Pamiętam, że nie dowierzałem gdy – kilka lat temu – podczas jednej z pierwszych moich podróży do Wenezueli, ktoś mi opowiadał o fantastycznej imprezie na jaką został zaproszony przez syna jednego z wpływowych ministrów chávezowego reżimu. Fiesta odbyła się w jednym z ekskluzywnych hoteli w Panamie, zakontraktowano na nią topowe lokalne prostytutki, a ponad setka gości poleciała tam z Caracas trzema rządowymi samolotami.
Podobne opowieści słyszałem potem wielokrotnie, zmieniały się tylko miejsca, ekstrawagancje i nazwiska zapraszających. Choć zawsze łączyła je bliskość do centrum rewolucyjnej władzy. Mimo to i tak przez długi czas brałem pod uwagę możliwość, że te historie to wytwór opozycyjnej wyobraźni. I to nie dlatego, że wierzę w cnotę czołowych wenezuelskich rewolucjonistów, ale ponieważ wydawało mi się, że ta uprzywilejowana kasta jest mimo wszystko bardziej dyskretna w swych szaleństwach.
Myliłem się. Jak bardzo, przekonałem się naocznie kilka miesięcy temu, gdy siedziałem w jednym z najbardziej ekskluzywnych lokali w Caracas. Dodam, że poszedłem tam zaproszony, bo samemu naprawdę nie mam w zwyczaju wydawać 8-9 dolarów za lokalne piwo. Nie w Wenezueli.
Mimo tych cen, a raczej dzięki świadomości, że nie ja będę płacił za rosnący z każdym pociągnięciem alhoholu przez słomkę rachunek, wieczór mijał sympatycznie. Do chwili, gdy ztonowane światła nagle rozbłysły, a do lokalu nie wpadło kilkunastu osiłków z pistoletami przy pasach. Nie był to jednak napad…
Uzbrojeni panowie dość kulturalnie, lecz niezmiernie stanowczo poprosili abyśmy wszyscy natychmiast opuścili lokal. Bez dopijania sączonych właśnie drinków, ani płacenia za rachunki. „Rewolucja za was zapłaci” – stwierdził jedynie z przekąsem, zupełnie nie zaskoczony całą tą sytuacją kelner. Bo w ogóle ja byłem tam chyba tym najbardziej zdziwionym. No ale fakt, że stałym bywalcem nocnych klubów w Caracas nie jestem, nie znam więc zwyczajów…
Przy wyjściu z klubu kolejna niespodzianka – wsteczna selekcja. Jeden z uzbrojonych młodzieńców stoi w drzwiach i proponuje co ładniejszym dziewczynom, że jeśli chcą, to jednak mogą zostać. Zdradza też sponsora – za chwilę ma się pojawić, z grupą swych znajomych, naczelny imprezowicz boliwariańskiej Wenezueli, Hugo Chávez junior, potocznie zwany w tym kraju El Huguito.
I rzeczywiście na parkingu przed lokalem stoi już kilka, otoczonych ścisłym kordonem policjantów na motocyklach i uzbrojonych ochroniarzy w cywilu, wielkich wypasionych, amerykańskich samochodów terenowych ze chromowanymi „blink-blink” felgami. Zza niedomkniętych ciemnych szyb dobiega dudnienie reaggetonu. Klimat jak z wideoklipów gangstaraperów. Z tą różnicą, że samochody na parkingu w Caracas mają na szybach i karoseriach naklejki Zjedoczonej Wenezuelskiej Partii Socjalistycznej PSUV i hasła typu Hugo Presidente Para Siempre!
Przed drzwiami lokalu właściciel przeprasza wypędzanych klientów i prosząc o zrozumienie rozdaje bony uprawniające do darmowego drinka w przyszłości. Klienci w sumie nie są rozżaleni, wiedzą że właściciel nie ma wyjścia. Nikt nie zapomniał co stało się z Loftem, modnym lokalem w San Ignacio, najbardziej ekskluzywnym centrum handlowym w wenezuelskiej stolicy. Tam właściciel nie zgodził się aby na imprezę weszła podpita czerwona młodzież ze swymi ochroniarzami. Tydzień później Loft utracił licencję na sprzedaż alkoholu…
No ale dość tych historii. Zwłaszcza, że na dzisiaj przygotowałem kilka fotografii z życia nowych wenezuelskich elit. Tych które wchodzą do Miraflores bez przepustki i zwiedzają świat latając odrzutowcami państwowych koncernów.
Choć prezydent uparcie wmawia ludowi, że „bycie bogatym to zło”, „picie whisky to powód do wstydu”, a „duże amerykańskie samochody to symbol degenarcji”, wenezuelscy hunwejbini ostentacyjnie i arogancko wydają fortuny na panienki, podróże, apartamenty w Imperium Zła, najlepsze alkohole i najbardziej amerykańskie z amerykańskich pojazdów. Bez umiaru i bez wstydu. A potem jeszcze chwalą się swymi wyczynami na Facebooku.
Panie i Panowie, poznajcie Antonio Rafaela Cháveza, w klubach Miami znananego jako King Mike. To syn Narciso Cháveza, jednego z braci prezydenta. Na pierszym zdjęciu, aby nie było żadnych wątpliwości, ze swoim ukochanym wujkiem:
Zresztą, skoro jesteśmy przy prezentacjach to poznajcie część reszty rodziny. Po kolei:
Pierwszy od lewej to właśnie sponsor moich niedopitych drinków, Hugo Chávez junior, obok niego inna z bratanic prezydenta, później znany już King Mike i narzeczona El Huguito.
Tutaj nową twarzą z lewej jest Maria-Gabriela Chávez, jedna z trzech córek El Presidente.
To z kolei kolejny z prezydenckich bratanków, syn Adana Cháveza, z narzeczoną. I King Mike.
Tutaj, ta dwójka w środku, to jeszcze inny z bratanków, wielokrotnie już publicznie oskarżany o korupcję i mocno lewe interesy (ale żaden z sędziów w Wenezueli nie jest taki głupi aby takie oskarżenia podjąć), Clever Chávez z żoną.
Wróćmy jednak do Kinga Mike, bo to on ma być bohaterem tego wpisu. Tutaj w ogrodzie prezydenckiej rezydencji La Casona w Caracas:
Nie da się ukryć, że to fajna miejscówka na organizowanie imprez, prawda?
W sumie, nie ma się co więc dziwić, że chłopak kocha i popiera rewolucję wymyśloną przez swojego wujka:
Choć już np. ten złoty zegarek jest jakoś taki mało rewolucyjny. To Cartier, za którego King Mike zapłacił, jak twierdził na Facebooku, tylko 20 tysięcy dolarów. Po znajomości, bo zgodnie z katalogiem kosztuje on o 9 tysięcy więcej. W sumie jest się więc czym chwalić…
No i samochód jakim się King Mike wozi, gdy przebywa w Miami (ma tam mieszkanie) też jakoś specjalnie plebejski nie jest… No ale Król nie będzie przecież jeździł byle czym!
Nie można też mu odmówić ciekawości świata. Jednak na próżno wśród zdjęć z podróży szukać wspomnień z wypadów do bratnich państw – Kuby, Boliwii, Ekwadoru, Nikaragui… Więcej jest pamiątek z Las Vegas, Colorado, Hiszpanii…
Prezydencki bratanek ma też niewątpliwą słabość do płci przeciwnej. Swe podboje skrupulatnie dokumentuje. Oszczędze Wam jednak tych najpikantniejszych zdjęć bo tierralatina.pl nie jest miejscem przeznaczonym tylko dla dorosłych…
Kobiety to jednak nie jedyna pasja młodego Cháveza. Po wujku-żołnierzu odzieczył też najwyraźniej zamiłowanie do broni. Wszelakiej.
Tak właśnie bawią się nowe, rewolucyjne elity Wenezueli.
A tak się wożą i lansują:
Ford Mustang i Hummer. Socjalizm i rewolucja pełną gębą!
Teraz już chyba rozumiecie dlaczego w Wenezueli powstały w ostatnich latach tak ciekawe hiszpańskie neologizmy jak robolución, czyli połoczenie kradzieży (robo) z rewolucją, czy boliburgesía – boliburżuazja.
To też może Cię zainteresować:
tierralatina
10/09/2009 o 20:25
@rudziel: Zdjecia (te i wiele innych) kraza w internecie, na blogach i forach internetowych, ale oficjalna – nawet opozycyjna prasa – takich tematow nie porusza, bo wszyscz wiedza ze toleracja wladzy ma granice. Cenzury nie ma – jest silna autocenzura, bo wiadomo ze prezydent moze zamknac co mu sie zywnie podoba z dnia na dzien.
@kuba: Z Facebooka. Zanim King Mike (a za nim i inni hunwejbini) zastrzegl swoj profil.