Boliwia – kokainowy supermarket


Obraz sytuacji w Boliwii wyłaniający się z wielu, zwłaszcza otwarcie lewicowych pism i czasopism, bądź stron internetowych, jest zazwyczaj niesamowicie prosty, by nie powiedieć czarno-biały.

Z jednej strony mamy bogatych, skorumpowanch, rasistowskich białych obszarników, wspieranych oczywiście przez CIA; którzy nieustannie spiskują jakby tu zabić demokratycznie wybranego prezydenta. Po drugiej stronie barykady jest właśnie znajdujący się w wiecznym zagrożeniu Evo Morales i jego rząd, oraz miliony wspierających ich Indian, szczęśliwych, że ktoś wreszcie pomaga im pozbyć się kolonialego jarzma, oraz odzyskać godność i tradycje.

Jako te ostatnie należy oczywiście rozumieć, przede wszystkim, prawo do uprawiania koki, tej wspaniałej, magicznej rośliny, od wieków używanej w regionie w celach leczniczych i religijnych, ale zbeszczeszczonej przez zdegenerowane zachodnie społeczeństwa. Które to w dodatku, zamiast zająć się leczeniem własnych narkomanów, chcą bezczelnie zmusić Boliwię do represjonowania tych, których jedynym przewinieniem jest to, że uprawiają to samo, co ich przodkowie.

Problem w tym, że rzeczywistość – jak to zwykle bywa – jest bardziej złożona. O wiele bardziej. Bo tak jak i są bogaci, biali Boliwijczycy wspierający Moralesa (i zbijający dzięki niemu potężne fortuny), tak i są Indianie bardzo na prezydenta narzekający. Zresztą tych drugich, jest zdecydowanie więcej, niż tych pierwszych.

Nie podoba się im ani niezaprzeczalny fakt, że Boliwia staje się narko-państwem, ani coraz wyraźniejszy rasizm… znajdujących się przy władzy i stanowiących większość w kraju Indian Aymara, wobec innych grup etnicznych. Sam rozmawiałem w ubiegłym roku w mieszkającym w La Paz, ale pochodzącym z amazońskich nizin Indianinem Bororo, który skarżył się, że Aymara często wyzywają go od dzikusów i nieustannie dają mu do zrozumienia, aby „wracał do swojej dżungli”. „Oni byli przez wieki gnębieni i wygląda na to, że chcą się teraz odegrać. A że nie mogą sobie pozwolić na zrobienie tego wobec Białych, to pastwią się nad nami” – żalił się.

I wygląda na to, że miał rację. Nie dalej jak w miniony weekend doszło do kolejnych poważnych starć w amazońskim stanie Beni. Były strzały, rękoczyny, jeden trup i wielu rannych. Kto z kim walczył? Ano zamieszkujący ten region Indianie Yuracaré z napływowymi Indianami Aymara.

Terenem starć był Territorio Indígena y Parque Nacional Isiboro Sécure, czyli w skrócie TIPNIS – autonomiczny Park Narodowy, którym zarządzają mieszkający od wieków na jego terenie Indianie Yuracaré i Mojos. I dla których uprawiana tradycyjnie przez Indian Aymara na stokach Andów koka jest równie egzotyczna, co gruszka, czy jabłko.

Niestety dla nich, mający coraz większe poczucie bezkarności Związek Plantatorów Koki, którego Evo Morales wciąż jest honorowym przewodniczącym, nieustannie szuka nowych terenów pod uprawy. I dotarł już nawet właśnie do TIPNIS.

Pierwsi plantatorzy, w większości Indianie Aymara, pojawili się na terenie Parku w maju tego roku roku. A za nimi kolejni i kolejni, w sumie kilka setek. Lokalni Yuracaré i Mojos alarmowali centralne władze, ale żadnej reakcji w La Paz nie było. Gdy jednak w ostatnich tygodniach plantatorzy zaczeli karczować pod kokę jeden ze znajdujących się na terenie Parku rezerwatów, lokalni Indianie postanowili wziąć sprawę w swoje ręce i bronić swego terytorium. Po indiańsku. Zaczęły się podpalenia domów osadników, niszczenie sadzonek koki, w końcu – w ubiegły weekend – doszło do krwawej konfrontacji.

Władze w La Paz udają zdziwienie. –Nic nie wiedzieliśmy o inwazji Parku przez plantatorów. Ale na pewno ich usuniemy i ich nielegalne plantacje zniszczymy. – zapewnia Marcos Farfán, boliwijski minister ds. bezpieczeństwa wewnętrznego.

Wydarzenia w TIPNIS to jednak tylko maleński skrawek o wiele większego i poważniejszego problemu. Jego podstawą jest narkotykowa hipokryzja Evo Moralesa. Bo prezydent oczywiście do znudzenia powtarza, że jego polityka to „tak dla koki, nie dla kokainy”…

Jednak jako były jej plantator musi doskonale wiedzieć, że obie rzeczy są ściśle ze sobą powiązane, idą ręka w rękę. I że stymulując hodowlę koki, stymuluje też narkoprodukcję. I nie może być inaczej, bo tradycyjny, niemafijny rynek zbytu, czyli herbatki i suszone, przeznaczonych do żucia liście, jest ograniczony, niezbyt wielki i od dawna nasycony.

Narkotykowe gangi do tego stopnia już się rozzuchwaliły, ze coraz więcej Indian którzy produkowali kokę rzeczywiście do tradycyjnego użytku, jest po prostu zmuszanych do sprzedawania zbiorów producentom narkotyków. Inni sami, z własnej woli, się przebranżowują, bo pieniądze z narkobiznesu są znacznie lepsze.

Efekty polityki Moralesa widać też coraz bardziej na ulicach boliwijskich miast, a przebierają one niestety postać lokalnych junkies – zniszczonych narkomanów, którzy stracili wszystko i wszystko dla kolejnej działki gotowi są zrobić. Najczęściej są to zresztą sami Indianie, ponoć genetycznie znacznie słabsi wobec wszelkich używek.

Narkogangi kokainę produkują bowiem nie tylko na eksport. Lokalny rynek, choć płaci znacznie mniej, też jest atrakcyjny. Bo odpada chociażby problem niebezpieczengo i kosztownego szmuglowania białego proszku przez granicę.

To, że kokainę w Boliwii można kupić tanio i dosłownie wszędzie, to zupełna w tym kraju nowość. Tymczasem kraj ten zupełnie jest na to nieprzygotowany. Nie ma tu prawie żadnej antynarkotykowej edukacji, nie istnieją specjaliści od odwyków, ani efektywne służby do walki z dealerami. Zresztą to często sami mundurowi proponują zakup narkotyku. I bynajmniej nie są to policyjne prowokacje.

Doszło do tego, że kokainy w Boliwii nie trzeba wcale szukać. W dużych miastach przed kokainą trzeba wręcz uciekać i się bronić. Bo sama znajduje i pokusa aby spróbować bywa wielka. W La Paz turystom zakup narkotyku proponowany jest kilka, czasem kilkanaście razy dziennie. Poza policjantami oferują go kelnerzy, taksówkarze, pracownicy hoteli i hosteli, przechodnie na ulicy, przypadkowo poznane osoby.

A może to wszystko jest częścią jakiegoś bardziej misternego planu? Może Morales chce po prostu zrobić ze swego kraju kokainową Holandię? Przyciągnąc turystów szukających mocnych wrażeń i narkotykowych tripów? Bo ten fenomen już istnieje. Na wielu anglojęzycznych blogach i turystycznych forach wymianiane i polecane są adresy miesjc, w których można tanio i bezpiecznie kupić i często na miejscu sniffnąć dobry, niemieszany towar. Wiele osób nie kryje nawet, że jedzie do Boliwii właśnie w takim celu. Ba, nawet londyński Guardian zamieścił niedawno reportaż z takiego boliwijskiego narko-lounge. Route 36 się to nazywa. Przychodzisz, siadasz w wygodnej kanapie i prosisz kelnera o piwo i dwe kreseczki…

Evo Morales i jego rząd wydają się nic z tym problemem nie robić. Więcej – oni uparcie udają, że wcale go nie ma. Co w sumie jest zrozumiałe. Przecież nie może wysłać policji przeciw kumplom, którzy – na dobrą sprawę – wynieśli go do władzy.

Decydenci w La Paz obwieszczają wprawdzie co jakiś czas antynarotykowe sukcesy i informują o zamknięciu kolejnej fabryki kokainy. Lokalni znawcy tematu twierdzą jednak, że to przede wszystkim bronienie własnych interesów. Do aresztów trafiają przede wszystkim Kolumbijczycy, którzy widząc boliwijski permisywizm i wobec operacji nasilających się antynarkotykowych akcji we własnym kraju, ochoczo przenoszą swe laboratoria do sąsiedniej Boliwii. I coraz niechętniej dzielą się zyskami z lokalnymi mafiami.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

4 reakcje na "Boliwia – kokainowy supermarket"

  1. bolo  12/10/2009 o 12:54

    Co to jest narko-państwo?

    Odpowiedz
  2. bolo  13/10/2009 o 21:02

    Dzięki, jakoś przebrnąłem. Nie chwytam do końca sformułowania „narcotics and other drugs”, widocznie za słabego słownika używam. W każdym razie teraz już wiem, że kiedyś byliśmy węglo-państwem a jeszcze wcześniej zbożo-państwem.

    Odpowiedz
  3. Pingback: Evo Morales rozpędza protestujących Indian | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.