Za siedmioma rzekami jest solna pustynia…


Nasza wyprawa zaczyna się pod koniec kwietnia 2005 roku. Oprócz mnie w El Alto lądują Tomek Słaby i Krzysiek Steciuk. Taksówka zabiera nas do parafii w La Paz prowadzonej przez polskich księży. Tomek ma dla nich kilogram suchej krakowskiej i inne smakołyki z Polski niedostępne w boliwijskiej stolicy. Gość w dom Bóg w dom – polscy księża przyjmują nas bardzo serdecznie. Udajemy się na wypoczynek, żeby złagodzić skutki choroby wysokościowej – La Paz znajduje się na wysokości ponad 3600 m n.p.m..

Do dyspozycji mamy jednak tylko 12 dni, więc nie umiemy długo usiedzieć na miejscu. Po kilku godzinach spania wyruszamy w poszukiwaniu jeepa, dzięki któremu, jak wierzymy, uda nam się zobaczyć kawał Boliwii. Okazuje się, że kilka przecznic od parafii znajduje się wypożyczalnia skłonna udostępnić nam mitsubishi pick up’a z napędem na cztery koła. Nie chcemy jechać z przewodnikiem, czujemy się na siłach by zjechać Boliwię w trójkę.

DSC03577Następnego dnia wyruszamy w kierunku La Cumbre, aby zmierzyć się z drogą określaną jako najniebezpieczniejsza na świecie. W 1983 roku przeładowana pasażerami ciężarówka jadąca z La Cumbre do Coroico zsunęła się z klifu zabierając ze sobą w przepaść ponad stu pasażerów. To do dzisiaj najbardziej tragiczny wypadek na boliwijskich drogach. Od 1998 roku na La carretera de la muerte zginęło też kilkunastu rowerzystów.

Surowy klimat boliwijskich Andów nie jednak przeszkadza siedzącemu z tyłu na zewnątrz, między plecakami, Krzyśkowi walić co chwila w kabinę, żebyśmy się zatrzymali w co lepszych do sfotografowania miejscach. W końcu zatrzymujemy się w La Cumbre. Chłopaki jadą dalej, a ja przesiadam się na rower. Spotkamy się za kilka godzin w hotelu El Viejo Molino.

Jazda w dół jest rewelacyjna. Zaczynam wśród ostrych turni pozbawionych roślinności na wysokości około 4500 npm. Punktem końcowym jest tropikalne Coroico położone 3000 metrów niżej. Początkowo droga jest asfaltowa. Można gnać na złamanie karku. Mgła przykrywa okoliczne szczyty, a wiatr smaga twarz zimnym andyjskim powietrzem.

Niestety po godzinie ciągłego zjazdu czekają mnie jeszcze dwa lub trzy podjazdy. To dopiero mój drugi dzień na takich wysokościach, a tu trzeba pedałować pod górę! Nie wiem czy organizm da radę, ale nie chcę być gorszy od grupy Szwajcarów, którzy mi towarzyszą. Zaciskam zęby i daję z siebie wszystko…

Zdecydowanie najciekawszy odcinek to szutrowa droga wijąca się wśród kilometrowych przepaści. Emocji dodaje fakt, że nie wiadomo kiedy zza zakrętu może wyłonić się rozpędzona ciężarówka (rok później, w 2006 roku, do użytku oddano znacznie bezpieczniejszy objazd i obecnie trasą tą jeżdżą już niemal wyłącznie rowery). Do tego dochodzą śliskie odcinki, gdzie woda spadająca z góry zamienia ubitą drogę w rozmokły szlak dobry jedynie dla traktorów. Wykończony i ubłocony oddaję rower organizatorom zjazdu i wypijam duszkiem butelkę piwa.

Drugiego dnia z samego rana ruszamy z powrotem w górę La carretera de la muerte. Prawie bijemy się o miejsce za kółkiem. Nikt nie chce ustąpić. Adrenalina niesamowita, widoki bajkowe. Jesteśmy oczarowani przez otaczające nas tereny Yungas, co w języku Aymara oznacza „ciepłe ziemie”. Rzeczywiście w  miasteczku Coroico jest bardzo ciepło, choć my nie zapominamy, że tam gdzie się udajemy ma być wyjątkowo zimno. Obieramy kurs na solnisko Salar de Uyuni. Kiedy dojeżdżamy do Oruro czuję, że coś jest ze mną nie tak. Mam dreszcze i zawroty głowy. Dochodzą wymioty i biegunka. Typowe objawy soroche – choroby wysokościowej. Chłopaki prawie mnie wnoszą do hotelu. Następnych dwunastu godzin nie pamiętam.

Rankiem czuję się lepiej. Siadamy nad mapami i zastanawiamy się od której strony dojechać do salaru. Wersja łatwa to udać się do miasteczka Uyuni główną drogą, wersja dla twardzieli to spróbować przebić się przez trudno dostępny region w okolicach jeziora Coipasa i zjechać odrobinę ze szlaku dla gringos. Wybieramy trudniejszą drogę. Dodatkową atrakcją jest to, że mało gościnne okolice przez które mamy przejechać zamieszkuje tajemniczy lud zwany Chipaya.

Domy ChipayaSą oni uznawani za doskonałych rybaków i myśliwych, sami nazywają siebie „Wodnymi ludźmi”. Ich domy zbudowane są na planie koła i przypominają ule. Niestety radycja budowy takich domostw  powoli odchodzi w zapomnienia, tak jak i język, którym posługują się Chipaya.

Droga obok jeziora Coipasa jest wyjątkowo atrakcyjna nie tylko pod względem krajobrazowym. Zdarza się, że spłoszone lamy ścigają się z naszym samochodem na terenowych wertepach. Od czasu do czasu naszym oczom ukazują się smukłe wikunie. Pojawiają się też pierwsze naturalne przeszkody na naszej drodze. To rzeki. Każda pokonana rzeka, a trzy pozostawiamy do południa za sobą, przybliża nas do celu. Wreszcie kilkanaście kilometrów od miejscowości o nazwie Chipaya dojeżdżamy do wyjątkowo szerokiej wody. Sterczą z niej jakieś kijki z butelkami po dwulitrowej Coca-Coli wystającymi nad powierzchnię wody, ale nam to miejsce wydaje się zbyt głębokie. Jedziemy wzdłuż brzegu, żeby znaleźć wąski i płytki przesmyk. Jakby to drzewiej powiedzieli: szukamy brodu..

No pasaranNagle czuję, że opony zapadają się w mokrym piasku, napęd na cztery koła nie pomaga. Grzęźniemy na dobre. Wokół bezludny teren. Mamy przewalone. Tomek przeprawia się przez rzekę i idzie szukać pomocy w wiosce. Krzysiek i ja zostajemy przy samochodzie. Po niespełna dwóch godzinach zbliża się do nas ciężarówka. Na naczepie siedzi 15 miejscowych w tym kobieta ubrana w tradycyjny strój Chipaya czyli brązową opończę i turkusowe dodatki. Wszyscy ochoczo ściągają z nóg buty i wspólnymi siłami wypychają auto na twardszy grunt. Ich wysiłek zostaje nagrodzony w amerykańskiej walucie.

Przejeżdżamy przez rzekę szlakiem wyznaczonym przez wbite w dno patyki, które uprzednio zignorowaliśmy. Wymęczeni i mokrzy dojeżdżamy do wioski. Zaczyna się ściemniać. Ludzie Chipaya opisywani w Lonely Planet jako nieufni udzielają nam schronienia w jednym z okrągłych domów i podejmują skromną kolacją. W kącie chaty swawolą małe dzieci. Gwiazdy rozświetlają niebo. Jeszcze nigdy takich nie widziałem..

Przygotowania do przeprawy ChipayaSkoro świt ruszamy dalej. Po drodze z łatwością pokonujemy trzy kolejne rzeki i wreszcie naszym oczom ukazuje się dziw nad dziwy: Salar de Uyuni – największe na świecie solnisko, pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze, miejsce zaczarowane.

Żartując z przygody jaka nam się przydarzyła dzień wcześniej zatrzymujemy się przy porośniętych kaktusami wyspach na solnisku i robimy mnóstwo zdjęć. Biel soli jest oślepiająca. Na powierzchni salaru tworzy się skorupa solnych kryształów o nieregularnych kształtach, ma się wrażenie jakby się stało na grzbiecie ogromnego białego żółwia.

Podczas gdy Krzysiek i Tomek bawią się w fotografów ja objeżdżam dookoła jedną z wysp. Nagle czuję, że jest grząsko. Koła ponownie się zapadają. Włączam napęd na cztery koła i bez problemu wyjeżdżam na twardszy grunt. Jest to dla nas ostrzeżenie, którego nie możemy zlekceważyć. Decydujemy się znaleźć jakąś uczęszczaną drogę i udać się jak najszybciej do miasta Uyuni. Mkniemy 100 km/h po płaskim, humory nam dopisują. Jesteśmy sami w tym zdumiewającym miejscu! Zwalniam trochę przejeżdżając w pobliżu mniejszej wyspy. I znowu czuję, że grunt pod kołami jest miękki. Walczę chwilę zmieniając biegi i instynktownie szukając wyjścia z grzęzawiska. Niestety jeszcze raz się zapadliśmy.

No to żeśmy się wje...Znosimy kamienie z oddalonej o kilkaset metrów wyspy, ale nasze wysiłki na nic się nie zdają. Tomek i ja wyruszamy po pomoc w kierunku wioski Tahua położonej na północnych obrzeżach solniska, u podnóża wulkanu Tunupa. Krzysiek ma próbować kontaktu z samochodami, które być może będą przejeżdżać blisko miejsca, w którym ugrzęzło nasze auto. Jest godzina 17, za godzinę będzie już ciemno. Nocujemy z Tomkiem pod nawisem skalnym na jednej z wysp. Mamy śpiwory ze sobą, ale i tak jest bardzo zimno. Widok gwiazd wynagradza nam trudy i znoje. Jest jeszcze ciemno kiedy wyruszamy do wioski pod wulkanem. Docieramy tam dopiero koło południa. Tomek ma stopy całe w odciskach, moje kolana do wymiany. Przeszliśmy około czterdziestu pięciu kilometrów. Twarz mam spaloną a białka oczu przekrwione, ledwo żyję.

Krzysiek sam na SalarzePo nieudanych próbach zorganizowania pomocy w Tahua wyruszamy do miasteczka Uyuni. Tam podchodzi do nas od razu atrakcyjna Boliwijka i pyta czy nie interesuje nas wyprawa na salar. Jej brat ma firmę organizującą eskapady dla turystów na solnisko i nad jeziora leżące dalej na południe. Po krótkiej negocjacji uzgadniamy, że za 80 dolarów wyciągnie naszego pick up’a z pustyni.

Brat boliwijskiej piękności najpierw inkasuje od nas 40 dolarów na paliwo i obiecuje się zjawić pod restauracją za godzinę. Oczywiście nie zjawia się ani za godzinę ani za półtorej. Jest już ciemno. Czekamy zastanawiając się czy przypadkiem nie daliśmy się oszukać. Na szczęście po dwóch godzinach zjawiają się nasi przyszli wybawcy i razem gnamy na solną pustynię. Koło północy znajdujemy auto i Krzyśka.

No pasaran desertAkcja wyciągania auta z solniska trwa około trzech godzin. Musimy naznosić chyba z dwieście dużych kamieni z pobliskiej wyspy. Boliwijczycy w tym czasie sobie tylko znaną techniką za pomocą dwóch drągów podnoszą zapadnięte koło do góry. Metoda jest bardzo mozolna, ale gdyby nas wzięli na hol, sami mogliby się zapaść. Salar respira (salar oddycha) – mówi jeden z nich. Wreszcie, koło 5 nad ranem docieramy szczęśliwie do Uyuni.

Autorami fotografii ilustrującymi ten tekst są Tomasz Słaby i Krzysztof Steciuk.




Prześlij dalej:

About Maciej Tarasin

Poszukiwacz przygód i kajakarz. Wielbiciel Kolumbii i Boliwii. Moczył wiosła w brazylijskiej części Pantanalu, boliwijską Rio Tuichi spłynął tratwą własnej konstrukcji. W czwartkowe wieczory przenosi się do Ameryki Południowej słuchając kolumbijskich rytmów i sącząc whisky w pewnym żorskim pubie. Prowadzi stronę Green Hell.

W sieci:

Na Facebooku Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

5 reakcji na "Za siedmioma rzekami jest solna pustynia…"

  1. BsAs  30/11/2009 o 23:25

    Kapitalna historia i przygoda! Pogratulowac fantazji i odwagi. A moze i pewnej lekkomyslnosci, bo jezdzenie w kwietniu „na oslep” po salarze musialo sie przeciez tak skonczyc. No ale, z drugiej strony, nie byloby czego wspominac! 🙂

    Odpowiedz
  2. MT  01/12/2009 o 10:33

    Lekkomyślności nie należy gratulować:) W moim przypadku należy z nią walczyć i jej zapobiegać. Ale sam nie wiem czy to możliwe.Im jestem starszy tym bardziej karkołomne pomysły przychodzą mi do głowy..

    Odpowiedz
  3. machy  19/01/2010 o 15:46

    Hej!
    Wlasnie sobie znalazlem Wasza stronke, bo przed kilkoma dniami i my sie zapadlismy na Coipasie jadac na skroty, tyle ze motorem. Ale panika byla 🙂

    pozdro
    M.

    Odpowiedz
    • MT  27/01/2010 o 12:49

      Pod względem krajobrazowym Salar i tereny na południe od solniska są w moim odczuciu najpiękniejsze na świecie. Zapaść się tam – niesamowita przygoda, zgubić- bezcenne, mieszkać- nie chciałbym:)

      MT

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.