Wybory, wybory: guerilleros, Bułgarki i biseksualiści…


Na bieżący rok zaplanowano wybory prezydenckie nie tylko w Polsce, ale również w dwóch ważnych krajach Ameryki Łacińskiej. Wszystkich, którzy interesują się tym regionem, czekają więc spore emocje.

Pierwsza, bo juz w końcu maja, do urn ruszy Kolumbia. Jeszcze do niedawna największą wyborczą niewiadomą w tym kraju było to, czy o pozostanie na prezydenckim fotelu będzie mógł ubiegać się Álvaro Uribe, wciąż – po dwóch kadencjach – cieszący się dość wysoką popularnością w społeczeństwie.

Na drodze do jego reelekcji stanęła jednak Konstytucja. Już raz zresztą pod jego wpływem zmieniona: w 2005 r. dopuszczono wcześniej zabronioną drugą kadencję, stanowczo jednak wykluczając możliwość trzeciej. Niemniej sprzyjająca Uribe większość parlamentarna, podpierając się wynikami sondaży jednoznacznie wskazującymi, że większość Kolumbijczyków chciałaby pozostania na stanowisku aktualnego prezydenta, zgłosiła projekt ustawy przewidujący referendum w sprawie kolejnej zmiany ustawy zasadniczej.Kilka dni temu kolumbijski Sąd Konstytucyjny rozwiał jednak wszelkie wątpliwości – takie referendum byłoby niekonstytucyjne.

I ponieważ to rozstrzygnięcie jest definitywne i ostateczne, Uribe nie będzie mógł kandydować.

Juan Manuel Santos Presidente!

wielu Kolumbijczyków liczy, że Juan Mauel Santos będzie potrafił ostatecznie "zmiażdżyć" lewicowe partyzantki od dekad terroryzujące ich kraj

Zamiast niego do wyborów stanie, należący do tej samej partii co prezydent, były minister obrony Juan Manuel Santos. W chwili obecnej prowadzi on w sondażach, co niewątpliwie zawdzięcza nie tyle własnej popularności, lecz – przede wszystkim – powszechnemu przekonaniu, że to właśnie jemu władzę chciałby przekazać Uribe.

Mimo to wyborcza wygrana Santosa nie jest jednak pewna. W rankingach popularności depczą mu po piętach charyzmatyczny burmistrz Medellin, Sergio Fajardo, oraz były guerillero Gustavo Petro z lewicowej partii Polo Democrático Alternativo.

Do peletonu dołączy też wkrótce kandydat niedawno założonej Partii Zielonych, którego wyłonią prawybory 14 marca. Wśród trzech ubiegających się o to miano prekandydatów jest jedna z najbardziej nietuzinkowych postaci nie tylko kolumbijskiej, ale i całej latynoamerykańskiej polityki – nazywający sam siebie antypolitykiem matematyk i filozof, Antanas Mockus Šivickas. Jest on byłym burmistrzem Bogoty, którego jej mieszkańcy – po dziś dzień – kochają bądź nienawidzą. Jego precedensowy program kształtowania świadomości obywatelskiej poprzez nietypowe akcje – jak znane z kolumbijskiej stolicy wyprowadzenie na ulicę setek mimów, bezgłośnie pouczających kierowców i pieszych łamiących przepisy – oraz kontrowersyjne zachowania nieco w stylu naszego posła Palikota, na pewno dodałyby kolorytu zbliżającym się wyborom.

Dodatkowo, w prezydenckim wyścigu  udział weźmie również przedstawiciel należącej do koalicji rządowej Partii Konserwatywnej. W chwili obecnej jest kilku „kandydatów na kandydatów” tej partii, w tym inny były minister w rządzie Uribe, oskarżany o korupcję Andrés Felipe Arias, oraz dynamiczna, także ex-minister, Noemí Sanín.

Jak to często bywa, trudno właściwie dostrzec istotne różnice między programami poszczególnych kandydatów, szczególnie tych z prawicy. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeśli – co jest bardzo prawdopodobne – wybory wygra Santos lub ktoś z konserwatystów, będą oni kontynuować politykę obecnego rządu. Arias jest nawet powszechnie zwany „małym Uribe” ze względu na to, iż za wszelką cenę i w niemal wszystkim usiłuje naśladować obecnego, popularnego prezydenta.

Nie zapowiada się też na przełom w wiecznie napiętych stosunkach z sąsiadami Kolumbii, szczególnie że wyborczy faworyt Santos jest ścigany przez ekwadorski wymiar sprawiedliwości za słynną akcję przeciwko FARC z marca 2008 r., przeprowadzoną w na terytorium tego kraju.

Nie mniej ciekawie wygląda przedwyborcza rywalizacja w Brazylii, tym bardziej, że – póki co – bardzo prawdopodobna jest tam zmiana politycznej opcji. W trakcie brazylijskiej kampanii wyborczej może się jednak jeszcze sporo się zdarzyć:  obywatele tego kraju pójdą bowiem wybierać nowego prezydenta dopiero w październiku.

Nazwiska głównych kandydatów znane są już od dawna. Obecny prezydent, czyli Luiz Inácio Lula da Silva nie może kandydować ze względu na – analogiczne do kolumbijskiego – konstytucyjne ograniczenie sprawowania mandatu do dwóch kadencji. Mimo, iż sprawuje on władzę już od ponad 7 lat, cieszy się wśród Brazylijczyków wciąż ogromną, sięgającą 80% popularnością. Podobnie jak to miało miejsce w niedawnych wyborach w Chile, duża popularność aktualnego prezydenta, nie przekłada się jednak na poparcie dla mającego go zastąpić kandydata jego partii.

Dilma Rousseff

(fot: Wilson Dias/ABr)

W Brazylii Lula namaszczył jako swoją następczynię Dilmę Rousseff, córkę bułgarskich imigrantów i byłą działaczkę podziemnych lewicowych organizacji w okresie dyktatury.  I choć jest ona uważana jest za sprawną organizatorkę (w administracji Luli sprawuje funkcję Chefe da Casa Civil da Presidência, czyli jest odpowiednikiem naszego szefa kancelarii prezydenta), niemniej jednak nie ma nawet ułamka charyzmy Luli i powszechnie uważana jest za dość bezbarwną. W sondażach zajmuje drugie miejsce (w tych przeprowadzonych w końcówce zeszłego roku uzyskała nawet o połowę mniej wskazań od czołowego kandydata).

Na czołowej pozycji niezmienne plasuje się gubernator stanu São Paulo, José Serra. Kandyduje on z ramienia socjaldemokratycznej partii PSDB, z której pochodził również poprzednik Luli, Fernando Henrique Cardoso.

Jose Serra

(fot: Rodrigues Pozzebom/ABr)

68-letni Serra może pochwalić się długą listą stanowisk, które piastował na szczeblu stanowym i federalnym – był między innymi burmistrzem São Paulo i, dwukrotnie, ministrem w centralnym rządzie. Stawał też w szranki jako konkurent Luli w poprzednich wyborach w 2002 r. Cieszy się poparciem przede wszystkim coraz liczniejszej brazylijskiej klasy średniej, z uznaniem przyglądającej się jego osiągnięciom w zakresie przebudowy infrastruktury, walce z przestępczością i polepszeniu systemu szkolnictwa w zarządzanym przez niego stanie.

Do wyborów w Brazylii staną też prawdopodobnie centrolewicowy kongresmen Ciro Gomes, oraz była minister ochrony środowiska, charyzmatyczna obrończyni Amazonii, Marina Silva, ale według najświeższych sondaży są oni daleko w tyle za pierwszą dwójką.

Także w Brazylii, niezależnie od tego, kto wygra wybory, nie należy się spodziewać rewolucyjnych zmian w polityce rządu, zgodnie z zasadą „po co zmieniać coś, co się sprawdziło”.

Wyborcze emocje w Latynoameryce nie skończą się, oczywiście, w tym roku. W 2011 wybory prezydenckie zaplanowane są m.in. w Peru. Wolę kandydowania w nich wyraził m.in. znany pisarz i dziennikarz Jaime Bayly, idąc w ślady swojego wielkiego kolegi po fachu, Mario Vargasa Lllosy, który o najwyższy peruwiański urząd ubiegał się w 1990 r. (przegrał wówczas sromotnie z Alberto Fujimorim).

Jaime Bayly to ciekawa postać, zasługująca na znacznie szersze opracowanie. Dość wspomnieć, że – podobnie jak Vargas Llosa – jest liberałem, ale znacznie bardziej od niego radykalnym. We względnie konserwatywnym kraju, jakim jest Peru, publicznie obnosi się ze swoim biseksualizmem, jest zwolennikiem legalizacji aborcji i związków homoseksualnych, postuluje też rozwiązanie sił zbrojnych. Dla kogokolwiek, kto przeczytał choć jedną z jego książek, nie powinno to być zaskoczeniem.

Bayly swoje radykalne poglądy głosi za pośrednictwem telewizji, bowiem oprócz pisania książek prowadzi też kilka znanych programów i jest jednym z najpopularniejszych w swym kraju celebrytów.

Trudno w tym momencie wypowiadać się o wyborczych perspektywach pisarza- do wyborów jeszcze daleko, a konkurentów będzie wielu, w tym kilku groźnych. Między nimi znajdą się zapewne cieszący się szacunkiem za ambitną rozbudowę stołecznego metra, centroprawicowy burmistrz Limy, Luis Castañeda i lewicowo-narodowy populista Ollanta Humala. Faworytka wszelkich sondaży jest jednak Keiko Fujimori, czyli córka byłego prezydenta Alberto Fujimoriego, reprezentująca jego partię, obecnie noszącą nazwę Fuerza 2011.

Jeśli latorośl rodu Fujimori zwycięży, jedną z jej pierwszych decyzji będzie zapewne ułaskawienie taty, który odbywa karę pozbawienia wolności za przestępstwa (zlecanie porawań i morderstw, oraz korupcję) popełnione w okresie swojej prezydentury.

Wracając do Bayly’ego – można się jedynie domyślać, że ze swoimi liberalnymi przekonaniami może on zjednać sobie młody miejski elektorat, zniechęcony do tradycyjnej polityki. Starsi wyborcy bowiem nie traktują go zbyt poważnie – jeden z nich, zapytany w ulicznej sondzie o kandydaturę Bayly’ego, odpowiedział kpiąco „A czy to mężczyzna czy kobieta ?

Prześlij dalej:

About Michał Rudziecki

Rocznik 1972. Prawnik, absolwent CESLA. Rodem z Warszawy, od 2004 r. mieszka i pracuje w Brukseli. Żywo zainteresowany wszystkim, co ma związek z Ameryką Łacińską, z którą oprócz sentymentu łączą go też więzi rodzinne. Miłośnik literatury w oryginale, z wypiekami na twarzy pochłania książki Mario Vargasa Llosy, José Donoso i Roberto Bolaño. Przyrządza wyśmienite ceviche.

W sieci:

Inne teksty na tierralatina.pl

2 reakcje na "Wybory, wybory: guerilleros, Bułgarki i biseksualiści…"

  1. Tomek Surdel  15/03/2010 o 14:29

    Lourdes Flores, liderka centroprawicowej, chrześcijańskiej partii PPC, zapowiedziała właśnie, że jeśli uda się jej wygrac zblizające się wybory na mera Limy, to nie będzie kandydowac do prezydencji kraju. Co, oczywiście konsoliduje prawicowe poparcie wokół Castañedy.

    W najnowszym sondażu (zakładającym, że nie będzie kandydatury Flores), którego wyniki zostały dzisiaj opublikowane przez El Comercio, aktualny mer peruwiańskiej stolicy ma po raz pierwszy dokładnie takie samo poparcie jak Keiko.

    Sytuacja aktualnie wygląda tak:
    1. Luis Castañeda i Keiko Fujimori – po 20 proc.
    3. Ollanta Humala – 12 proc.
    4. Alejandro Toledo – 11 proc.
    5. Jaime Bayly – 5 proc.
    6. Jorge del Castillo (z partii aktualnego prezydenta ARPA) – 4 proc.

    Wszystko to oczywiście może się jeszcze zmienic, bo do wyborów jeszcze rok, a kampania prezydencja jeszcze się oficjalnie nie rozpoczęła.

    Odpowiedz
  2. Polones  16/03/2010 o 10:00

    Ostatni sondaż w Brazylii: 24-25 lutego, Datafolha:

    1. Serra 32%
    2. Dilma 28%
    3. Ciro 12%
    4. Marina 8%
    5. głos „nieważny” lub „biały” (ważny, ale na nikogo) 9%
    6. niezdecydowani 10%

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.