie wziąć ich nie chcą, bo hipopotamy zazwyczaj już mają, albo są dla nich zbyt drogie w utrzymaniu. Zresztą już sam transport takiego kolosa jest skomplikowanym i drogim logistycznym przedsięwzięciem.

Organizacje ekologiczne podpowiadają, że najlepiej zrobić z hacjendy rezerwat, ale to też – nie da się ukryć – zły i nieżyciowy pomysł. Była posiadłość Escobara, choć jak na kolumbijskie warunki duża, nie ma jednak nic wspólnego z afrykańskimi bezkresami. Z miejsca w którym obecnie żyje stado do Puerto Triunfo i jego kilkunastu tysięcy mieszkańców jest mniej niż 10 km. To bardzo mało. Zwłaszcza, że – zdaniem ekspertów – wyrzucanie ze stada młodych samców, aby szukali własnych terenów i zakładali własne haremy, zdarzać się będzie coraz częściej. Lada dzień zabłąkany i przestraszony hipopotam znaleźć się więc może w centrum miasteczka. A to już preludium do tragedii…

Póki co w Puerto Triunfo mówią, że hipopotamy mogłyby zostać i nawet stać się częścią planowanego przez nich parku, ale wcześniej ktoś musiałby fachowo ich teren ogrodzić. Dotychczasowe próby ograniczania ich rewiru kończyły się zawsze porażką. Gruboskórne, wielkie ssaki pewnie nawet nie zauważały, że ktoś próbował limitować ich przestrzeń. Nawet jeśli robił to drutem kolczastym.

Powstać musiałoby potężne, wysokie ogrodzenie, wybudowane w dużej części na terenach bagnistych. Ponoć szukano już firmy gotowej coś takiego skonstruować. Bezskutecznie.

Więc co? Trzeba będzie je odstrzelić? Tak jak hipopotama Pepe? Władze nic na ten temat nie mówią bo temat drażliwy, ale nie ulega wątpliwości, że to – niestety – jedno z możliwych rozwiązań. Kto wie, czy nie najbardziej prawdopodobne. Bo niestety najłatwiejsze.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

8 reakcji na "Co zrobić z kolumbijskimi hipopotamami?"

  1. zuercher  24/07/2009 o 22:39

    Niech wybuduja wiezienie posrodku mokradel pelnych hipopotamow. Nikt z niego nie ucieknie. 🙂 No i takie wiezienie moze stac sie atrakcja turystyczna

    Odpowiedz
    • baqu  25/07/2009 o 01:11

      świetna koncepcja, zgadzam sie w 100%

      Odpowiedz
  2. ffamousffatman  26/07/2009 o 11:40

    Obawiam się że odstrzeliwanie młodych samców wygnanych ze stada to będzie konieczność.
    Zemsta Afryki za hiacynt wodny?

    Odpowiedz
  3. rudziel  14/09/2009 o 17:05

    A jednak będzie odstrzał. NYT właśnie opublikował arcyciekawy artykuł na ten temat, oto link:

    http://www.nytimes.com/2009/09/11/world/americas/11hippo.html?_r=1&ref=americas

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  14/09/2009 o 17:46

      Nie ma tam ani słowa o tym co sie stanie z hipopotami na ex-hacjendzie Escobara. Tylko o tym, ze wydaly wyrok na Pepe, a sedzia z Medellin wstrzymal dalsze polowania. Czyli sprawa nadal jest otwarta a przyszlosc hipopotamow niepewna…

      Odpowiedz
      • rudziel  15/09/2009 o 08:59

        Jasne, masz racje. Przeleciałem wzrokiem po artykule i wyciągnąłem niewłaściwy wniosek 🙂

        Odpowiedz
  4. Piotrek  26/12/2011 o 07:45

    W związku z tym że dość mocno interesuje się historią Pablo Escobara pragnę naprostować fakt iż „Pablo Escobar nie lubił drapieżników”.
    W rzeczywistości było tak iż Pablo sprowadził do hacjendy Lwy,Pantery i inne koty, jednak Pablo miał papugę którą bardzo lubił i która bardzo lubiła pić whisky 🙂 lecz pewnego feralnego dnia dla papugi ta przesadziła z ognistą wodą i spadła nieprzytomna z żerdzi po czym dopadł ją kot. Po tamtym zdarzeniu Pablo nakazał usunięcie wszystkich kotowatych i z tąd niechęć tylko do kotów a nie do drapieżników. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  27/12/2011 o 03:05

      To ciekawe co piszesz, choć wokół Pabla Escobara narosło tyle mitów i legend, że niesamowicie trudno oddzielić fałsz od prawdy.
      O tym, że Pablo Escobar nie lubił drapieżników i nie miał ich w swym ZOO pisze chociażby jego brat, Roberto Escobar, w swej książce „Mi hermano Pablo”.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.