Stereotypy a rzeczywistość, czyli zderzenie z Wenezuelą


Jakiś czas temu obejrzałam wideo z genialnym wykładem nigeryjskiej pisarki Chimamandy Adichie pt. The danger of a single story. Był on o tym, że każdy z nas ma jakieś wyobrażenia, chociażby co do miejsca, do którego się wybiera. Wyobrażenia złożone z opowieści innych (którzy już tam byli, albo dopiero chcieliby być), z historii przeczytanych w książkach, z artykułów przejrzanych w gazetach… I oczywiście zawsze jest tam mnóstwo stereotypów.

Jadąc do Wenezueli też miałam taką „single story”.

Przyszłe Miss Wenezueli?

Przyszłe Miss Wenezueli?

Najpierw coś, co nas, dziewczyny, interesuje najbardziej – operacje plastyczne. Nawet Martyna Wojciechowska zrobiła na ten temat program. Dlatego moje wyobrażenie było takie, że ulice Caracas to jeden wielki wybieg dla modelek, a na Los Roques przyjdzie mi się chyba kąpać w burce, żeby nie zaniżać poziomu…

Tymczasem trochę się rozczarowałam. Oczywiście, że na ulicach można było zobaczyć też bardzo ładne dziewczyny, ale ta „średnia” wcale nie wypadała tak imponująco. Pewnie te wszystkie byłe i przyszłe miss świata wywodzące się z Wenezueli, mieszkają… na Florydzie. Być może rzeczywiście operacje plastyczne są tam bardzo popularne i pożądane już u nastolatek (o zgrozo!), ale żeby tak efekty było widać gołym okiem, to nie powiem.

W poszukiwaniu wenezuelskiej kawyWenezuela oczywiście kojarzyła mi się również z komunizmem. Tymczasem komunizm polski (który pamiętam z wczesnej młodości) i wenezuelski (który zobaczyłam na miejscu) niewiele mają wspólnego. Nie wiem, jak jest na głębokiej prowincji, bo tam nie trafiłam, ale w mieście typu Ciudad Bolivar nie można było przykładowo dostać oryginalnej wenezuelskiej kawy, za to była Nescafe, wszędzie. Na wejściu do mercado 5-kilogramowe kartony z Kellogsami różnych kształtów i smaków, a w lodówkach danonki… No tak komunizm w Polsce zdecydowanie nie wyglądał.

Nie to, żebym miała coś przeciwko temu, ale jakoś mi się to nie składa w całość słuchając przemówień Wielkiego Przywódcy Republiki Boliwariańskiej, szczególnie w kontekście USA…

W poszukiwaniu malarzaJadąc do Wenezueli nastawiałam się też, wzorem innych krajów Ameryki Południowej, w których już byłam, na jakieś fajne rękodzieło artystyczne – tkaniny, biżuterię, ceramikę. Poszukiwanie tego okazało się jednak dość karkołomne. Tutaj żyje się teraźniejszością i przyszłością, a nie jakimś starodawnym wyrobem ludowym. I pewnie dlatego wszyscy sprzedawcy w sklepach ze sprzętem na moje pytanie, czy są filmy do aparatu fotograficznego, robili wielkie oczy i albo chcieli mi sprzedać małego kompakta, albo wciskali kartę graficzną zakładając, że nie znam dobrze hiszpańskiego i na pewno chodzi mi właśnie o to… Rany, kto dziś robi zdjęcia analogiem??? Czy oni w tej Europie są aż tak zacofani??? Mój kolega J. błagał mnie, żebym przestała pytać o te filmy, bo właśnie tak zaczną o nas myśleć.

Wracając jednak do rękodzieła, nie poddawaliśmy się i w Ciudad Bolivar udało nam się znaleźć sympatyczną panią, która wyplatała bardzo ładne słomiane kwiatki, robiąc z nich potem wisiorki. Zabłądziliśmy też w osobliwą dzielnicę „malarzy” (jak ktoś był w La Boca w Buenos Aires to to było coś takiego, tylko autentyczne, wiecie, co mam na myśli :).

Kolega J. uparł się, żeby kupić jakiś obraz, więc pukaliśmy od domu do domu szukając jakiegoś „pintora”. Jedna pani dość przytomnie zapytała mnie, „ale jakiego malarza”? Kobieto, jakiegokolwiek! Jest 12 w południe, prawie 100 stopni w słońcu, a J. zmusza mnie do tłumaczenia, bo sam nie zna hiszpańskiego. Kupimy każdy obrazek, który zmieści się do jego 70-litrowego plecaka!!! To miałam ochotę odpowiedzieć. Nic nie kupiliśmy… Jakiś „pintor” miał się pojawić dopiero następnego dnia, czyli wtedy, kiedy my byliśmy już z powrotem w Caracas.

No i że niebezpiecznie tam jest. Pewnie jest. My mieliśmy trochę szczęścia. Tylko na policję rzeczywiście nie ma co liczyć, bo jak widzą białasów, to traktują ich jako szybki dopływ gotówki, nieopodatkowanej rzecz jasna. A to, że trzymasz puszkę piwa na ulicy, a nie wolno! A to, że masz nie taką pieczątkę w paszporcie, a to… Za wszystko mandat. Lepiej brać nogi za pas, jak się ich widzi na horyzoncie.

Za to moje wyobrażenie co do natury sprawdziło się w 100%. Jest obezwładniająco piękna. I dlatego warto tam pojechać.

Tekst i zdjęcia: Monika Bębnowska – konsultant z wyboru, podróżnik z zamiłowania. Z mocnym skrzywieniem na Amerykę Południową.

Prześlij dalej:

8 reakcji na "Stereotypy a rzeczywistość, czyli zderzenie z Wenezuelą"

  1. caraquena  14/12/2009 o 19:57

    Na tym wlasnie polega „wenezuelski socjalizm” – Chavez wykancza lokalny przemysl, pozostaja tylko importowane produkty, na ktore jednak bardzo wielu Wenezuelczykow nie stac.
    Kawa wenezuelska byla wszedzie do czasu gdy, kilka miesiecy temu, Chavez postanowil znacjonalizowac ich producentow. Wtedy znikla ze sklepow.
    Pewnie czerwonej mafii znacznie bardziej oplaca sie sprzedawac ja zagranice, napychac sobie kieszenie dolarami, niz sprzedawac ja na lokalnym rynku.

    To samo z rekodzielem. Ono jeszcze kilka lat temu jeszcze kwitlo. No ale rzad kazal artystom laczyc sie w spoldzielnie, zaczal je ideologizowac i sie w wielu miejscach skonczylo. Jeszcze w Andach i okolicach Barquismento cos pozostalo. W innych miejscach nic albo w stanie szczatkowym.
    Dochodzi do takich absurdow, ze „indianskie” pamiatki w okolicach Puerto La Cruz sa „Hecho en China”.

    Odpowiedz
  2. zatrzask  15/12/2009 o 07:00

    No nie mialbym absolutnie nic przeciw temu aby w Polsce po ulicach chodzily dziewczyny takie jak na tym zdjęciu. Zwlaszcza ta po środku.
    Tymczasem wokół mnie niestety same pochmurne, wypłowiałe słowiańskie blondynki, wiecznie narzekające w dodatku.

    Odpowiedz
  3. Chavez  16/12/2009 o 17:36

    Popieram kolegę Zatrzaska, ta środkowa jest piękna i ta mała (druga od lewej) również. Ma piękny uśmiech. Też myślę, że życie z takimi dziewczynami jest o niebo weselsze niż z wypacykowanymi blondynami z wściekłym wyrazem twarzy na co dzień.

    Odpowiedz
    • magp BsAs  16/12/2009 o 21:36

      na pewno tez zycie polskich kobiet czesciej sklanialoby je do usmiechu kiedy tak chodza po ulicach (Warszawey, Wrolcawia, Sopotu czy chocby i Pcimia) ,gdyby na tychze ulicach nie bylo takich nadetych zle wychowanych i lekko ograniczonych umyslowo polskich „mezczyzn”, jak moi przedmowcy. zenada, Panowie

      Odpowiedz
  4. Chavez  18/12/2009 o 13:12

    Trudno Droga (i) magp BsAs; emancypacja kobiet w Polsce odbija się im czkawką. Szkoda, że to działa tylko w jedną stronę: Feministki powinny jeszcze żądać zrównania wieku emerytalnego.

    Odpowiedz
  5. czupurek  26/12/2009 o 10:23

    Wraz z 4 innymi dziewczynami kilka tygodni temu wróciłysmy z Wenezueli. Tak sobie własnie wyobrazałam ten kraj.. tropikalny, latynoski, rozkrzyczany, ale biedny i brudny.. Ludzie sa otwarci, weseli, mimo ze zycie nie maja łatwego. Stac ich jedynie na beznyne, cały bak mozna zatankowac za 1 USD! Ale wiekszosci nie stac na własne auto. KOmunizm na pewno wyglada inaczej niz u nas, ale ca dwa tygodznie kazda prowincja i miastomaja przerwy w dostawach pradu, oczywisice juz po zmroku, a przez caly dzien wszystkie latarnie na ulicach swieca (coz za paradoks!)alkohol mozna kupowac dopiero ood 11 (w komunistycznej Polsce byla to godzina 13). Policji zdecydowanie lepiej unikac, nie nosic ze soba paszportu, tylko jego ksero. Jesli chodzi o bezpieczenstwo, trzeba zachowac zdrowy rozsadek, ale wiecej jest chyba tych ktorzy ostrzegaja o niebezpieczenstwie niz faktycznego zagrozenia. Ale wiadomo, lepiej uwazac i miec oczy do oola glowy. Nam nie przytrafilo sie nic zlego, ale jak sie widzi wszedzie pancerne ogrodzenia, czesto pod napieciem, tozn ze nie zbudowali ich bez powodow. Na pewno w molochu jakim jest Caracas mozna latwopasc ofiara kradziezy, ale na prowincji juz nie. Turyst ajest potencjalna zansa na zarobek, ale nas nikt nie probowal nabrac. I mozna sie wszedzxie targowac, nawet o cene biletu autobusowego, bo konkurencja jest taka, ze walcza o kazdego klienta. woaj droga przejazdzki autobusami to niesamowite przezycie, zwlaszcza na krotkich dystansach, gdzi ejezdza stare amrykanski school busy przemalowane , z mega glosnikami, figurka maryja i neonami, z muzyka na caly egulator i ludzmi zwisajacymi z otwartych drzwi. Fajna sprawa!
    nie ma tam zabytkow kulturowych, ale przyrodniczo to przepiekny kraj!
    Pogoda gwarantowana, dzien fatycznie nie jest dlugi, dlatego dobrze rano wstawac. jedzenie dobre, zwlaszcza ze straganow, pyszne perro calientes czyli hot dogi, cachapas czyli cieply nalesnik o słodko jajecznm skamu z plastrem koziego sera i arepas czyli kukurydziane placuszki z roznymi nadzieniami, no i klasyczne empanadas! A do picia orzezwiajace merengady, czyli po prostu zmikowane wieze owoce z lodem i owoda. Pycha!
    No i przepikne plaze w Puerto Colombia. Na Los Roques nie dotarłysmy, ale w Puerto bylo bosko! Takze same pozytywne wrazenia!
    Pozdrawiam wszystkich, ktorzy lubia amryke Poludniowa!!!

    Odpowiedz
    • caraquena  26/12/2009 o 17:10

      Mala uwaga – w masie z ktorej sie robi cachapy nie ma jajek, a ser ktorymi sie je nadziewa zawsze jest krowi, nigdy kozi.

      Odpowiedz
      • ja  30/07/2010 o 04:49

        cachapa jest zrobiona z mielonej kukurydzy,a ser nie jest nadzieniem tylko lezy na placku …miedzy serem a chachapa troszeczke masla ….zazwyczaj jedza to z pieczona wieprzowina lub kielbasa ….ja jednak uwielbiam bez !!!!kazdy kto bedzie w Wenezueli niech nie zapomni jej sprobowac-wspaniala !!! i koniecznie z fabryki tzn specjalne miejsce w ktorym robi sie tylko te placki

        Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.