Zmarł argentyński Elvis Presley


Argentyńska muzyka straciła kolejną legendę – wczoraj, dokładnie w trzy miesiące po śmierci Mercedes Sosy, zmarł w szpitalu w Mendozie Roberto Sánchez, znany w całej Ameryce Łacińskiej pod swym estradowym pseudonimem Sandro de América, bądź po prostu Sandro.

sandro-de-americaSandro był latynoamerykańskim fenomenem na miarę Beatlesów, czy Elvisa Presleya. Zresztą swą karierę zaczynał właśnie od coverów m.in. tych wykonawców, a latynoska prasa nazywała go przez pewien czas „argentyńskim Elvisem”. We wczesnych latach 60., wraz ze swą ówczesną grupą Los de Fuego, jako jeden z pierwszych na kontynencie zaczął grać i nagrywać rock-and-rollowe utwory, ochoczo sięgając po europejskie i amerykańskie hity.

Jego otwarcie uwodzicielsko-erotyczne pozy sceniczne, szybko pozyskały mu wierne i nieustannie powiększające się grono fanek, oraz zadeklarowaną wrogość Kościoła katolickiego. Sam Sandro, pewnie nie bez racji, stwierdził po latach, że ówczesne – inicjowane przez religijnych hierarchów próby zakazania jego występów i niedopuszczenia do największych mediów – okazały się być doskonałą kampanią promocyjną i przyczyniły się do jego sukcesu i rozgłosu.

Prawdziwym zwrotem w karierze Argentyńczyka była jednak przeprowadzona w w końcu lat 60. artystyczna metamorfoza. Sandro zamienił wówczas skórzaną kurtkę rockera na smoking lub rozchełstaną koszulę i stał się prototypem latynoskiego amanta, śpiewającego najczęściej o miłości. Transformacji tej towarzyszyło też odejście z repertuaru składającego się głównie z coverów do własnych kompozycji. Artysta nie zrezygnował jednak z podszytych seksem, sensualnych ruchów na scenie. Zmiana ta okazała się strzałem w dziesiątkę!

Sandro dla swych fanek stał się żyjącym bogiem, kwintesencją macho i męskiej zwierzęcości. Jego koncertom toważyszyły zbiorowe wybuchy histerii, dziewczyny na widowni mdlały, albo rzucały w kierunku sceny swe majtki i biustonosze. Jego dom na przedmieściach Buenos Aires stał się celem żeńskich pielgrzymek z całego kontynentu, a policja z trudem i najczęściej nieskutecznie próbowała zapobiegać zbiorowym stripteasom przed jego oknami.

SandroTo także w tym okresie Sandro uzyskał uwodzicielski przydomek „El Gitano” czyli Cygan. Artysta ochoczo tłumaczył, że jego dziadek od strony ojca był rzeczywiście cygańskim emigrantem z Węgier. Do dzisiaj nie wiadomo jednak, czy była to prawda, czy tylko sprytny marketingowy zabieg. Biografowie Sandro twierdzą bowiem, że wszystko wskazuje na to, że dziadek był rzeczywiście Węgrem, ale o greckich, nie cygańskich korzeniach. Sam Sandro nigdy nie chciał rozwiać związanych z tą sprawą wątpliwości.

Sandro GitanoJak na amanta i obiekt westchnień milionów latynoskich kobiet, argentyńskiego gwiazdora nie ominęła też kariera filmowa. Sandro zagrał w sumie w 12 filmach, najczęściej główne role.

Jednak największe sukcesy odnosił jako piosenkarz. W 1970 roku stał się pierwszym Latynosem śpiewającym w nowojorskiej Madison Square Garden i pierwszym w historii światowego showbusinessu muzycznym artystą, którego koncert miał satelitarną transmisję „na żywo”. Sandro wypełnił też ponad 100. tysiącami fanów legendarny stadion Maracaná w Rio de Janeiro, mianowany został honorowym obywatelem Miami, a w 2005 roku otrzymal nagrodę Grammy Latino za całokształt swej kariery.

W sumie nagrał 52 albumy, które sprzedały się kilkunastu milionach egzemplarzy.

Wiele jego przebojów stało się klasykami, po które teraz sięgają inni artyści. Covery jego piosenek nagrywały m.in. argentyńskie grupy Bersuit Vergarabat i Los Fabulosos Cadillacs, meksykański Molotov, czy gwatemalczyk Ricardo Arjona. Tengo, otwierająca ten wpis piosenka z jeszcze rockandrollowego etapu jego kariery, uznana została za numer 15 na liście 100. największych przebojów argentyńskiego rocka przez prestiżowe pismo The Rolling Stone.

Sandro, który przez całe swoje życie był nałogowym palaczem, już od wielu lat przewlekle chorował na płuca. W czasie ostatnich tras koncertowych w 2001 i 2004 roku, na scenie towarzyszył mu aparat tlenowy, z którego co jakiś czas musiał korzystać. Jego stan nieustannie się pogarszał.

W listopadzie ubiegłego roku w szpitalu w Mendozie przeprowadzono planowany od dawna podwójny przeszczep płuc i serca. Ta skomplikowana operacja miała, teoretycznie, przedłużyć mu życie o przynajmniej 10 lat. I choć sama interwencja chirurgiczna, zdaniem lekarzy, się udała, to niestety pojawiły się komplikacje pooperacyjne, które sprawiły że Sandro w grudniu kilkakrotnie wracał pod skalpel i trafiał na oddział intensywnej terapii. Zdiagnozowano także zapalenie płuc. Mimo to Wigilię spędził w szpitalu z rodziną, świadomy, a nawet jedzący o własnych siłach. Prognozy lekarzy były ponownie optymistyczne.

Wczoraj jednak nagle zmarł. Bezpośrednią przyczyną śmierci był wstrząs septyczny, czyli najgroźniejsza forma sepsy. Miał 64 lata.

Decyzją argentyńskiego rządu, Sandro pożegnany zostanie z pełnymi państwowymi honorami. Otwarta trumna z jego ciałem wystawiona została dzisiaj w budynku Kongresu w Buenos Aires, do którego błyskawiczne utworzyła się wielusetmetrowa kolejka fanów, głównie kobiet, chcących złożyć zmarłemu artyście ostatni hołd. Pogrzeb odbędzie się jutro na niewielkim, prywatnym, prowincjonalnym cmentarzu w Longchamp.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Zmarł argentyński Elvis Presley"

  1. Polones  07/01/2010 o 02:13

    „Penumbras” przypomina mi „Kochać” Szczepanika (ten rytm) albo inne nasze kawałki z lat 60./70. Teledysk z kolei wygląda trochę jak żart ze scenicznych amantów, tyle że jest absolutnie prawdziwy i poważny :-).

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.