Lula, czyli filmowa klęska


To najdroższy film w historii brazylijskiej kinematografii. Dobrze zrobiony, sprawnie zagrany przez popularnych aktorów, z wartką akcją. Jego długo oczekiwanej premierze towarzyszyła bezprecedensowa kampania promocyjna. Mimo to Brazylijczycy nie garną się do kin – sale w których pokazywany jest film o życiu ich prezydenta świecą pustkami.

Film Lula, o filho do Brasil (Lula, syn Brazylii) miał być dla Brazylijczyków kinowym przebojem tego roku. Ba, producenci buńczucznie zapowiadali nawet, że ich dzieło pobije w Brazylii wszelkie dotychczasowe rekordy filmowej popularności. I w sumie mieli podstawy aby tak sądzić. Na papierze wszystko rzeczywiście wyglądało idealnie – trudno sobie wyobrazić zgromadzenie większej ilości składników potencjalnego sukcesu: świetna obsada, dobry reżyser, budżet jakiego nie miał żaden inny film w tym kraju i przede wszystkim temat: historia życia atualnego prezydenta – najbardziej uwielbianego polityka w historii Brazylii, który po 8 latach rządzenia wciąż ma ponad 80 proc. poparcia w społeczeństwie.

Lula, o filho do Brasil - plakatMimo to, miesiąc po premierze, już wiadomo, że ten film w Brazylii nie będzie kasowym sukcesem. W pierwszym tygodniu projekcji, mimo olbrzymiej dystrybucji, Lula zajął zaledwie 5 miejsce na liście kinowych przebojów. I już następnego tygodnia zaczął w rankingach popularności gwałtownie spadać, przegrywając sromotnie nie tylko z holywoodzkimi superprodukcjami (Avatar), ale nawet z lokalnymi komediami i melodramatami.

Nie pomogła nawet atmosfera politycznego skandalu wokół filmu – opozycja domaga się parlamentarnego śledztwa w sprawie finansowania filmu; dokładnego rozliczenia kto i na jakich warunkach dołożył się do rekordowej w historii brazylijskiej kinematografii sumy 12 milionów dolarów, jakie kosztowała produkcja Luli. Szczególne podejrzenia budzi fakt, że wśród finansujących film znalazły się firmy nieznane wcześniej z mecenasowania sztuce, lecz żyjące z lukratywnych kontraktów podpisywanych z rządem. Rządem Luli właśnie.

Z podobnych względów film zdruzgotało wielu brazylijskich recenzentów. Najczęściej piszą, że film jest rzeczywiście dobrze zagrany i zrobiony, że ma potencjał na zdobycie nagród na zagranicznych festiwalach, ale że pozostawia gorzki niesmak podejrzenia, iż jest on wystudiowanym elementem tegorocznej kampanii wyborczej, która ma zdecydować o tym kto w przyszłym roku zastąpi Lulę na prezydenckim fotelu. Zresztą sama Dilma Rousseff, minister w rządzie Luli, i namaszczona przez niego przyszła kandydatka do prezydentury, już jakiś czas temu otwarcie przyznała, że nie da się wykluczyć tego, że film o niesamowitym życiu jej szefa może wpłynąć na wyborców.

Wygląda na to jednak, że nie wpłynie. Bo Brazylijczycy po prostu nie chcą go oglądać. Jak donosi lokalna prasa, zainteresowanie filmem jest tak nikłe, że nie pojawił się on nawet na stoiskach handlarzy pirackimi wydaniami DVD, których pełno na ulicach brazylijskich miast.

To letnie przyjęcie nie wynika bynajmniej ze wspomnianych polityczno-finansowych kontrowersji wokół produkcji Luli. Ten film nie jest, po prostu, dla Brazylijczyków niczym nowym. Wszystko wskazuje na to, że – paradoksalnie – stał się on ofiarą popularności swego głównego bohatera.

Po co mam iść do kina i oglądać historię prezydenta, przecież została ono już tyle razy opowiedziana, opisana, pokazana w tak wielu telewizyjnych reportażach. Wiem, że nasz prezydent miał ojca alkoholika, ciężkie dzieciństwo i pracował jako pucybut. Że nie skończył żadnych studiów. Każdy Brazylijczyk o tym wie. Sam Lula o tym opowiadał wielokrotnie. Po co to oglądać? Nic nowego się przecież nie dowiem. – tłumaczy mi Mariana, 29-letnia adwokat z São Paulo. Podobne wyjaśnienia słyszę jeszcze wiele razy. „Ten film nie zawiera, żadnego elementu z życia Luli, który nie byłby w Brazylii powszechnie znany.” – to zdanie z recenzji w O Globo brzmi niemal jak wyrok skazujący.

Zaczynam rozumieć dlaczego prawie nikt z moich brazylijskich znajomych filmu nie widział, prawie nikt się na niego nie wybiera.

Co gorsze, ci którzy się na to jednak zdecydowali, najczęściej z kina wyszli zawiedzeni. To nie jest nasz Lula – mówi mi znajoma, mocno lewicowa i zafascynowana prezydenten dziennikarka z Rio de Janeiro. Jej zdaniem, autorzy filmu postanowili, zupełnie niepotrzebnie, ulukrować jego postać.

na ekranie w prezydenta wcielił się teatralny aktor Rui Ricardo Dias (fot: Otávio de Souza)

Tymczasem niebywała popularność Luli w Brazylii polega m.in. na jego autentyczności. Ludzi prostych uwodzi tym, że mówi tak jak oni, a nie pięknym literackim portugalskim; elity przekonał do siebie m.in. tym że jest świadomy swoich braków w edukacji i nie waha się prosić o pomoc ekspertów. Prawdziwy Lula nie wstydzi się swej przeszłości, chętnie podczas wizyt w zakładach przemysłowych wdziewa robotniczy drelich, ale też  dobrze się czuje w ekskluzywnych garniturach od najlepszych światowych projektantów.

Tymczasem na ekranie przyszły prezydent jest zawsze idealny: gdy mówi nie popełnia żadnych błedów, gdy podejmuje decyzje, robi to z rozwagą. Znający doskonale historię życia swego prezydenta Brazylijczycy nie mogą nie zauważyć, że filmowcy chcieli poprawić Lulę, zrobić z niego człowieka bez skazy. Tymczasem oni cenią swego prezydenta także za wszystkie jego błędy i potknięcia. To one sprawiają, że jest on im bliski, tak podobny do każdego z nich.

W filmie jest np. scena pokazująca jak podczas wielkich strajków w 1962 roku robotnicy solidnie tłuką swego pracodawcę. Na ekranie młody Lula jest zniesmaczony fizyczną przemocą. Problem w tym, że on sam nigdy nie krył, że wówczas te samosądy bardzo mu się podobały i uważał je za ludowe wymierzanie sprawiedliwości.

kadr z filmu Lula, o filho do Brasil

Marię de Lurdes da Silva, pierwszą żonę Luli, zagrała piękna Cléo Pires (fot: Otávio de Souza)

Dla wielu sympatyków prezydenta szczytem wszystkiego jest filmowa podmiana jego ulubionego alkoholu. Nie jest bowiem w Brazylii dla nikogo tajemnicą, że Lula, choć się nie upija, to jednak – jak większość swych współobywateli – od kielicha wcale nie stroni. I jak na Brazylijczyka przystało, ulubionym trunkiem prezydenta jest cachaça, typowa lokalna wódka robiona z trzciny cukrowej. W filmie się jednak ona nie pokazuje. Na ekranie przyszły prezydent chętnie sięga natomiast po piwo. Przyciśnięty do muru reżyser, Fábio Barreto (znany m.in. z O Quatrilho, filmu który w 1996 roku otrzymał nominację do Oscara), przyznał w końcu, że taka zamiana to wynik umowy między producentami, a AmBev – brazylijskim gigantem piwowarskim, jednym ze sponsorów filmu.

W filmie nie ma też ani słowa o nieślubnym dziecku Luli, ani – co ma twórcom za złe wielu polityków z partii Luli – nie wspomina się o wspótworzeniu przez niego tejże Partido dos Trabalhadores. Filmowa historia życia Luli, dość zaskakująco, kończy się w chwili śmierci jego matki, czyli jeszcze przed rozpoczęciem jego politycznej kariery. Na ekranie Lula jest tylko związkowcem. Zdaniem wielu krytyków, to także zamierzony, mający odnieść określony cel  zabieg – pokazanie, że Lula to charyzmatyczny pragmatyk, a nie dogmatyczny lewicowiec.

Producenci próbują ratować film organizując specjalne seanse dla robotników, sprzedając bilety za pół ceny, oraz organizując projekcje w miasteczkach w których nie ma kin. No i wciąż wiążą duże nadzieje, z zagraniczną dystrybucją. Bo dla osób nie znających szczegółów z życia Luli, nie będących więc w stanie wychwycić tych wszystkich, tak drażniących Brazylijczyków niedokładności, film może być bardzo ciekawy. Nie jest to bowiem żaden hagiograficzny gniot, ale naprawdę sprawnie zrobiona, mile dająca się oglądać filmowa produkcja.

Lula, o filho do Brasil spodobał się już m.in. Barrackowi Obamie, który – jeszcze w ubiegłym roku – poprosił o prywatną projekcję filmu. Producenci ujawnili też, że prowadzą negocjacje z Hugo Chávezem, który miałby ewentualnie sfinansować jego dystrybucję w Wenezueli, Kolumbii, Boliwii, Peru i Ekwadorze.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.