Płynąc od brazylijskiego Santarém w górę rzeki Tapajós, jednego z najważniejszych dopływów Amazonki, można natrafić na nieoczekiwany widok. W sercu amazońskiej dżungli stoi kolonia domków przypominających zabudowę typowego północnoamerykańskiego, robotniczego przedmieścia. Z domków dawno już poodłaziła farba, okna straszą wybitymi szybami, a głównymi mieszkańcami osiedla są obecnie nietoperze-wampiry, pająki i wszelkiej maści robactwo. Kolonia jest pozostałością po, zakończonej kompletnym fiaskiem, brazylijskiej przygodzie Henry’ego Forda, założyciela wielkiego samochodowego koncernu.
W latach dwudziestych zeszłego wieku dogasała kauczukowa gorączka w Amazonii. Po początkowym monopolu Brazylii i ościennych państw w produkcji tego surowca, pałeczkę przejęli Brytyjczycy i ich plantacje w południowo-wschodniej Azji. Z niepokojem przyglądał się temu Henry Ford, pragnący zapewnić niezależne źródło dostaw do produkcji opon dla swego motoryzacyjnego imperium. Na poszukiwanie odpowiedniego miejsca wysłał swojego sekretarza, Ernesta Liebolda.
Liebold udał się na początku do Afryki, ale, jak donosił z Liberii, „możliwości intelektualne miejscowych są dosyć skromne”. W końcu wybór padł na Brazylię. Rząd w Rio de Janeiro odniósł się przychylnie do planów przedsiębiorcy i w 1928 r. przekazał w jego władanie (a dokładnie we władanie specjalnie w tym celu utworzonej spółce Companhia Industrial do Brasil) 10 tysięcy kilometrów kwadratowych amazońskiego lasu. Ford dostał także pozwolenie na pełne wykorzystanie bogactw przekazanych mu terenów oraz na samodzielne nimi zarządzanie z wykorzystaniem własnych służb porządkowych. Wwóz i wywóz wszelkich towarów miał się odbywać bezcłowo. W zamian za to władze Brazylii zastrzegły sobie 9% udział w zyskach z przedsięwzięcia. I w taki oto sposób narodziła się Fordlândia.
Na terenie wydartym dżungli szybko wyrosło prefabrykowane osiedle dla blisko 8000 robotników. Postawiono kino, tancbudę, stworzono nawet pole golfowe. Energicznie przystąpiono także do wycinki lasu pod plantacje kauczukowca.
Niestety, nikt z kadry zarządzającej Forda nie miał pojęcia o uprawach w warunkach tropikalnych. Narzędzia przywiezione ze Stanów Zjednoczonych okazały się mało przydatne i wyrąb postępował dużo wolniej niż się spodziewano. Rozczarowany zarządca Fordlândii, Reeves Blakeley, polecił wypalać roślinność używając benzyny. Błędna decyzja przyczyniła się wydatnie do fiaska całego przedsięwzięcia, bowiem na wypalonej do cna ziemi kauczukowce (ani inne rośliny) nie chciały się przyjmować.
Nic dziwnego, że już po roku istnienia kolonii powszechna była opinia, że projekt zmierza ku upadkowi.
Jednak Henry Ford, nie chcąc przyjmować do wiadomości kłopotów swojego „dziecka”, usiłował na odległość, wydając polecenia ze Stanów Zjednoczonych, zaprowadzić w kolonii drakońskie porządki. Nie dość, że szczegółowo zarządził jak ma wyglądać higiena jej mieszkańców, nakazał im noszenie identyfikatorów i obowiązkową obecność na wieczorach z poezją, to wprowadził również całkowity zakaz spożywania alkoholu na terenie osiedla.
Niewielu jednak brało sobie do serca te dyspozycje. Na rzece Tapajós rychło pojawiły się pływające bary i domy publiczne sprowadzone tam przez obrotnych przedsiębiorców. Choroby weneryczne i ukąszenia jadowitych węży dziesiątkowały kolonistów – w schyłkowym okresie istnienia osiedla umierał przeciętnie jeden dziennie.
Wbrew intencjom Amerykanów, warunki pracy i mieszkania były straszne. Lokalna ludność chciała, unikając słońca, pracować głownie przed świtem i po zmierzchu – ludzie Forda upierali się przy 8-godzinnym, nieprzerawnym dniu pracy. Katastrofą okazało się także amerykańskie budownictwo, które w przeciwieństwie do lokalnych, tradycyjnych domów na palach, nie dawało żadnej ochrony przed robactwem i zwierzętami.
W 1930 roku, po kolejnym rozkazie właściciela, obowiązkowo zastępującym w samoobsługowej kantynie tradycyjne potrawy gotowane przez brazylijskie kucharki, hamburgerami, ryżem i pełnoziarnistym chlebem, miarka się przebrała. Doszło do buntu; rozwścieczony tłum doszczętnie zdemolował stołówkę, a następnie resztę osiedla. Zarządzający przedsięwzięciem zbiegli do lasu; z opresji wybawiła ich dopiero interwencja brazylijskiej armii.
Niezrażony tym Ford polecił najpierw odbudować osiedle, a trzy lata później wręcz wybudować kolejne, w ponoć dogodniejszym dla sadzenia kauczukowca, oddalonym o 80 km miejscu, zwanym Belterra. Tym razem zabudowano osiedle domkami, których dachy były pokryte azbestowymi płytami; miały one pochłaniać chociaż część tropikalnego skwaru. Również ten pomysł okazał się niezbyt rozsądny – według świadectw w domkach było gorąco jak w piecu. I nadal nie dawały one żadnej ochrony przed pełzającą, łażącą i kąszącą fauną.
Abstrahując od kłopotów z mieszkańcami kolonii, z gospodarczego punktu widzenia projekt okazał się katastrofą. Pracowicie sadzone kauczukowce były regularnie dziesiątkowane przez plagi gąsienic. W 1942 r., najlepszym z punktu widzenia wyników roku istnienia Fordlândii, udało się zebrać 750 ton kauczuku, co było zaledwie ułamkiem zaplanowanych na ten rok 38 tysięcy ton. Upadek przedsięwzięcia przypieczętowało wynalezienie syntetycznego kauczuku.
W obliczu porażki podjęto decyzję o sprzedaży ziem. Henry Ford i jego syn Edsel bezskutecznie poszukiwali nabywcy. Udało się dopiero wnukowi założyciela, Henry’emu Fordowi II – w 1945 roku odsprzedał on ziemie należące do Fordlândii za bezcen rządowi Brazylii. Szacuje się, że koncern stracił na tym projekcie ówczesnych 20 milionów dolarów (według obecnych cen – około 200 milionów USD). Henry Ford senior nigdy nie odwiedził swojej brazylijskiej posiadłości, mimo wielokrotnych zaproszeń i powtarzanych obietnic.
Przez dziesiątki lat opuszczone zabudowania Fordlândii stały w dużej mierze puste; obecnie mieszka w nich garstka osadników zajmujących się rolnictwem na drobną skalę. Wizyta w kolonii jest też reklamowana jako przystanek na trasie wycieczek po okolicach Santarém.
P.S. Wszystkie czarno-białe zdjęcia pochodzą z archiwów fundacji The Henry Ford i zostały opublikowane za jej zgodą.
Natomiast wszystkim tym, którzy chcieliby poznać dokładniej tą niesamowitą historię narodzin i upadku brazylijskiej utopii Henry Forda polecamy pasjonującą książkę Fordlandia: The Rise and Fall of Henry Ford’s Forgotten Jungle City.
To też może Cię zainteresować:
Polones
25/02/2010 o 22:48
Tu można obejrzeć krótki filmik opowiadający tę historię:
część 1 – http://www.youtube.com/watch?v=Wvs-dGpgHNI
część 2 – http://www.youtube.com/watch?v=GXt2jg4sC1k&feature=related
kuba
26/02/2010 o 15:41
Rozbrajająca tępota korporacyjnego kacyka
)
BsAs
26/02/2010 o 17:29
Bardziej arogancja, niz tępota. Pełne przeświadczenie, że to co w sprawdziło się w USA jest najlepsze na świecie.
I jeden z pierwszych przykładów na to, że globalizacja nie jest wcale łatwym procesem.
Krzysztof
27/02/2010 o 22:24
Niesamowite – bardzo ciekawy artykuł, nie miałem pojęcia o tym przedsięwzięciu H. Forda