Tak sie strzela (kupuje?) gole w Brazylii


Raczej marne to pocieszenie, ale zawsze jakieś tam schedenfreude – skandale nie dotykają tylko i wyłącznie polskiej piłki. Cuda na boisku dzieją się także w kraju, gdzie futbol jest Bogiem, a piłkarze bóstwami. Czyli w Brazylii.

Otwierające ten tekst wideo, to zapis baramek jakie padły w piątkowym meczu EC Viana z Chapadinha, grającymi w II lidze brazylijskiego stanu Maranhão. Meczu – to trzeba dodać – ostatniej kolejki, która rozstrzygała o tym kto dostanie się do stanowej ekstraklasy.

Faworytem do zajęcia ostatniego z promocyjnych miejsc był Moto Club ze stolicy stanu São Luís, ale zarówno prowincjonalne Viana, jak i Chapadinha miały jeszcze teoretyczne szanse na odebranie mu tego przywileju. Rozstrzygająca miała być różnica w zdobytych bramkach.

Piątkowy mecz, mimo swej stawki, był nudny. W 36. minucie drugiej połowy spotkania Viana prowadziła z Chapadinha 2:0. Ten wynik oznaczał, że oba te kluby pozostaną w II lidze. I wtedy nastąpił cud. W ciągu ostatnich 9 minut meczu padło 9 bramek. Wszystkie dla Viany. Po 11. golu sędzia odgwizdał koniec spotkania, a zawodnicy gospodarzy tryumfowali, bo to oni – a nie Moto Club – wywalczyli promocję do stanowej I ligi.

Prezes Moto Club się piekli i żąda dyskwalfikacji obu konkurencyjnych zespołów, oraz anulowania wyniku ich spotkania. Stanowe władze futbolowe przyznają, że to wstyd i hańba, oraz zapowiadają śledztwo.  Alberto Ferreira, szef stanowego związku piłki nożnej, obiecuje że kary będą bezlitosne: –Jeśli nie wyplenimy takich zachowań, to możemy zwyczajnie zlikiwdować mecze. Po co chodzić na boiska, może lepiej organizować rozgrywki przy stoliku i negocjować ile kto potrzebuje goli i ile jest w stanie za nie zapłacić? My będziemy tylko publikować tak ustalone wynik spotkań – denerwuje się.

Prezes EC Viana, Braide Ribeiro, jest oczywiście oburzony lecącymu ze wszystkich stron oskarżeniami o kupienie meczu: –Mogę tylko pogratulować moim zawodnikom za odwagę i wolę walki. A ludzie wysuwający próbujący nas oczernić powinni być naprawdę ostrożni. W takich sprawach szalenie trudno jest cokolwiek udowodnić. Póki co podstawowym dowodem jest raport arbitra, a ten wyraźnie mówi, że mecz wygrał EC Viana.– broni się.

Wtóruje mu prezes pokonanej drużyny. –Nasi gracze mieli nagle kryzys, wysiadli kondycyjnie. Rozmawiałem z nimi i sami nie potrafią tego wytłumaczyć. No ale takie rzeczy się zdarzają.– twierdzi Gil Lopes z Chapadinha.

Władze futbolowe zapowiedziały już jednka, że śledztwo dotyczyć będzie trzech klubów, a nie dwóch. Dlaczego? Bo na boisku na którym grał Moto Club z Santa Quitéria też działy się dziwne rzeczy…

Najpierw, przez pierwsze 10 minut meczu, w ekipie Santa Quitéria grał… 52-letni, honorowy prezes klubu, Menin Leal. Z numerem 10 na koszulce. Drużyna mogła sobie pozwolić na taką ekstrawagancję, bo awans do pierwszej ligi miała już zagwarantowany. Zresztą mimo obecności weterana na murawie w początkowej fazie meczu nie padł żaden gol. Moto zaczęło trafiać do bramki przeciwnika, dopiero gdy arbiter pokazał dyskusyjną czerwoną kartkę jednemu z zawodników z Santa Quitéria. W połowie było 2:0. Prawdziwy cyrk rozpoczął się jednak później – sędzia zaczął seryjnie dyktować faworytom rzuty karne. Aż 3 w 10 minut! Choć żadnego przewinienia rywali kamery nie zarejestrowały! Moto Club wygrał 5:1. Jak się okazało, było to jednak zbyt mało!

Jaki z tego morał? Brazylijska prasa sportowa, która już nazywa ten finał drugoligowych, stanowych rozgrywek jednym z największych skandali w historii ich futbolu, miała wczoraj gotową odpowiedź: Najwyraźniej znacznie skuteczniejsze jest przekupienie rywali, niż sędziego!

Być może jednak sprawa wcale nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać.

Obrońca Chapadinha, Toninho, dojeżdża przyjeżdża na codzienne treningi swej ukochanej drużyny jedynym dostępnym środkiem transportu - rowerem. W każdą stronę ma 12 km. (fot. Globo Esporte)

Obrońca Chapadinha, Toninho, dojeżdża przyjeżdża na codzienne treningi swej ukochanej drużyny jedynym dostępnym środkiem transportu – rowerem. W każdą stronę ma 12 km. (fot. Globo Esporte)

Niektórzy zawodnicy Chapadinha, którzy tuż po meczu zapadli się pod ziemię i konsekwentnie unikali jakiegokolwiek kontaktu z dziennikarzami, zaczynają nieśmiało udzielać wywiadów. I tłumaczą, że wcale nie zostali przekupieni. Ani, że nikt nie kazał im tego meczu „odpuścić”. Oni twierdzą, że to była ich własna, spontaniczna reakcja na wieści ze stadionu na którym grał Moto Club. – Gdy dotarły do nas informacje, że arbiter pomaga klubowi ze stolicy stanu, zupełnie straciliśmy motywację. Moto Club przez cały sezon był faworyzowany przez futbolowe władze stanu. Im po prostu zależało, aby to stołeczna drużyna powróciła do ekstraklasy, a nie jakiś biedny klub z prowincji. Miarka się po prostu przebrała. Nie sprzedaliśmy meczu, po prostu uznaliśmy że nie warto grać. To był protest, przeciw temu wszystkiemu co się działo od początku sezonu. – powiedział w wywiadzie dla portalu Globo Esporte, Alisson, jeden z graczy Chapadinha. Jego słowa potwierdza Toninho, obrońca w tej samym klubie: – Gdy się dowiedzieliśmy, że Moto jest wysyłane przez sędziego do I ligi, odechciało się nam grać. Bo po co? Viana to wykorzystała i pokrzyżowała stołeczne plany – mamy przynajmniej z tego satysfakcję.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

8 reakcji na "Tak sie strzela (kupuje?) gole w Brazylii"

  1. gobokke  18/10/2009 o 21:00

    Gratuluję wyczerpującego i obiektywnego podejścia do tematu. Proszę się nie przejmować tym, jak całą sytuację opisują futbolowi analfabeci np. dziennikarze (?) „Gazety Wyborczej”.
    Są ludzie, którzy o piłce południowej piszą tylko źle, albo wcale.
    Nie zauważają awantur na trybunach czy antysemickich przyśpiewek, które miały miejsce w środku Londynu, ale aferę na brazylijskiej prowincji znajdą i odpowiednio nagłośnią.

    Odpowiedz
    • tierralatina  19/10/2009 o 00:01

      Z krytykami trzeba jednak zawsze uwazac i unikac generalizowania. Bo tak sie akurat sklada, ze autor powyzszego tekstu jest korespondentem w Ameryce Lacinskiej… Gazety Wyborczej. 😛

      Odpowiedz
      • gobokke  19/10/2009 o 01:05

        Zagraniczny korespondent różni się jednak od rezydenta z Czerskiej, uprawiającego przeważnie „dziennikarstwo” telefoniczne lub internetowe. Poziom merytoryczny redakcji sportowej „GW” w ostatnich latach spada proporcjonalnie do sprzedaży pisma. Jeszcze gorszy jest agorowski portal Sport.pl.
        Ale to temat na osobną dyskusję…

        Odpowiedz
  2. Polones  19/10/2009 o 02:22

    Potrafię sobie wyobrazić takie zachowanie wśród Brazylijczyków-piłkarskich amatorów. Na tym poziomie – druga liga stanowa Maranhao, czyli liga bardzo słabiutka, w bardzo biednym regionie – gdzie piłkarze nie biorą żadnych lub prawie żadnych pieniędzy za grę (patrz zdjęcie gracza udającego się na trening), ambicja odgrywa bardzo dużą rolę. Kiedy widzą, że się ich jawnie oszukuje, mogą po prostu zrezygnować z gry. Można dać wiarę takiej postawie. Postawa bardzo radykalna jednak.

    Odpowiedz
  3. gość  19/10/2009 o 12:50

    No, polecałbym naszym ekstra-kopaczom taki dojazd na treningi, może mieliby kondycje na 90 min. szybkiego biegania 🙂

    Odpowiedz
  4. Pingback: Mordobicie na murawie | tierralatina.pl

  5. Pingback: Pierwsze trzy miesiące tierralatina.pl | tierralatina.pl - Ameryka Łacińska i Karaiby

  6. Pingback: tierralatina.pl - przeboje sierpnia 2010 | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.