Los Roques – kolumbowy raj na Ziemi


Karaiby – od zawsze było to dla mnie magiczne słowo i miejsce znane tylko z kolorowych zdjęć. I pewnego dnia okazało się, że moje marzenie, aby tam kiedyś pojechać, ma szansę się spełnić. Wybór padł na Los Roques, wenezuelski archipelag leżący ok. 70 mil morskich na północ od Caracas. To ok. 40 wysepek i ponad 250 bezimiennych atoli, mierzei i raf koralowych.

Los Roques od 1972 r. ma status parku narodowego. I pewnie dlatego (a dla nas na szczęście) nie jest tak oblegany, jak inne karaibskie wyspy. Dostać się tam można tylko samolotem (no chyba, że ktoś posiada własny jacht…), z Caracas, badź Margarity. Ponad 40-minutowy lot 14-osobowym samolocikiem dostarcza tyleż adrenaliny, co atrakcji – widoki obłędne! Ląduje się na El Gran Roque – największej wysepce, pełniącej funkcję „stolicy” archipelagu.

Poza sezonem (my byliśmy w listopadzie) nie ma potrzeby rezerwowania wcześniej noclegu. Wystarczy przejść się kilkoma piaszczystymi uliczkami, popukać do drzwi posadas i miejsce się na pewno znajdzie. Warto się targować – jeśli się zostaje dłużej niż dwie noce, cena może być sporo niższa. Trochę się dziwiliśmy, że wszędzie proponowali nam doliczenie do ceny pokoju jeszcze śniadania, czy kolacji. Następnego dnia już znaliśmy odpowiedź: na wyspie jest niewiele sklepów i wszystko jest dość drogie, jak to w turystycznym kurorcie, do tego oddalonym od stałego lądu… Natomiast wieczorami czynnych jest tylko parę restauracyjek, z cenami również mocno europejskimi. Przy zdolnościach negocjacyjnych jedzenie w posadzie może się więc opłacić.

wysepka Crasqui

wysepka Crasqui

W całkiem dobrych cenach są natomiast wycieczki łodziami na sąsiednie wysepki. Do wyboru na przykład całodzienne plażowanie na Crasqui (ok. 30 min. motorową lanchą od Gran Roque) – woda we wszystkich odcieniach turkusu, a piasek drobniutki i biały. Dla snorklingowców jest tam bardzo fajny spot – rafa i setki kolorowych ryb we wszystkich rozmiarach ;). Sprzęt można wypożyczyć w momencie wynajmowania łodzi.

Gran RoqueMożna się też wybrać na całodzienną wycieczkę na kilka wysepek. My zaliczyliśmy trzy: Espenqui z bardzo malowniczym atolem, Cayo de Agua, złożona jakby z dwóch wysepek, gdzie fajnie walczy się z falami napierającymi z dwóch stron na przesmyk i Los Mosquises. Na tej ostatniej mieści się Fundación Científica Los Roques, gdzie młodzi ludzie opiekują się rzadkimi gatunkami żółwi. Maluchy wyławiane są z morza, a potem hodowane aż do pierwszego roku życia i znów wypuszczane. Dzięki temu mają ponoć więcej niż 90 proc. szans na przeżycie. Szczytny cel, warto zapłacić 2 dolary za oprowadzenie przez przewodnika po tym quasi-akwarium.

Gran Roque w samo poludnie

"centrum" Gran Roque

Słońce zachodziło dość szybko, koło 18.00. Co Gran Roque ma do zaoferowania wieczorami? Jest dyskoteka, dość głośna (mieszkaliśmy na sąsiedniej uliczce), jak ktoś lubi. Można obserwować sobie lokalesów na głównym placu wyspy (znając życie i Wenezuelę na pewno nazywającym się Plaza Bolivar…), spacerować niespiesznie plażą, uważając na dołki kopane przez kraby różnej maści, albo wyłożyć się na leżaku, czy pufach w jednaj z nadbrzeżnych knajpek, wsłuchać się w szum fal i popijać piñacoladę albo mojito :).

Krzysztof Kolumb, który odkrył archipelag, powiedział, że to raj na Ziemi. Miał rację. Myśmy tego zakosztowali. Osobiście mam ochotę na więcej…

Co warto wiedzieć?

  • Bilet lotniczy na Los Roques koniecznie zarezerwować kilka tygodni wcześniej, szczególnie w sezonie (na przykład w grudniu). Samoloty małe i nie ma ich dużo. Lepiej też nie przekraczać 10. kg bagażu, za każdy ponad limit słono się płaci.
  • Na miejscu za noclegi, czy wycieczki łodzią można płacić w dolarach (uwaga, w całej Wenezueli preferowane nowe i niezniszczone banknoty!).
  • Niezbędny krem z filtrem – dla białasów minimum 50+, serio, inaczej skończy się zmianą skóry 😉 – i jakiś dobry repelent na komary. Są okropne i w ilościach hurtowych, szczególnie wieczorem i w nocy.


Tekst i zdjęcia: Monika Bębnowska – konsultant z wyboru, podróżnik z zamiłowania. Z mocnym skrzywieniem na Amerykę Południową.

Prześlij dalej:

2 reakcje na "Los Roques – kolumbowy raj na Ziemi"

  1. magp  20/12/2009 o 21:30

    i kolejny tekst Pani Moniki, kolejny cekawy i bezpretensjonalny.

    prosze pisac czesciej Pani Moniko 🙂

    Odpowiedz
  2. liq  21/12/2009 o 10:29

    Na San Blas w Panamie można pomieszkać na praktycznie bezludnych wyspach, spanie w hamakach, a indianin 3 razy dziennie łowi ryby, do jedzenia z ryżem. Tam naprawdę nie ma wyboru 🙂

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.