Victor Jara pochowany po raz drugi


Pierwszy pogrzeb odbył się 18 września 1973 roku, tuż po zapadnięciu zmroku. Trumnę ze zmasakrowanym ciałem zamurowano w pośpiechu w jednej z setek indentycznych krypt znajdujących się w wysokim murze zamykającym od północy Cementerio General w Santiago de Chile. Na grobie przez długi czas nie było żadnego nazwiska, żadnej daty. O tym kto w nim leży wiedziały jedynie cztery osoby uczestniczące w przeprowadzonej wówczas w tajemnicy, błyskawicznej ceremonii.

Dzisiaj, po 36. Latach, Victor Jara został powtórnie odprowadzony do tego samego, skromngo grobu. Tym razem trumnę z resztkami ciała wciąż noszącego ślady tortur i bestialskiej egzekucji odprowadził do cmentarnej bramy rozśpiewany kilkunastotysięczny tłum. Pogrzebowy kondukt szedł ulicami Santiago prawie 5 godzin. Szli w nim młodzi i starzy, komuniści i anarchiści, Indianie Mapuche, punkowie, hipisi, politycy i gwiazdy mediów, domowe służące w swych charakterystycznych fartuszkach, a także nierozstający się z blackberry mężczyźni w nienagannie skrojonych garniturach, którzy – najwyraźniej – na chwilę wyszli z pracy.

fot: Antonio Larrea

fot: Antonio Larrea

Victor Jara to w Ameryce Łacińskiej człowiek-legenda, jeden z najbardziej rozpoznawanych symboli okrucieństwa epoki wojskowych dyktatur na tym kontynencie. Nieliczne polskojęzyczne publikacje poświęcone temu chilijskiemu artyście najczęściej porównują go do Jacka Kaczmarskiego. To jednak dość niefortunna analogia.

Obaj byli zakazanymi przez reżim bardami, to fakt. Ale dalej różnic jest więcej niż podobieństw. Kaczmarski śpiewał przeciw socjalistycznemu zniewoleniu, a Jara był piewcą chłopsko-robotniczej, lewicowej rewolucji. Nasz śpiewak nigdy osobiście nie zaznał represji, a Chilijczyk za swe piosenki zapłacił cenę najwyższą.

Przede wszystkim jednak – z całym szacunkiem dla naszego narodowego artysty – skala popularności obu jest wręcz nie do porównania. Kaczmarski śpiewał po polsku, co krąg jego sympatyków automatycznie ograniczyło tylko do naszego kraju i polskiej diaspory; Victor Jara po dziś dzień wspominany jest zaś wszędzie gdzie tylko mówi się po hiszpańsku – od Stanów Zjednoczonych z milionami latynoskich emigrantów, przez całą Amerykę Łacińską i Karaiby, po Hiszpanię. Ba, nawet w Gwinei Równikowej, jedynym hiszpańskojęzycznym państwie Afryki, lokalne zespoły nagrały już kilka płyt z własnymi wersjami utworów skomponowanych przez Chilijczyka.

Śpiewać po hiszpańsku i nie znać Victora Jary, to tak jak spiewać po angielsku i nie wiedzieć kim jest Bob Dylan – powiedział ponoć kiedyś Alejandro Sainz, popularny hiszpański piosenkarz.

Victor Jara, syn ubogich chłopów, nie był tylko i wyłącznie zaangażownanym politycznie „facetem z gitarą”, lecz naprawdę wybitnym, wszechtronnie utalentowanym artystą. Jako reżyser przygotował kilkanaście inscenizacji teatralnych, z których kilka zdobyło laury na międzynarodowych festiwalach. Sięgał po repertuar Brechta, Sofoklesa, teksty Machiavelliego, ale przede wszystkim spopularyzował twórczość swego przyjaciela, wówczas początkującego chilijskiego dramaturga, a kilka lat później zdobywcy prestiżowej literackiej nagrody Casa de las Américas, Alejandro Sievekinga.

Sukcesy odnosił także jako solista i dyrektor artystyczny folklorystycznej grupy Concumén, z którą w 1961 roku odwiedził m.in. Polskę. Przez kilka lat pracował także jako menadżer i doradca artystyczny zespołu Quilapayún, zancznie pomagając mu zdobyć trwające po dziś dzień – sukces i popularność.

Do solowej kariery jako cantautora, czyli kompozytora, autora tekstów i wykonawcę przekonała go sama Violeta Parra, autorka słynnego Gracias a la vida, która kiedyś przez przypadek usłyszała Jarę jak podśpiewywał i brzdąkał na gitarze podczas przerwy w próbie zespołu Concumén. To zgodnie z jej radą sięgnął później w swych kompozycjach po tradycyjne rytmy chilijskiego interioru.

W 1970 roku wybory prezydenckie w Chile wygrywa Salvador Allende, kandydat lewicowej koalicji Unidad Popular. Victor Jara niemal natychmiast dostaje propozycje pracy w rządzie. Artysta zdecydowanie jednak odmawia, tłumacząc że nie chce stać się urzędnikiem, lecz chce nadal pracować w teatrze, tworzyć, nagrywać piosenki. Allende długo nalega, Jara obstaje przy swoim. Zgadza się w końcu na przyznanie mu honorowego tytułu Rządowego Ambasadora Kultury.

11 września 1973 roku, gen. Augusto Pinochet staje na czele zamachu stanu. Chilijskie lotnictwo bombarduje prezydencki pałac La Moneda, a Salvador Allende kilka godzin później popełnia samobójstwo. Victora Jarę wydarzenia te zastają w gmachu ówczesnej politechniki UTE, w którym chilijski prezydent miał właśnie tego dnia wygłosić orędzie zapowiadające organizacje plebiscytu, w którym Chilijczycy mieliby zdecydować czy prezydent ma pozostać przy władzy i kontynuować lewicowe reformy, czy też może powinien podać się do dymisji.

Widząc samoloty nad Santiago i czołgi na ulicach, studenci i kadra profesorska UTE barykadują się w gmachu uczelni. Jara jest z nimi, ma gitarę, śpiewa. Akademicki opór nie trwa jednak długo – już następnego dnia artyleryjski wystrzał niszczy budynek rektoratu. Studenci, wykładowcy, pracownicy, Victor Jara – wszyscy, w sumie ponad 600 osób, wychodzą z rękoma splecionymi na głowie, popychani lufami wojskowych karabinów.

Mundurowi prowadzą ich do położonej nieopodal hali sportowej Estadio de Chile, która tym samym zamienia się w pierwszy obóz internowania w rządzonym przez wojskowych kraju. A dla Victora Jary i kilkudziesięciu innych stanie się wkrótce miejscem kaźni.

Na nieszczęście artysty, jeden z niezidentyfikowanych do tej pory wojskowych komendantów w Estadio de Chile rozpoznaje go w momencie gdy więźniowie wchodzą do budynku. Przyprowadzić mi tego skurwiela tutaj. Tego marksistowskiego śpiewaka gównianych piosenek – ryknął z trybuny z której obserwował przybyłych.

Podwładni błyskawicznie wykonali rozkaz. Tłukł go straszliwie. Walił na oślep, kopał. Po głowie, po ciele. Nigdy nie zapomnę dzwięku jaki wydają wojskowe buty walące w żebra. Victor był zlany krwią. Wtedy oficer wyjął pistolet i wszyscy myśleliśmy, że już zaraz będzie po wszystkim, że go zabije. Ale on chwycił za lufę i zaczął bić go kolbą po twarzy. Tymczasem cały czas wydawało się jakby Victor się uśmiechał. Bo on miał taki uśmiechnięty, pogodny wyraz twarzy – wydawało się, że zawsze się uśmiecha. I to chyba dodatkowo rozwścieczyło wojskowego. Przestał bić dopiero gdy z jego broni odpadła jakaś jej część – zeznał przed prowadzącym śledztwo w sprawie śmierci Jary sędzią Juanem Fuentesem, adwokat Boris Navia, który także był wśród wyprowadzonych z UTE.

Zmasakrowany Jara zostaje porzucony w korytarzu wiodącym do łazienek. Stojący nad nim żołnierz otrzymuje rozkaz zastrzelenia go gdyby tylko próbował się podnieść z ziemi.

Następnego dnia Estadio de Chile wizytowane jest przez wysokich stopniem wojskowych oficerów. Lokalni komendanci chwalą się dobrze wykonaną pracą. Pokazują studenta, któremu obcięli nożem ucho. Prowadzą do zwłok kogoś, kto popełnił samobójstwo skacząc ze stalowej konstrukcji trybun. Rechoczą z pobitych, zakrwawionych profesorów politechniki.

Największą atrakcją jest jendak znany przecież każdemu Chilijczykowi zmasakrowany Victor Jara. Wizytujący oficjele stają nad wciąż leżącym na posadzce muzykiem. Palisz papierosy? – pyta się ktoś w mundurze lotnictwa. Nie – odpowiada Jara. No ale teraz zapalisz – rozkazuje lotnik i rzuca na ziemię dopiero co zapalonego papierosa. Gdy Jara po niego sięga, oficer staje wojskowym obcasem na jego dłoni, miażdżąc jej palce. Teraz już chyba nie zagrasz na gitarze – tryumfuje, budząc wesołość swych kompanów.

Gdy wojskowi znudzili się pastwieniem się nad bardem i wycofali pilnującego go strażnika, pozostali więźniowie starali się opatrzyć Jarę. Zadanie to było trudne, bo w hali do której cały czas zwożono setki kolejnych zatrzymanych, panował już olbrzymi ścisk. Jednak gdy artysta, po kilkunastu godzinach, odzyskuje trochę sił, prosi o ołówek i kartkę papieru. Z trudem zapisuje wtedy swoje ostatnie wersy:

Somos cinco mil
en esta pequeña parte de la ciudad.
Somos cinco mil
¿Cuántos seremos en total
en las ciudades y en todo el país?

Jest nas pięć tysięcy
w tym niewielkim skrawku miasta.
Jest nas pięć tysięcy.
Ile nas w sumie jest
we wszystkich miastach całego kraju?

Po jakimś czasie po Victora Jarę ponownie przychodzą żołnierze. Sprowadzają go do podziemi. José Paderes, wówczas 18-letni szeregowiec, zeznał w toczącym się śledztwie, że więźnia posadzono na krześle i zabawiano się z nim grając w rosyjską ruletkę. Gdy i to się znudziło oprawcom, a rewolwer nie wystrzelił, postawiono go w końcu pod ścianą i rozstrzelano. Prawdopodobnie był to 16 września. Jara miał 41 lat.

Zmasakrowane ciała zabitych w Estadio Nacional, w sumie ok. 40., wojskowi porzucają na ulicy przylegającej do miejskiego cmentarza. Zbierający je pracownicy kostnicy dostają polecenie pochowania ich w anonimowej, zbiorowej mogile. Na szczęście któryś z nich rozpoznaje Victora Jarę i na czas informuje wciąż czekającą na niego żone, Angielkę, Joan Turner. Ta nie ma czasu na smutki i płacz. Udaje się jej w pośpiechu wykraść ciało męża, załawić trumnę i zorganizować tajny pogrzeb. Uczestniczą w nim 4 osoby.

Dzisiejsza wielotysięczna ceremonia to poniekąd zasługa sędziego Fuentesa, który w ramach prowadzonego dochodzenia zarządził w czerwcu tego roku ekshumację szczątków Victora Jary. Przeprowadzone badania potwierdziły tożsamość zmarłego, oraz to że stracił życie w wyniku postrzelenia ponad 30 kulami. Szkielet zachował też „ślady uderzeń innymi przedmiotami niż kule”.

Trumna ze zwróconymi przez śledczych szczątkami przez ostatnie trzy dni spoczywała w siedzibie Fundacji Victor Jara. Pożegnało się tam z nim kilkanaście tysięcy osób. Wśród nich była m.in. prezydent Chile, Michele Bachelet, której ojciec także został zamordowany przez zbirów Pinocheta. 36 lat zajęło naszemu państwu zwrócenie Victora Jary jego rodzinie i całemu Chile. Victor jest nasz, należy do nas wszystkich. I to jest chyba największy hołd jaki możemy mu złożyć. Victor wciąż żyje w sercach swojego ludu. – powiedziała wyraźnie wzruszona prezydent wychodząc z siedziby Fundacji, oddalonej o zaledwie kilka przecznic od wciąż istniejącego i ponownie funkcjonującego jako sportowa i widowiskowa hala Estadio Chile, która jednak, od kilkunastu lat, nazywa się Estadio Victor Jara.

Pamięć o Viktorze Jara obecna jest nie tylko w sercach Chilijczyków. I nie tylko wśród Latynosów. O zamordowanym chilijskim artyście „który jedyną bronią jakiej w życiu dotknął była gitara” śpiewali też m.in. The Clash, U2, Simple Minds, Los Fabulosos Cadillacs i Lila Downs.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Victor Jara pochowany po raz drugi"

  1. Pingback: Piñera będzie prezydentem Chile | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.