Wartość dziecka ręki


Dzisiaj na tierralatina.pl wielka premiera – spojrzenie na Amerykę Południową innym, nie naszym – osób które na codzień piszą na tym portalu, okiem. Poniższy tekst i zdjęcia powstały specjalne dla tierralatina.pl, a ich autorem jest Katarzyna J. Kowalska, dziennikarka z Warszawy. Nie jest to jednak materiał dziennikarski – to po prostu subiektywna relacja spisana po pierwszej, prywatnej, w żaden sposób nie służbowiej, wyprawie do Ameryki Południowej. Kaśka spędziła w niej dwa miesiące, w trakcie których przejechała przez Wenezuelę, Kolumbie, Ekwador, Peru i Boliwię. Zapraszamy więc na spojrzenie Innym Okiem:

Jak chcesz robić zdjęcia, daj parę bolivianów” – Javier, lat 14, czyści buty przechodniom na ulicach La Paz. Są wakacje, dorabia na ubrania i jedzenie. Po angielsku ani słowa, ale do czyszczenia butów nie potrzeba języka. Wystarczy gestykulacja, na palcach jednej reki można pokazać cenę. W przyszłości chciałby zostać policjantem. Bo się opłaca. Pucując buty – jak mówi – w ciągu godziny udaje mu się zarobić około 5 bolivianów, ale przy nas czyści pantofle czterem szczebioczącym pannom, od każdej po dwa „peso”. Nie narzeka, tylko farba strasznie śmierdzi. Zaciąga kominiarkę na twarz.

LaPazJavier

W całym La Paz można wyczyścić buty za jednego, dwa boliviany – czasem naciągacze chcą nawet pięć, ale rzadko kto ryzykuje tu taką cenę. Zbyt duża konkurencja. W Quito w Ekwadorze buty wyczyszczą bodaj najmłodsze ręce. W peruwiańskim Cusco – nie tylko młode, ale też kobiece. W La Paz pełen przekrój wiekowo–płciowy. Trudno znaleźć takiego, kto z pucybuta został milionerem, to raczej profesja na całe życie.

*****

Nagle spod wielkiego stołu zawalonego smażonymi bananami, orzechami w karmelu, czy cukierkami ze skondensowanego mleka dobiega płacz. To tam jest ktoś jeszcze? Pomieszczenie o powierzchni około 50 metrów kwadratowych – w każdym zakątku ktoś się krząta. Każdy ma swoje zadanie.

Jeśli zdać się na węch, w Quito można dotrzeć do takich właśnie miejsc – to mała rodzinna fabryka słodyczy. W urokliwych kamienicach nieopodal placu Independencia, w pochowanych za prowizoryczną sklepową ladą wnękach, odbywa się produkcja słodyczy na niemałą skalę. To nie są miejsca, które udaje się ocenić na pierwszy rzut oka. Bo każdy kolejny odkrywa jakąś tajemnicę o miejscu i narodzie ekwadorskim.

Najpierw roztapianie cukru na patelni, potem dosypywanie jakiegoś brązowego barwnika, a na koniec orzechy laskowe. Obok – w wielkim garze gotują się w oleju banany. Słodkie albo o smaku zbliżonym do ziemniaka. Żółte albo pomarańczowe. Długie i płaskie albo pozwijane jak serpentyny. W sumie pracuje tu osiem osób – mężczyzna na froncie jako sprzedawca, w środku siedem kobiet – na „taśmie produkcyjnej”. Co najmniej trzy pokolenia. Czwarte – roczne – pod stołem.

Quito

Tak wygląda mała wytwórnia słodyczy w Quito, tak wygląda wielki targ w Otavalo. Rodzinne przedsiębiorstwa. Małe dzieci zabierane są do pracy. Na plecach, potem chowane między workami z mąką i ziarnem kukurydzy, albo w koszu z ananasami. Jak podrośnie będzie sprzedawać na tym samym bazarze, to samo co sprzedają rodzice. Będzie tak samo ubrane, będzie się stołować w tej samej targowej stołówce za dolara za obiad. I będzie zabierać swoje małe dzieci na ten sam bazar.

otavalo

Ameryka Południowa żyje jakby rytmem książek Marqueza – od początku wiadomo co się wydarzy, na pierwszych stronach można przewidzieć zakończenie książki, ale język jest tak piękny, a historia z wiadomym zakończeniem tak magicznie poprowadzona, ze chce się czytać do ostatniej strony. Boliwijczycy czy Ekwadorczycy rodząc się zdają się wiedzieć jak skończy się ich życie. Nie walczą o lepsze samochody, ba – nie walczą o to, żeby to, co noszą na plecach przerzucić na wózek. Od rana do wieczora, od dzieciństwa do starości zdają się robić dokładnie to samo. Z samego rana melonik na głowę, chusta z towarem i dzieckiem na plecy i na targ albo na ulice sprzedawać czapki, popcorn, dezodoranty albo cokolwiek, co tylko uda się zamienić na pieniądz. Żeby tylko starczyło na następny dzień na jedzenie. Dziecko od małego samo się sobą zajmuje – albo znajdzie sobie rówieśników, albo znajdzie sobie jakiś przedmiot, który może stać się zabawka, albo jakiegoś zwierzaka – choćby psa bezdomnego. I tak dorasta na ulicy, niezauważane przez nikogo. Ale nie wszędzie i nie wszystkie podzielą losy swoich rodziców.

*****

Kiedy będę w twoim wieku chciałbym być dużo dalej niż ty jesteś teraz” – powiedział Carlos, Kolumbijczyk z Santa Marty, z pełną powagi, bez mrugnięcia okiem. Ma 19 lat i właśnie rozpoczął studia dziennikarskie. Zauroczony prozą Marqueza, zna też książki Kapuścińskiego – to, co znalazł po hiszpańsku. Poznaliśmy się w hostelu w Santa Marcie – jednym z najtańszych w mieście, 3,5 dolara za noc (8 000 peso). Przychodził, kiedy miał wolny wieczór, siadał w fotelu i przyglądał się ludziom. Kiedy ktoś go zainteresował podchodził i pytał czy może porozmawiać. O czym? O czymkolwiek – on chce poćwiczyć swój angielski. Przysiadał na krawężniku przed hostelem i rozmawiał. Podczas naszej rozmowy podszedł na oko 5 latek, wyciągnął rękę, prosił o pieniądze, to chociaż tą butelkę z resztka wody by wziął. Z daleka kobieta w ciąży, lekko się zataczając pokazuje ranę na łydce, że potrzebuje pieniędzy na leki, plaster, na cokolwiek, byle wyciągnąć parę groszy. Peso, dwa. Marudzi, prosi, niecierpliwi się, zaczyna krzyczeć, machać rekami. W końcu odchodzi zniechęcona.

Kolumbia jest zaskoczeniem od pierwszego kontaktu, aż do ostatniego kroku na ziemi tego kraju słynącego z produkcji kawy i kokainy. Naciągają jak wszędzie, trzeba się targować nawet o cenę autobusu (nawet! Z wyjątkiem Wenezueli wszędzie trzeba się targować), głośna muzyka dudni we wszystkich środkach lokomocji (chociaż w Wenezueli zdecydowanie najgłośniej). Ale to właśnie Kolumbijczycy są najsympatyczniejszym narodem, który poznałam podczas swojej dwumiesięcznej podróży – pomocni, czasem aż nadgorliwi. To Kolumbia okazała się zupełnie innym krajem niż opisywały gazety, niż pokazywały zdjęcia w filmach dokumentalnych. To Kolumbia okazała się krajem najbardziej cywilizowanym z całej piątki, którą odwiedziłam, z najlepszymi drogami, czystymi ubikacjami z papierem toaletowym (!), śmieciami tam gdzie ich miejsce, czyli w koszach na śmieci. Miasta odradzające się z biedy, takie jak Santa Marta czy Cartagena, remontowane ulice i kamienice, ale też obok drogich samochodów, bogatych turystów, mnóstwo żebraków. Na obrzeżach miast domki z dykty, bez drzwi wejściowych, w sumie niepotrzebnych – niemiłosierny upał i tak nie pozwalałby ich zamykać. Rodziny siedzące na ganku, całymi dniami patrzące przed siebie. Czasem ktoś biega po autobusach z owocami w plastikowych torebkach i je sprzedaje. A czasem po prostu nie robią nic – zmęczeni upałem, znużeni prozą życia, siedzą w ogrodowych fotelach, przysypiając.

A jeśli sprzedają i naciągają, to mają na kontynencie konkurencję nie do pobicia.

****

Tą kartkę normalnie sprzedaję po 10 dolarów, ale ponieważ jesteś ładna sprzedam ci ją za dziesięć soli” – na oko 12-latek rozkłada przede mną wachlarz pocztówek z Cusco. 10 soli to około 10 złotych. Jedna kartka??? Jest wyluzowany, opiera się o fasadę starego budynku na głównym placu miasta, które leży w sercu świętej doliny Inków. Mówi nieźle po angielsku, więc brnę dalej w dyskusję. „Nie potrzebuję kartek” – mówię. On na to – „wiesz jak twoja mama się ucieszy jak dostanie od ciebie taką kartkę z pozdrowieniami z Peru?”, „wysłałam” – bronię się. „A babcia jak się ucieszy!”, „wysłałam…” – zaczynam się śmiać pod nosem. „Masz siostrę lub brata?” – pyta jakby szukał ostatniej deski ratunku.

Wariackie ceny Peruwiańczycy podają niemal wszędzie – od granicy ekwadorsko-peruwiańskiej, po granicę peruwiańsko-boliwijską. Cena autobusu potrafi im podskoczyć pięciokrotnie, kiedy widzą białą twarz. Są tacy, którzy zawczasu przygotowują się na przyjazd białego – drukują sobie specjalny cennik taksówki od granicy z Ekwadorem do Tumbes – miasta oddalonego o 24 km. Za taki dystans jedyne… 35 dolarów. Oczywiście są otwarci na rozmowy o małym discouncie. Ale przy tej cenie, w kraju gdzie średni miesięczny zarobek to od 500 do 1000 soli, w zależności od regionu, nie chce się o niczym dyskutować. Peruwiańczycy naciągają bezpardonowo, na oczach policji wciskają fałszywą walutę, kłamią patrząc prosto w oczy.

Europejscy Cyganie mogliby się od nich sporo nauczyć.

****

O Wenezueli z premedytacją nie piszę. 🙂

Prześlij dalej:

12 reakcji na "Wartość dziecka ręki"

  1. Polones  08/08/2009 o 21:56

    „To Kolumbia okazała się zupełnie innym krajem niż opisywały gazety, niż pokazywały zdjęcia w filmach dokumentalnych.”

    Zazwyczaj tak jest. Dla mnie Brazylia okazała się też totalnie inna od tego, co się mówi o niej w Europie. TV normalnie pokazuje jakieś ekstrema, biedę, fawele, dzieci bez butów grające w piłkę i bawiące się w kałuży ścieków. Jakby nic innego w Brazylii nie istniało. Przedstawia się kurioza, jakieś sensacyjne opowieści, nieustanną przemoc. A prawda jest taka, że w bardzo wielu miejscach życie przypomina to w Europie.

    Zresztą trudno to wytłumaczyć komuś, kto w Ameryce nigdy nie był. Trzeba się przekonać na własne oczy i uszy.

    Odpowiedz
  2. Chavez  10/08/2009 o 10:22

    „Innym okiem”, czyli nowy dział; bardzo mi się podoba ten pomysł. Zejdzie z okna na chwilę ten brzydal Chavez, może poznamy inne kraje, bardziej „nudne”, takie jak choćby Urugwaj, Paragwaj, Ekwador Cejrowskiego, oglądane z innej strony.

    Odpowiedz
  3. ela  11/08/2009 o 12:00

    a propo Kolumbii, jestem równie mocno zaskoczona tym krajem, taka Szwajcaria Ameryki Południowej, ludzie NIEPOWTARZALNI !! Z całego serca polecam.

    Odpowiedz
    • zuercher  11/08/2009 o 18:23

      Na czym niby ma polegac ta „szwajcarskosc” Kolumbii? Mieszkam w Szwajcarii i naprawde mam nadzieje, ze Kolumbijczycy sa bardziej otwarci i mniej nudni niz w Szwajcarzy. Szwajcaria to najnudniejszy kraj jaki znam, z najbardziej dwulicowymi ludzmi z jakimi mialem do czynienia.
      Sa oczywiscie wyjatki, ale „srednia” bardzo kiepska.

      Odpowiedz
  4. tartaczek  11/08/2009 o 23:38

    Pomysl dobry.Ja tez bardzo lubie Kolumbie,ale bylam w niej po raz pierwszy wtedy , kiedy niewiele osob z Polski odwazalo sie tam jechac.Juz wtedy mowilam po hiszpansku.Pierwsze wrazenia-mieszane.Wiele zmienilo sie na korzysc od tego czasu.Kolumbijczycy nudni nie sa ,a dwulicowosc to przypadlosc ogolnie w swiecie dostepna.Drugi moj faworyt to Meksyk .A najblizszych znajomych mam z Chile.Generalnie darze duza sympatia ludzi z tamtego regionu.W pracy mam do czynienia z roznymi nacjami.

    Odpowiedz
  5. Pingback: Samba, mrówkojad i szampan przy pełni księżyca | tierralatina.pl

  6. bolo  24/08/2009 o 10:45

    Dlaczego nic o Wenezueli? Chętnie bym przeczytał coś o wyzysku dzieci w chavezowskim gułagu;)

    Odpowiedz
    • rudzielec  26/08/2009 o 11:42

      poniewaz z Wenezuela jest troche trudniej – po pierwsze jest tu juz jeden spec, niejaki tierra, od ucisnionych dzieci przez zlego chaveza. po drugie – to wlasnie on mnie oprowadzal po ccs, od niego mam wiekszosc informacji o tym kraju… i niewiele w tym mojej opinii i moich spostrzezen 😉

      Odpowiedz
  7. buendia  20/09/2009 o 14:33

    kiedys…kilka lat temu był taki sprytny plan peruwiańskiego rządu aby zakazać dzieciakom pracy. miał on na celu ukazanie Peru jako kraju który troszczy sie o dzieci. Na ulice Limy wyszły własnie te osoby które o los dzieci starają sie tam troszczyc aby zapobiec takiemu zakazowi. dlaczego? wiadomo ze dzieciaki te bez bardziej lub mniej uczciwej pracy mogłyby nie przezyc. jesli są sierotami lub dzieciakami ulicy to ich jedyny sposób zarobku. same muszą zapewnic sobie jedzenie i opiekę. szczerze mowiac nie mam nic przeciwko jesli zbajerują zbłąkanego gringo na kuriozalną cenę usługi lub towaru. bez pieniędzy nie mają równiez szans na opieke lekarska ani nawet w NAGŁYM przypadku szpitalną pomoc- często jeśli nikt nie przyjdzie z pieniędzmi sa pozostawieni bez pomocy która moze uratować im życie.

    Odpowiedz
    • rudzielec  26/10/2009 o 13:41

      chcialabym wierzyc, ze dzieci z peru, ktore wyciagna od gringo pieniadze wloza je w edukacje, lekarza, dentyste… tak nie jest. oni nie mysla perspektywicznie, dla nich liczy sie tu i teraz. nie mozna im miec tego za zle, bo w sumie skad maja brac wzorce, skad maja wiedziec ze rozwoj i inwestycja to wiekszy pieniadz. Ale zamiast zastanowic sie, co zrobil gringo zeby zarobic swoje pieniadze i osiagnac jakis status, zastanawiaja sie jak go oskubac – doslownie i w przenosni.

      Odpowiedz
      • buendia  09/11/2009 o 22:35

        Lis w Małym Księciu powiedział, że słowa są źródłem nieporozumień. I miał chyba rację. W życiu nie przyszło mi do głowy aby dzieciaki wkładały pieniądze „zarobione” na ulicy w edukacje, lekarza czy dentystę. Niech mają na elementarne potrzeby życia na ulicy, która jest ich domem. Nie traktujmy tych „dochodów” jak jakiegoś dodatkowego kieszonkowego, które trzeba mądrze zainwestować. To źródło utrzymania. „Naciąganie” gringo nie jest aż tak intratnym interesem aby wystarczyło na jedno i drugie. Mówię o dzieciakach, czasem kilkuletnich, nie o przestępcach. To państwo powinno dbać o edukacje i opiekę zdrowotną. Proszę mi wybaczyć ale nie słyszałam o publicznych domach dziecka w Peru na przykład. Dzieci ulicy w Limie jest ponad tysiąc, mówi się nawet o dwóch tysiącach. Jedne żyją tylko tam, inne maja domy ale z róznych przyczyn uciekają na ulicę. Jedne zarabiaja pieniadze aby pomagać rodzicom, inne aby utrzymać się same bo rodziny nie posiadają. Ja raczej życzę im aby nie stały się ofiarami gangów, prostytucji, uchroniły się od narkotyków niż aby po zarobku głowiły się jak zainwestować w edukacje i lekarzy. O to niech głowi się Państwo, które nie radzi sobie z tym zupełnie. Czy myślisz, ze ktoś martwi się o postrzelonego na ulicy Limy dzieciaka, albo potrąconego przez samochód. Mówimy o bardzo poważnym problemie, bądźmy więc ostrożni w osądzaniu bez poznania tego problemu – dosłownie i w przenośni.

        Odpowiedz
        • rudzielec  12/11/2009 o 12:12

          buendia – niech bedzie tak jak piszesz w swoim drugim poscie, zeby Lisowi dac dzis wolne i nie roztrzasac sporow o rozumienie czytanego tekstu. zgadzam sie z Toba na pewno co do jednego – tez bym chciala, zeby te dzieciaki z ulic Limy mialy chociaz namiastke godnego zycia, cieply posilek i szanse na panstwowego przyzwoitego lekarza, kiedy beda mialy taka potrzebe. pozdrawiam 🙂

          Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.