Samba, mrówkojad i szampan przy pełni księżyca


Maciej Tarasin, poszukiwacz przygód i kajakarz, zabiera nas w podróż po Brazylii:

Do Brazylii można tanio polecieć liniami Condor, ale też m.in. Lufthansa, Iberia i TAP oferują przystępne ceny lotów w ten zakątek świata.
Ja, ze względu na bezpośrednie połączenie z Salvador de Bahia wybrałem Condora. Historyczna, pełna nazwa miasta to São Salvador da Baía de Todos os Santos (Święty Zbawiciel z Zatoki Wszystkich Świętych). Leżące nad zatoką, w której swój żywot zakończyło wiele żaglowców, kolonialne miasto wita mnie gorącym i wilgotnym powietrzem. Na starówce atmosferę podgrzewają bębniarze i piękne mulatki przechadzające się wąskimi uliczkami. Niektóre z nich wykonują najstarszy zawód świata, nagabują i zaczepiają takich jak ja… Białych i samotnych turystów. Po brukowanych kocimi łbami uliczkach chodzę jak zaczarowany. Zewsząd rozbrzmiewa brazylijska muzyka.
Zaniedbane barokowe kościoły nie są w stanie oprzeć się bujnej tropikalnej roślinności wdzierającej się w każdą szparę. Na fasadach kamienic wyrastają drzewka i krzaki, dodając jeszcze większego uroku tym siedemnastowiecznym budowlom, będących portugalską spuścizną na tych ziemiach.
Klimat mocno dekadencki, więc chłonę każdy szczegół. Kwietniowa Polska pożegnała mnie zimnem i szarością, a tutaj zupełnie inny świat… Mam wrażenie, że karnawał ciągle trwa w brazylijskiej stolicy szczęścia. Zatapiam się w egzotyce Salvadoru i jest mi z tym wyjątkowo dobrze. Wolnym krokiem wracam do hotelu Redfish, którego wystrój wprawia mnie w dobry nastrój. Śmieszne, czerwone rybki zdobią łóżka i krzesła. Odpływam w krainę snu.

Brazylijskie wybrzeże

Brazylijskie wybrzeże

Nazajutrz płynę promem na przeciwległą stronę zatoki, gdzie przesiadam się na autobus. Wreszcie motorówką docieram do Barra Grande – małej letniskowej miejscowości leżącej w pobliżu jednej z najpiękniejszych brazylijskich plaż zwanej Taipus de Fora. Skoro świt idę wzdłuż brzegu żeby ją znaleźć. Od oceanu mocno wieje, dziwnie pokrzywione palmy wiszą nad taflą Atlantyku dając przyjemny cień. Po dwóch godzinach marszu zatrzymuje się w małej restauracji nad oceanem. Uśmiechnięta, czarnoskóra barmanka podaje mi zimna colę. Wyciągam rozmówki i zapewniam jej piętnastominutowy, darmowy kabaret łamiąc sobie język na portugalskich zwrotach. Po chwili odpoczynku ruszam dalej i znajduję zjawiskową plażę. Jest dziewiąta, może dziesiąta rano, ale różnica czasu między Polską a Brazylią daje znać o sobie. Dla mnie to pora obiadowa, więc zamawiam świeże krewetki i popijam je capirihnią. Po czterech szklankach zapadam w smaczną drzemkę w cieniu parasola. Nie wiem jak długo trwa ten błogi stan, ale konsekwencje są opłakane. Słońce w swojej wędrówce po horyzoncie zignorowało fakt, że moje stopy wystają spod parasolowego cienia. Człowiek o buraczanych stopach – chyba tak wyglądam w oczach małych brazylijskich dziewczynek bawiących się i dokazujących na brzegu.

MTRzeczkaKoniec wypoczynku! Wracam do Salvadoru, a stamtąd wyruszam nad wodospady Foz do Iguaçu położone na granicy między Brazylią, Paragwajem i Argentyną. Zwiedzanie zaczynam od argentyńskiej strony. Dzięki specjalnym kładkom można znaleźć się całkiem blisko hektolitrów wody przewalających się przez kolejne półki skalne. To wszystko pośród niezwykle bujnej tropikalnej roślinności. Kropelki wody unoszą się w powietrzu przynosząc ulgę w tym niesamowitym upale. Ogromne wrażenie robi na setkach zwiedzających tak zwane Gardło Diabła – miejsce gdzie woda spada w dół z wysokości 250 m. Huk zagłusza myśli, wzburzona rzeka przelewa się przez krawędź wodospadu i w szaleńczym pędzie spada w przepaść. Potężne konary drzew i gałęzie zaklinowane gdzieś między kamieniami straszą wystającymi ponad skłębioną wodę kikutami. Jednak prawdziwą potęgę żywiołu czuje się wpływając motorówką głębiej w kierunku spadających mas wody, tuż u podnóży wodospadu. Francuzi stanowiący większość załogi głośnym „Allez, allez!!!” zachęcają sternika aby jeszcze bardziej zbliżył się do ściany wody wyrastającej przed nami. Przemoczeni do suchej nitki dobijamy do brzegu. Dla tych, którzy kochają wodę i nieokiełznane siły natury jest to swego rodzaju raj na ziemi. Trochę mi wstyd, że podróżuję jak emeryt szlakiem gringo. Wodospady są bardzo ładne, ale też niezwykle skomercjalizowane, a takich miejsc przecież chciałbym w swoich podróżach unikać. Ciekawe kiedy wszystkie te cudowne miejsca na planecie staną się maszynką do robienia pieniędzy?

jeep i kanu - klucz do odkrywania Pantanalu

jeep i kanu – klucz do odkrywania Pantanalu

W poszukiwaniu mniej turystycznych obszarów Brazylii wyruszam do Cuiaby, gdzie ma mnie odebrać Julihnio – właściciel firmy Pantanal Trackers, który ma być moim przewodnikiem po Pantanalu. Nazwa Pantanal pochodzi od portugalskiego słowa pantano oznaczającego bagno. Kiedy Portugalczycy dotarli do tych terenów wzięli je za śródlądowe morze. Każdego roku w porze deszczowej obszar zalewany jest przez sieć rzek i kanałów pokrywając jak pajęczyna około 200 000 km kwadratowych.

Z plastikowym kanu na dachu jeepa wyruszamy w kierunku Transpantaneiry – szutrowej drogi wcinającej się w głąb Pantanalu. Ta rozległa aluwialna równina kryje w sobie niezwykłe bogactwo fauny. Spotkać można jaguary, mrówkojady wielkie, nandu, kajmany i anakondy. Mam szczęście, spotykam o świcie właśnie mrówkojada. Nie jest wielki, ale bardzo szybki – znika w krzakach nim zdążę sięgnąć po aparat.

MTpantanalCodziennie wodujemy naszą łódź i przy pomocy wioseł płyniemy najpierw kilkanaście kilometrów w górę rzeki, następnie zawracamy. Łowimy ryby i obserwujemy dzikie ptactwo. Gdy niemalże wpływamy w gniazdo dużej cętkowanej czapli, matka piskląt obserwuje nas bacznie z drugiego brzegu. Julihnio, który oprócz tego że jest świetnym przewodnikiem, ujeżdża byki i świetnie gra na gitarze zachęca mnie do kąpieli w rzece pełnej piranii. Wskakuję do wody choć nie do końca jestem pewien czy pomysł jest dobry…

Nocujemy w fazendzie śpiąc na hamakach, następnie w gospodarstwie leżącym nad rzeką u znajomych Julihnio. Nasi gospodarze hodują konie i bydło. Konie puszczone są nocą w samopas. Kiedy stado przebiega kilka metrów od mojego hamaka tętent ich kopyt sprawia, że moje wiszące łóżko zaczyna się bujać.

rio Guapore

rio Guapore

Wyobraźnia podpowiada mi, że dotarcie nad granicę miedzy Boliwią i Brazylią może okazać się prawdziwą przygodą. Podejmuję decyzję o wyprawie do Parku Narodowego Noel Kempff w Boliwii. Chcę tam jednak dotrzeć inaczej niż sugeruje przewodnik Lonely Planet. Najpierw autobusem do Villa Bela de Santissimo Trinidad, następnie widoczną na mapie drogą wzdłuż Rio Guapore na północ.

Villa Bela to senne miasteczko z rozpadającym się pośrodku głównego placu kościołem z czasów portugalskich. Nazajutrz po przyjeździe postanawiam wyruszyć autostopem na północ. Jest niedziela. Wracająca z Kościoła rodzina zabiera mnie na pakę swojego Mitsubishi, potem wyglądający na przemytnika starszy Brazylijczyk wysadza mnie ze swojego busa miedzy knajpą a polem kukurydzy. Już około godziny 13 trudno tu znaleźć kogoś trzeźwego. Wreszcie udaje się namówić miejscowego, żeby zawiózł mnie swoim skuterem jeszcze dalej na północ. Motor jest mały a ciemnoskóry właściciel całkiem spory, do tego ja i mój plecak. Jedziemy tak pięćdziesiąt kilometrów przy zachodzącym słońcu. Droga zamienia się w polną dróżkę, trawy smagają nas po nogach… Wreszcie dojeżdżamy do fazendy z pięknym widokiem na rzekę. Jest jedzenie, jest spanie. Właściciel obiecuje przewieźć mnie na drugą stronę Rio Guapore.

Jakieś 30 km w dół rzeki po boliwijskiej stronie zaczyna się Park Narodowy Noel Kempff. Docieram tam następnego dnia rano. Niestety wioska po stronie boliwijskiej jest od dawna opuszczona. Co prawda w krzakach znajduję spore czółno, ale bez porządnych map i gpsa może być ciężko. Wracam do Villa Bella de Santissimo Trinidad.

Lecę z powrotem nad Atlantyk. Spędzam kilka dni w wyjątkowo przyjemnej surferskiej wiosce Itacare. Kompleksem Art Jungle składającym się z ośmiu domków zarządza włosko-brazylijska para artystów. Wokół cisza i spokój, morze zieleni, widok na rzekę i ocean. Drewniana podłoga w domku przyjemnie skrzypi, hamak zachęca do leniuchowania. Plaże w Itacare są wyjątkowo urokliwe – kilkudziesięciometrowe skrawki piasku w otoczeniu lasu tropikalnego oddzielone między sobą klifami. Surferzy są w swoim żywiole, fale im sprzyjają… Po kilku dniach w Itacare postanawiam odwiedzić jeszcze przed wylotem Taipus de Fora – miejsce gdzie 2 i pół tygodnia wcześniej poparzyłem od słońca stopy. Fortuna mi sprzyja. Najpierw spotykam grupę podchmielonych Niemców, którzy nalegają, żebym opowiedział im o swoich przygodach w interiorze Brazylii. Zupełnie przypadkowo znajduję się w luksusowej Pousada Taipu de Fora. Bardzo elegancki menadżer hotelu zaprasza wszystkich gości na plażę. Tuż za nim idą chłopcy hotelowi niosąc w srebrnych naczyniach zmrożonego szampana. Jest pełnia księżyca i odpływ. Pośród koralowców tworzą się naturalne baseny. Całe towarzystwo pluskające się w oceanie zostaje ugoszczone kieliszkiem wytwornego trunku.

To wymarzone pożegnanie z Brazylią.

P.S.: Gdybyście mieli ochotę przeczytać o innych podróżach Maćka Tarasina, to w turystycznym dodatku do Gazecie Wyborczej znajdziecie jego relacje z EtiopiiKanady.

Book Hostels Online Now

Prześlij dalej:

About Maciej Tarasin

Poszukiwacz przygód i kajakarz. Wielbiciel Kolumbii i Boliwii. Moczył wiosła w brazylijskiej części Pantanalu, boliwijską Rio Tuichi spłynął tratwą własnej konstrukcji. W czwartkowe wieczory przenosi się do Ameryki Południowej słuchając kolumbijskich rytmów i sącząc whisky w pewnym żorskim pubie. Prowadzi stronę Green Hell.

W sieci:

Na Facebooku Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.