Chile wybrało: w prawo zwrot!


Po ponad 50. latach przerwy chilijska prawica demokratycznie powraca do władzy. Trudne zadanie zastąpienia Michelle Bachelet, najpopularniejszego prezydenta w historii tego kraju, mieć będzie Sebastián Piñera, złośliwie nazywany przez niektórych politycznych oponentów, chilijskim Berlusconim. We wczorajszej drugiej turze wyborów otrzymał on 51,6 proc. głosów.

Campaña_Piñera60-letni Sebastián Piñera to bezdyskusyjnie człowiek sukcesu. I jeden z najbogatszych mieszkańców swego kraju. Ba, całej planety nawet. Amerykański dwutygodnik Forbes na swej dorocznej liście największch fortun świata, umieścił go ostatnio na 701. miejscu, szacując jego osobisty majątek na ok. miliard dolarów.

Przyszły chilijski prezydent jest obecnie właścicielem, bądź znaczącym udziałowcem m.in. stacji telewizyjnej Chilevisión, kilku prywatnych klinik, jednej z największych na południowoamerykańskim kontynencie linii lotniczych LAN, oraz najpopularniejszeho chilijskiego klubu futbolowego Colo-Colo.

Skoro tak sprawnie zarządzał swymi finansami i firmami, to krajem rządzić też będzie potrafił – to argument często powtarzany przez wielu jego sympatyków. Bo Piñera swych milionów po nikim nie odziedziczył, on zapracował na nie sam. Jedyne co wyniósł z domu, tak jak piątka jego braci i sióstr, to bardzo solidne wykształcenie – w wieku zaledwie 25. lat obronił doktorat z ekonomii na Harvardzie.

Po ojcu odziedziczył także zainteresowanie polityką. Choć nie poglądy – nieżyjący już Piñera senior był przez całe swoje dorosłe życie aktywnym działaczem centrolewicowej chadecji. Jako ambasador reprezentował nawet Chile w Belgii i przy ONZ w Nowym Jorku. Co ciekawe, José Piñerę do pracy w dyplomacji namówił ówczesny prezydent, także chrześcijański demokrata… Eduardo Frei Montalva, ojciec Eduardo Freia Tagle, lewicowego kontrkandydata Sebastiána Piñery w tych wyborach, i który wczoraj otrzymał 48,38 proc. głosów.

ChilenosevendeW Chile nie brakuje jednak takich, dla których finansowe sukcesy prezydenta-elekta są jego podstawową wadą. Sebastián Piraña Piñera – tak przezywa go wielu, zarzucając wyrachowanie oraz bezwzględność w interesach, oraz zamieszanie w kilka afer, w których przed więzieniem uchroniły go tylko polityczno-finansowo-osobiste koneksje. Sprzeda Chile i nas także – słychać było wielokrotnie na lewicowych, przedwyborczych mitingach. Chile potrzebuje prezydenta, nie prezesa. Piñera będzie rządził tak, aby się to opłacało jego firmom, nie naszemu Państwu – to kolejny często powtarzany argument politycznych przeciwników. Ale – trzeba to przyznać – mocno populistyczny.

Sebastián Piñera, choć chilijskie prawo go do tego wcale nie zobowiązuje, już przekazał 1/3 posiadanych przez siebie akcji i udziałów do funduszu powierniczego typu blind trust i zobowiązał się, pozbędzie się wszystkich swoich pozostałych interesów przed przewidzianą na 11 marca inwestyturą. Wszystkich, poza udziałami w Colo-Colo, gdyż – jak przypomina – inwestycja w klub w momencie, gdy był on bankrutem, któremu groziła likwidacja, była bardziej decyzją filantropiczną, niż biznesową. Chodziło o uratowanie klubu bliskiego sercu tak wielu Chilijczkom, o nic więcej – przypomina, dodając że sam nigdy nie był i nadal nie jest jego kibicem.

Dość paradoksalnie wybór kandydata prawicy na prezydenta, po 20 latach nieprzerwanych rządów wywodzącej się z opozycji wobec Pinocheta, centrolewicowej koalicji Concertación, nie oznacza wcale że mieszkańcy Chile nagle przestali być zadowoleni z rezultatów dotychczasowych rządów. Przeciwnie, odchodząca socjalistyczna prezydent Michelle Bachelet, jest w swym kraju uwielbiana. Nigdy, żaden jeszcze chilijski przywódca nie był po 4 latach rządów tak popularny i dobrze oceniany. Z tej pierwszej w historii kobiety na czele chilijskiego rządu zadowolonych jest ponad 80 proc. wyborców.

I w sumie nic dziwnego, współczesne Chile to najbardziej rozwinięty kraj w regionie, o silnej i stabilnej gospodarce, najmniejszym odsetku ludzi żyjących w ubóstwie, którego wskaźniki ekonomiczne często są znacznie lepsze niż np. wielu tzw. nowych członków Unii Europejskiej.

Według wszystkich sondaży, gdyby chilijska konstytucja pozwalała prezydentowi ubiegać się o reelekcję, Michelle Bachelet wygrałaby z każdym innym kandydatem. W cuglach.

Co się więc stało, że Chilijczycy którzy gotowi byliby masowo poprzeć lewicową Bachelet, woleli prawicowca Piñerę, od namaszczonego przez nią i jej koalicję znacznie bardziej od niej centrowego Eduardo Freia?

Odpowiedź jest prosta i skomplikowana zarazem, ale można ją zamknąć w jednym słowie: ZMIANA.

Gdy kilka tygodni temu byłem w Santiago, jako wadę kandydatury Freia najczęściej wymieniano po prostu to, że już kiedyś był prezydentem. Jeśli Concetración jest w stanie zaproponować wyłącznie kogoś kto zbliża się do 70-tki i na dodatek już kiedyś rządził naszym krajem, to oznacza że nastąpiło zmęczenie materiału. Oni muszą się przewietrzyć, zlikwidować kilki które się siłą rzeczy w koalicji potworzyły i wrócić z nowymi twarzami i pomysłami. A nie recyklować stary materiał. – tłumaczył mi Walter, 28-letni prawnik i członek Chilijskiej Partii Socjalistycznej.

To samo mniej więcej powtarzała mi też Lidia, emerytowana nauczycielka, gdy rozmawialiśmy siedząc pod wiszącym w jej salonie portretem Victora Jary, zamordowanego przez reżim Pinocheta lewicowego barda. Zresztą ona sama także w trakcie rządów wojskowych straciła bliską jej osobę. Generała i jego zwolenników nienawidzi. I mimo to wczoraj zagłosowała na Piñerę… On sam nigdy nie splamił się współpracą z wojskowym reżimem. I odnoszę wrażenie, że naprawdę zależy mu na Chile. Bo na pewno nie bawi się w politykę dla pieniędzy, tego możemy być zupełnie pewni. A Eduardo Frei? Nie rozumiem zupełnie dlaczego wystąpił niedawno o szwajcarskie obywatelstwo i – po dziadku – je otrzymał. Politykowi, kandydatowi na prezydenta, takie rzeczy chyba nie wypadaja. Reasumując, choć nie jestem sympatykiem prawicy i w wielu sprawach się z nim nie zgadzami, Piñera jakoś mnie bardziej przekonuje. Trzeba dać mu szansę i zobaczyć jakieś zupełnie nowe twarze, usłyszeć nowe nazwiska. Podoba mi się też, że mówi dużo o klasie średniej, że istnieje ona w jego wyborczym programie. Bo skupiając się w ostatnich latach na najbiedniejszych, zapomnieliśmy o nas samych, a stanowimy przecież większość w tym kraju. – tłumaczyła Lidia, dodając że jeszcze kilka lat temu nie wyobrażała sobie oddania głosu na prawicę i zaklinając się, że mimo poparcia Piñery, nadal jej serce bije zdecydowanie po lewej stronie.

Oczywiście nie brakowało też takich, którzy zapewnialii że wcześniej ręka im odpadnie, niż zagłosują na multimilionera. To jest produkt, nie człowiek. Wstrętny kapitalista, który dorobił się na wyzysku pracowników. I jeszcze śmie otrwarcie mówić, że fakt iż ktoś pracował dla tego bandyty Pinocheta nie jest w jego oczach dyskwalfikujący. Pewnie miał na myśli swego rodzonego brata, który przecież był ministrem u wojskowych. Obrzydliwa i zakłamana rodzina! – Carolina prawie krzyczała, gdy zapytałem ją czy ona też zagłosuje za zmianą. Dla tej 32-letniej romanistki, wychowanej w domu o anarchistyczno-rewolucyjnych tradycjach, wczorajszy zwycięzca to uosobienie całego zła. Odniosłem wrażenie, że głownie dlatego, iż sam siebie nazywa prawicowcem i jest jeszcze do tego nieprzyzwoicie bogaty. Ma nawet własny śmigłowiec – wycedziła przez zęby Carolina, jakby była to rzecz najbardziej godna wstydu i potępienia.

Zawsze, po obu stronach politycznej areny są ekstremiści. I to im Piñera najbardziej się nie podoba. – tłumaczy Ascanio Cavallo, autor wielu książek o współczesnej historii i polityce Chile. On także uważa, że Piñera został wybrany gdyż reprezentuje nową jakość. To pierwsze wybory prezydenckie po śmierci Augusto Pinocheta. Okazuje się, że wraz z nim umarł pinochetyzm. Piñera to na chilijskiej scenie politycznej prezentuje coś, czego Chilijczycy dobrze nie znają – prawicę postpinochetowska: nie odwołującą się do spuścizny po genrale, nie naznaczoną współpracą z nim. Prawicę znacznie bardziej liberalną, niż konserwatywną. – zauważa.

Rzeczywiście, w popierającej zwycięzcę Koalicji dla Zmiany (Coalición por el Cambio), pierwsze skrzypce zdecydowanie gra jego własna partia Renovación Nacional (Odnowienie Narodowe). UDI, czyli Niezależna Unia Demokratyczna, jeszcze niedawno największa chilijska partia prawicowa, uznawana za klub sympatyków Pinocheta, zepchnięta została na dalszy plan. I niektóre poglądy elekta muszą wywoływać grymasy niechęci, czy wręcz obrzydzenia na twarzy u konserwatywnych koalicjantów.

Piñera nie waha się bowiem mówić, że efekty 20 ostatnich lat rządów lewicy są imponujące i obiecuje, że będzie kontynuował wiele jej pomysłów i programów. I tak np. choć jest praktykującym,  głęboko wierzącym katolikiem (jego wuj jest wpływowym, emerytowanym biskupem), to jest gotów kontynuować pracę projektem ustawy umożliwiającej rejestrowanie homoseksualnych związków. Mimo swego zdecydowanego sprzeciwu przeciw jakiejkolwiek próbie liberalizacji zakazu aborcji, popiera wprowadzony przez aktualny rząd program darmowej dystrybucji tabletek antykoncepcyjnych typu „dzień po”. Obiecuje także dalszy rozwój programów socjalnych. Równocześnie zapewnia, że zmniejszy bezrobocie, jeszcze bardziej poprawi system edukacji i ochrony zdrowia i energiczne weźmie się za walkę z rosnącą w ostatnich latach w Chile narkomanią.

Nie chcę być strażnikiem przeszłości, chcę budować przyszłość. Chcę burzyć mury dzielące chilijskie życie polityczne i budować w ich miejsce mosty. Chcę być godnym prezydentem dwóchsetlecia – stwierdził wczoraj, po ogłoszeniu wstępnych wyników, Sebastián Piñera, nawiązując do przewidzianych na ten rok obchodów 200-lecia niepodległości kraju. I od razu zapowiedział stworzenie rządu jedności narodowej. Nie będę patrzył na partyjne barwy, gotów jestem pracować z każdym, komu zależy na lepszym Chile – wyjaśnił.

Bez względu na to jakim prezydentem okaże się Sebastián Piñera, Chilijczycy już mogą być bardzo dumni. Bo zakończone wczoraj wybory pokazały dobitnie, że w ciągu zaledwie 20 lat od oddania władzy przez wojskowych, ich kraj stał się dojrzałą demokracją. Rozłam, jeszcze niedawno głęboko dzielący chilijskie społeczeństwo na pinochetystów i allendystów, jest coraz mniej zauważalny. Coraz rzadziej rozdrapuje się historyczne rany, przyszłość staje się ważniejsza od przeszłości. Bardzo znamienne jest też to, wykonane przez fotografa agencji EFE, zdjęcie:

pinerafrei

To Sebastián Piñera i Eduardo Frei z żonami. Sfotografowano ich tak wczoraj. Bo gdy tylko okazało się jaki jest wynik, przegrany pojechał do sztabu swego konkurenta aby osobiście mu pogratulować zwycięstwa i życzyć sukcesów. A zebrani tam sympatycy przeciwnika, przywitali go owacją…

Z kolei dzisiaj, dzień prezydenta-elekta zaczyna się od śniadania z urzędującą jeszcze prezydent Bachelet. Pierwszego, ale na pewno nie ostatniego. Potrzebuję bardzo wielu jej porad – stwierdził Sebastián Piñera.




Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

19 reakcji na "Chile wybrało: w prawo zwrot!"

  1. pishtaco  19/01/2010 o 09:54

    Fajny tekst. Biorąc pod uwagę ostatnie akapity można chyba stwierdzić, że Polacy mają się od kogo uczyć…

    Odpowiedz
    • Martynka  19/01/2010 o 12:11

      Święte słowa. Też z zazdrością czytałam i teraz myślę o Chilijczykach. I o tamtejszych standardach politycznych.

      Bo dla większosci naszych rządzących nie istnieje chyba pojęcie interesu narodowego. Jest natomiast „panie prezesie melduje wykonanie zadania”. Doprawdy rzygać się chce.

      Odpowiedz
  2. vice_versa  21/01/2010 o 10:04

    „I w sumie nic dziwnego, współczesne Chile to najbardziej rozwinięty kraj w regionie, o silnej i stabilnej gospodarce, najmniejszym odsetku ludzi żyjących w ubóstwie, którego wskaźniki ekonomiczne często są znacznie lepsze niż np. wielu tzw. nowych członków Unii Europejskiej.”

    Czy autor kiedykolwiek był w Chile, czy wnioski wyciąga tylko na podstawie statystyk „in dollar terms”??? Bardzo polecam przyjrzeć się statusowi materialnemu nie pod kątem przeliczania na dolary tylko wygody życia.
    Opowiadanie że w Chile jest najmniejszy odsetek ludzi zyjących w ubóstwie jest potwornym nieporozumieniem, są całe dzielnice masakrycznej biedy, niedoinwestowania, ludność pochodzenia indiańskiego praktycznie rzecz biorąc jest zepchnięta na margines. Nigdzie w Argentynie nie ma tak wielkich kontrastów w obrębie jednego miasta jak w Temuco, Valparaiso, Puerto Montt. Proszę nie pisać głupot o niskim poziomie biedy, statystyki nie oddają tego jaki jest poziom życia mierzony infrastrukturą, choćby ta w Argentynie była wyceniana wielokrotnie niżej w sensie dolarowym niż w Chile. Ludzie, to proste: pieniądze to nie wszystko, to tylko ZERA…

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  21/01/2010 o 14:22

      „Nigdzie w Argentynie nie ma tak wielkich kontrastów w obrębie jednego miasta jak w Temuco, Valparaiso, Puerto Montt.”

      A Ty byles kiedykolowiek w Argentynie? Bo po tym zdaniu bardzo w to watpie. W Argentynie sa nie tylko dzielnice biedy, ktore w niczym nie odbiegaja od slumsow w Rio, ale i cale prowincje biedy, gdzie nie istnieje zadna opieka socjalna i gdzie jeszcze 4 lata temu notowano zgony dzieci z glodu.
      Podstawowa roznica miedzy Chile i Argentyna jest taka, ze Argentyna swoja nedze ukrywa. Slumsy w Buenos Aires sa w najczesciej otoczone wysokimi murami, tak aby zaden turysta ich nie dostrzegl. Wystarczy jednak troszeczke otworzyc oczy, aby zobaczyc cale rodziny mieszkajace w kartonach na skwerach, placach, wzdluz torow kolejowych. Rodziny bez dokumentow, wiec teoretycznie nie istniejace.
      Wiec naprawde… prosze nie pisac bzdur na podstawie jednorazowej, jak przypuszczam, turystycznej wizyty.

      Problem biedy w Chile jak najbardziej istnieje, nie twierdze ze go nie ma, ale w zadnym innym kraju nie zrobiono dla najbiedniejszych w ciagu ostatnich 20 lat, tyle ile wlasnie tam. I nie sa to bynajmniej tylko statystyki. To takze zdanie tych co z najbiedniejszymi pracuja.

      Odpowiedz
    • minasgerais  22/01/2010 o 12:01

      No panie ViceVersa, jednego mozna Panu na pewno pogratulowac – pewnosci siebie. Bo pisze Pan rzeczy, o ktorych najwyrazniej nie ma zadnego pojecia, w sposob wyjatkowo arogancki.
      Otoz akurat Argentyna jest od kilku lat krajem o najwyzszym na calym kontynencie procencie populacji zyjacym w skrajnym ubostwie. Nie biedzie wlasnie, ale skrajnym ubostwie. Nawet w tutaj w Brazylii nie spotyka sie ludzi zyjacych w tak dramatycznie podlych warunkach, w jakich zyja ludzie w Argentynie. Tam naprawde setki tysiecy osob wegetuja jak dzikie zwierzeta – brudni, obdarci, nie majacy absolutnie niczego. Szacuje sie ze ponad milion argentynskich dzieci w wieku obowiazkowego nauczania, nigdy nie postawilo nogi w zadnej szkole.
      I najgorsze jest to, ze Argentyna nic nie robi z tym problemem. Od ponad 10 lat nie ma zadnego efektywnego rzadowego programu walki z bieda. W efekcie jest jedynym krajem na kontynencie w ktorym liczba osob zyjacych w biedzie i ubostwie nieustannie w ostatniej sie zwieksza.
      Chile wobec sasiadow to naprawde „Europa”. Bieda oczywiscie jest, ale rzeczywiscie na poziomie krajow takich jak Rumunia, czy Bulgaria. Nie bez powodu Chile zostalo ostatnio zaproszone do czlonkostwa w OECD, nazywanym klubem panstw rozwinietych. Zaden inny kraj na kontynencie nawet sie nie zbliza do tego aby do takiego czlonkowstwa w najblizszych latach pretendowac.

      Odpowiedz
    • BsAs  14/02/2010 o 00:39

      „Nigdzie w Argentynie nie ma tak wielkich kontrastów w obrębie jednego miasta jak w Temuco, Valparaiso, Puerto Montt.” – takie bzdury się wypisuje, gdy zna się jakiś kraj wyłącznie z okien turystycznego autobusu. Bo to jedyne wytłumaczenie tak rażącej niewiedzy.
      Nie trzeba daleko szukać, nie trzeba jeździć na prowincję. już w samym Buenos Aires, mieście które uwielbiam, lecz w którym ślepy nie jestem, są takie strefy biedy, jakiej nie znajdzie się anie w Temuco, ani w Valparaiso, ani nawet w brazylijskich metropoliach.
      I nie mówie wcale o slumsach, w których w argentyńskiej stolicy żyje kilkaset tysięcy osób. Mam ma myśli całe rodziny, często z małymi dziećmi, nie mające nawet prowizorycznego dachu nad głową: żyjące na ulicach, brudne, cuchnące, obdarte.

      A. I jeszcze jedno. Co tez swiadczy o poziomie zycia w obu panstwach. Jakos nie slyszalem jeszcze o Chilijczykach migrujacych do Argentyny „za chlebem”. Tymczasem liczba argentynskich „clandestinos” w Chile z roku na rok sie powieksza.

      Odpowiedz
  3. Chavez  21/01/2010 o 23:40

    Z doniesień prasowych wiem, że w Chile bardzo bogate są fundusze emerytalne. Nasze FE wzorowały się na chilijskich? Czy to prawda?

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  23/01/2010 o 20:52

      Chile bylo pierwszym na swiecie krajem, ktore calkowicie sprywatyzowalo system emerytalny. Polski system jest inny, bo publiczno-prywatny.

      Jako ciekawostke dodac mozna, ze „ojcem” aktualnego chilijskiego systemu emerytalengo jest wlasnie wspominany w powyzszym tekscie José Piñera, starszy brat prezydenta-elekta.

      Odpowiedz
  4. bocajuniors.pl  23/01/2010 o 11:17

    vice_versa naczytał się lewackich źródeł, pewnie tych od Chaveza i teraz sieje czerwoną propagandę. Wracając do dobre kondycji Chile na tle sąsiadów należy sobie zadać pytanie. Jak by wyglądała gospodarka tego kraju, gdyby Pinochet nie powstrzymał lewackiej zarazy?

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  23/01/2010 o 20:41

      Jestem przekonany, ze kazda propaganda jest rownie szkodliwa, zarowno ta prawicowa, jak i lewicowa. Nie nalezy zapominac, ze gdy Pinochet oddawal wladze gospodarka Chile byla w kryzysie, a procent spoleczenstwa zyjacy w skrajnej biedzie jeden z najwyzszych w regionie. To lewicowe rzady w ciagu ostatnich 20 lat wyciagnely Chile do kontynentalnej czolowki, nie Pinochet. To samo w Urugwaju, czy Brazylii – to rzady socjalistow sprawily, ze kraje te w ostatnich latach rozwijaly sie bardzo dynamicznie.

      Co oczywiscie nie oznacza, ze lewica jest recepta na gospodarczy sukces – wystarczy spojrzec na pograzajaca sie Wenezuele. Albo na Kolumbie, gdzie akurat sukcesy odnosi prawica.

      Odpowiedz
  5. Pingback: Ile kosztowała kampania prezydencka w Chile? | tierralatina.pl

  6. Pingback: Nowy rząd dla Chile | tierralatina.pl

  7. Pingback: Douglas Tompkins - ekolog z milionami | tierralatina.pl

  8. Krzysztof  27/02/2010 o 22:54

    witam, a czy orientuje się ktoś jak wygląda tam z pracą? jestem doświadczonym mechanikiem samochodowym. czy mając trochę oszczędności można tam tak po prostu wyjechać, zamieszkać, pracować i żyć? pozdrawiam

    Odpowiedz
    • tierralatina.pl  27/02/2010 o 23:30

      A znasz hiszpański? Bo to raczej podstawowa sprawa.

      Tak, czy inaczej polecam Ci nasze forum. Jest tam specjalny dział poświęcony zagadnieniom związanym z emigracją do Ameryki Łacińskiej.

      Odpowiedz
      • Krzysztof  28/02/2010 o 00:02

        Dziękuję bardzo;) a jeśli chodzi o język to intensywnie się uczę. pozdrawiam

        Odpowiedz
        • tierralatina.pl  01/03/2010 o 01:38

          Nie smiej sie :). Jezyk to podstawa, a naprawde widzialem juz wielu, ktorzy byli przekonani ze uda im sie podbic Ameryke Lacinska ze srednim angielskim.

          Jak juz sie nauczysz to wszystko przed Toba, na tym kontynencie naprawde wiele jest mozliwe.

          Odpowiedz
  9. Pingback: Kolumbia, Brazylia, Peru - kto będzie kolejnym prezydentem? | tierralatina.pl

  10. tyrannosaurus  02/12/2010 o 07:59

    Ty bocajuniors lecz się. Ten twój pinochet szmata i morderca doprowadził do rozwarstwienia biedy i bezrobocia 33%! Bajki o rzekomym cudzie gospodarczym za szmaty i mordercy pinocheta już nikogo nie przekonają. Od momentu przejęcia władzy przez demokratyczną lewicę Chile przyspieszylo i rozpoczeło swój rozwój. Lata szmatyt i mordercy pinocheta to stracone lata okupione tysiącami zamordowanych.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.