Uroki Sampy: autobusowa komunikacja miejska


Gdy człowiek przeprowadza się do innego kraju, zazwyczaj doznaje mniejszego lub większego szoku kulturowego. Niektórzy twierdzą, że im dalej to państwo leży od miejsca urodzenia, tym wstrząs intesywniejszy. W São Paulo moje zderzenie z życiem codziennym i Brazylijczykami nie było aż tak bolesne. Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że w Brazylii jest tak samo jak w Polsce czy Europie, ale pogoda, stosunek tubylców do gringos, oraz – jednak – „ucywilizowanie” Sampy spowodowały, że większego problemu z aklimatyzacją nie miałem. Pomijam początkową nieznajomość portugalskiego, która – rzecz jasna – powodowała niemały dyskomfort, ale natura Brasileiros pomagała przeżyć ten okres bez większych bólów.

Jest jednak w tym mieście wiele rzeczy, które widziałem po raz pierwszy, które mnie ucieszyły i przyjemnie zaskoczyły. Są i takie, na których widok zdziwiłem się, zdębiałem, byłem zszokowany czy wręcz zirytowany. Różnice, które powodują, że człowiek chce powiedzieć „szkoda, że nie ma tak w Polsce”, albo pobluzgać sobie siarczyście pod nosem. Postanowiłem więc je, od czasu do czasu, opisywać.

Jedna uwaga – moje obserwacje i refleksje dotyczą tylko i wyłącznie miasta São Paulo i nie odnoszą się do całego kraju, ani nawet do całego stanu São Paulo. Ogrom Brazylii pozwala użyć powiedzenia „co stan, to obyczaj”. Ba, co ćwierć stanu.

Czy ktoś z was był kiedyś w São Paulo i używał komunikacji miejskiej? Ale nie metra, którego jedyną wadą jest, że nie do wszystkich części metropolii dojeżdża, lecz autobusu. Dla kogoś, kto przebywa w tym mieście po raz pierwszy i kogo nie stać na taksówki, podróżowanie ônibusem (w portugalskim z Portugalii zwanym autocarro), może się okazać nie lada wyzwaniem. A dotarcie w żądane miejsce i to o czasie – sporym sukcesem.

Przystanek autobusowy z charakterystycznym dla miasta chodnikiem wymalowanym we wzór przypominający kształt stanu Sao Paulo.

Przystanek autobusowy z charakterystycznym dla miasta chodnikiem wymalowanym we wzór przypominający kształt stanu Sao Paulo.

Najpierw jednak trzeba taki „dyliżans” złapać. Pół biedy, gdy jesteśmy w centrum, na dużej ulicy, przy węźle komunikacyjnym, gdzie istnieją przystanki autobusowe w europejskim znaczeniu tego słowa. Gorzej, gdy znajdziemy się w mniej ruchliwych miejscach, gdzie miejsce, w którym zatrzymują się miejskie autobusy, to co najwyżej wbity w ziemię, nierzucający się w oczy słup, zazwyczaj pomalowany na niebiesko. Jeśli w ogóle jest. Bo jeśli go nie ma (a to zdarza się często), nie pozostaje nam nic innego jak wypatrywać stojących w grupie, przy krawężniku, ludzi – być może to właśnie osoby czekające na transport i z doświadczenia wiedzące, że autobus powinien się zatrzymać tam, a nie gdzie indziej.

Nie liczmy jednak na jakąkolwiek informację o tym, jaki autobus tamtędy jeździ, dokąd, i o której godzinie można się go spodziewać. Tablice z rozkładami jazdy, czy mapkami tras po prostu nie istnieją. Jasne, można zapytać innych oczekujących, ale co, gdy nie znamy języka? Na znajomość angielskiego przez Brazylijczyków raczej nie ma co liczyć. Kiedy wreszcie coś przyjedzie, informacje na pojeździe są na tyle skromne, że właściwie nic nie mówią. Jest cel podróży oraz może pięć nazw istotnych ulic, ale istotną może być każda ze 130 tysięcy ulic, jakie znajdują się w mieście. Do tego trasa ma kilka lub kilkanaście kilometrów długości i nie wiadomo, czy jedziemy „w górę” czy może z powrotem. Czasem pomagają kolory autobusów (jest ich pięć – mój to azul, czyli niebieski), bo każdy z nich określa inną część miasta. Jednak kierowanie się tym też rzadko zdaje egzamin, gdyż te umowne, barwne sektory miasta są wielkości Warszawy, albo i większe.

Autobus zatrzymuje się koniecznie wystawiając rękę, bo w przypadku niepokazania kierowcy, że chcemy skorzystać z usług prowadzonego przez niego pojazdu, jest duża szansa, że się nie zatrzyma. Nawet widząc stojących na przystanku ludzi.

Przemieszczanie się w São Paulo jest dla mnie sporą udręką, zwłaszcza, gdy muszę udać się gdzieś, gdzie wcześniej nie byłem. Mam jednak na to sposób – zawsze zabieram ze sobą plan miasta i staram się na nim śledzić postęp podróży, by wysiąść we właściwym momencie. Gdy zapomnę książeczki, to jestem jak dziecko we mgle. A już wiele razy zapomniałem. Często zastanawiam się, skąd ci wszyscy ludzie, których w autobusach nie brakuje, wiedzą, jak się odnaleźć w tej sytuacji. Zawsze są tacy pewni siebie, prawie nigdy nie zwracają się do kierowcy czy innych pasażerów o pomoc. Odnosi się wrażenie, że doskonale znają miasto. Po chwili jednak dochodzę do wniosku, że zapewne trasy, które przemierzają, to w większości ich codzienna droga do pracy, do domu czy szkoły. Nie sądzę, że tak doskonale radzą sobie, gdy są zmuszeni od czasu do czasu udać się gdzieś dalej. A może się mylę? W każdym razie z planem miasta jeszcze nikogo nie widziałem.

Autobusy miejskie w Sampie oprócz kierowcy, posiadają też biletera, który siedzi na podwyższonym krzesełku mniej więcej w połowie(!) długości pojazdu i obudowany jakimiś rurami czy barierkami zabiera sporo tak cennej w środkach transportu publicznego przestrzeni. Poza siedzeniem, czytaniem prasy, rozwiązywaniem krzyżówek, przysypianiem lub dawaniem znaków kierowcy, że wszyscy już wysiedli i można bezpiecznie zamknąć drzwi, to właściwie ten cobrador nic nie robi. Bilety papierkowe, których sprzeda 20 czy 30 na godzinę (szczerze mówiąc, nie rozdaje „fizycznych” biletów, jedynie egzekwuje należność, a te kupione w dworcowych kasach czy ulicznych kioskach skrzętnie zbiera), są skutecznie wypierane przez Bilhete Único, czyli kartę elektroniczną, którą wcześniej, w specjalnych kasach, ładujemy żądanej wysokości kredytem. Przykłada się ją do autobusowych czytników (czy posiadamy już to udogodnienie w Polsce?) i pozwala ona na podróżowanie przez dwie godziny wieloma liniami za cenę jednorazowego przejazdu (2,30 reala = 3,75 złotego). A korzystając w tym czasie z metra uzyskujemy nań zniżkę.

Spotkałem się także z miłym, choć w pierwszej chwili zaskakującym autobusowym zwyczajem. Otóż już siedzący pasażerowie oferują czasami pomoc w potrzymaniu naswoich  kolanach torby, plecaka czy innego tobołka należącego do kogoś obcego. Chodzi oczywiście o rozluźnienie tłoku i ulżenie stojącym. Gdy mnie jakiś chłopak zapytał o to pierwszy raz, pomyślałem sobie, że to dziwak i grzecznie odmówiłem. Na diabła mu moja torba? Ale przyszło mi wkrótce na myśl, że może chce mnie w jakiś sposób uchronić przed potencjalnymi złodziejami. Mam na tym punkcie lekką obsesję, po tym jak, w kilka dni po moim przyjeździe do Brazylii, jadący ze mną współpasażer zdał sobie sprawę, że właśnie został okradziony.

I jeszcze jedna komunikacyjna ciekawostka – ônibus biarticulado, czyli autobusowe monstrum:

800px-Expresso_Biarticulado_Curitiba

Ten akurat jest w „barwach” Kurytyby, ale w São Paulo działają podobne. Ma od 25 do 27 metrów długości i nominalnie mieści do 270 osób. To najdłuższe miejskie autobusy na świecie.

PS. Autorem powyższego tekstu jest Polonês, któremu zawdzięczamy też Polskie kino brazylijskie.

PS2. Autorem zdjęcia przystanku autobusowego jest Guineves, opublikowane jest ono zgodnie z zasadami licencji Creative Commons 2.0

Prześlij dalej:

10 reakcji na "Uroki Sampy: autobusowa komunikacja miejska"

  1. Jan Sochaczewski  21/10/2009 o 19:11

    Uśmiałem się szczerze bo przypomniały mi się moje pierwsze chwile z autobusami w Rio.. eh, dobre czasy. Teraz siedzę w Brasilii i od miesięcy nie dotknąłem busa, sens ma tylko samochód.

    Odpowiedz
  2. Ofca  21/10/2009 o 21:13

    Hihi, widać Tierra, że jeszcze w życiu z Dublin Bus nie miałeś okazji podróżować. Niby Europa, a wychodzi, że bliżej im do Brazylii 😉

    Odpowiedz
  3. asia  22/10/2009 o 01:50

    Karty elektroniczne w komunikacji miejskiej? Mamy to udogodnienie w Polsce 🙂 Konkretnie w Kaliszu – od jakiś 10 lat.

    Odpowiedz
  4. Polones  22/10/2009 o 11:28

    A reszta? Warszawa, Wrocław, Łódź, Poznań, Kraków? Dalej papierki i sprawdzanie dziurek? 🙂

    Odpowiedz
    • zwirekiwigura  23/10/2009 o 01:33

      Dziurek to ja juz dawno w Polsce nie widzialem. Kasowniki najczesciej cos tam drukuja. W stolicy dziala tez od jakiegos czasu Warszawska Karta Miejska. Ona nie jest jednak taka elektroniczna portmonetka, lecz biletem miesiecznym/trzymiesiecznym/rocznym. W Krakowie, Gdansku i Gdyni podobnie.

      Choc z kolei w Warszawie mozna karte tez „naladowac” i placic nia za niektore parkingi.

      Odpowiedz
      • Polones  23/10/2009 o 13:06

        W SP system kart działa bardzo sprawnie. Niestety mankamentem jest to, że sieć punktów, w których można ją załadować ogranicza się jedynie do dużych dworców i stacji oraz kolektur ich „totolotka”, co z kolei powoduje, że po 18.00 nie ma już praktycznie szans tego zrobić, jeśli w pobliżu nie ma stacji metra. Także możliwość sprawdzenia aktualnego stanu konta jest wciąż prawie niemożliwa bez nowego załadowania. Ale się starają ulepszać system.

        Odpowiedz
  5. Chavez  22/10/2009 o 11:41

    Machaniem ręką zatrzymujemy autobusy w Szczecinie. Może stać kilku ludzi na przystanku, ale jak nikt nie machnie ręką, to kierowca nie zatrzyma się.
    Sao Paulo nie jest więc wyjątkiem. Autorowi gratuluję ciekawego artykułu.

    Odpowiedz
    • Polones  22/10/2009 o 12:18

      Na pewno SP nie jest wyjątkiem, ale z doświadczenia wiem, że autobusy miejskie w „metropoliach” zatrzymują się raczej na każdym przystanku, a już zwłaszcza, gdy stoją tam ludzie, bez względu na wystawienie ręki bądź nie. Dlatego dziwi mnie i irytuje ten zwyczaj niezatrzymywania się… Zwykłe lenistwo kierowcy. Mało tego, spotkałem się też z przypadkami nieczekania na dobiegających do autobusu, spóźnionych ludzi, choć jestem pewny, że kierowca ich zauważył.

      Z drugiej strony w Brazylii można poprosić kierowcę stojącego na światłach o otwarcie drzwi, co w Europie jest raczej niespotykane.

      PS. Za gratulacje dziękuję.

      Odpowiedz
  6. patinha  22/10/2009 o 22:10

    W krakowskim grodzie karty miejskie są, ale nie od jakiegoś dłuugiego czasu. I takich przygód jak w SP to ze świeczką szukać, wszystko opisane. Ale zdarzyło mi się, że jechałam tramwajem i trochę za późno nacisnęłam guzik na przystanku na żądanie i zostałam wysadzono na jakichś nowohuckich łąkach z uprzejmości motorniczego i szłam przez dosyć wysokie trawy z paręnaście minut zanim dostrzegłam jakieś oznaki miastowości 🙂

    Odpowiedz
  7. evita_duarte  23/10/2009 o 01:10

    W NY komunikacja miejska jest dobrze oznaczona i kursuje dość często, ale ta opowieść przypomina mi moje pierwsze dni w Connecticut. Mieszkałam wtedy w maleńkim miasteczku New London, a dojeżdżac musiałam do innych maleńkich miasteczek wokół. Autobus kursował raz na godzinę i przystanki też nie były oznaczone. Na szczęście zawsze znalazł się ktoś, kto wskazał gdzie trzeba czekac i skąd brać rozkład autobusu.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.