Kolumbia zzielenieje?


Ekscentryczny matematyk i filozof Antanas Mockus, czy kontrowersyjny były minister obrony Juan Manuel Santos? Kto zastąpi popularnego Alvaro Uribe na fotelu prezydenta Kolumbii? Odpowiedzi na te pytania z całą pewnością nie poznamy w dzisiejszej, pierwszej turze wyborów…

Większość Kolumbijczyków w Pałacu Nariño w Bogocie, siedzibie prezydentów tego kraju, najchętniej widziałaby wciąż Álvaro Uribe. Mimo oskarżeń o rodzinne powiązania z prawicowymi szwadronami śmierci, mimo plotek o dawnych związkach z narkotykową mafią i bez względu na skandale z związane z kupowaniem poparcia, aktualny prezydent cieszy się wyjątkową popularnością wśród swych rodaków. Szczególnie cenią sobie oni jego skuteczność w walce z lewackimi partyzantkami FARC i ELN, które przez dekady terroryzowały kraj.

To Uribe sprawił, że kraj który jeszcze w 2002 roku miał największy współczynnik morderstw na świecie, w tej chwili jest jednym z najbardziej bezpiecznych w regionie. Za jego prezydentury spadło też bezrobocie i dynamicznie rozwinęła się kolumbijska gospodarka. Nic więc w sumie dziwnego, że według wszystkich niemal sondaży ponad 75 proc. Kolumbijczyków dobrze ocenia 8 lat jego prezydentury, a ponad 55 proc. poparłoby go w prezydenckich wyborach.

Ale poprzeć go nie może.

Kolumbijska konstytucja przewiduje, że prezdent ponownie na czteroletnią kadencję wybrany może być tylko raz. Uribe chciał wprawdzie zorganizować referendum aby znieść to ograniczenie, ale w lutym Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nawet taka powszechna konsultacja jest niemożliwa. Czyli dotychczasowy prezydent MUSI opuścić Palacio Nariño w sierpniu tego roku, po zakończeniu drugiego mandatu.

Kto go więc zastąpi?

Juan Mauel Santos (fot: World Economic Forum)

Jeszcze kilka miesięcy temu odpowiedź na to pytanie była dziecięco prosta – wydawało się bowiem, że Juan Manuel Santos, były minister obrony w rządzie Álvaro Uribe i jeden z architektów jego sukcesów w walce nad lewicowymi partyzantkami (bądź – jeśli ktoś woli i zgodnie z terminologią oficjalnie przyjętą m.in. przez Unię Europejską i USA – z lewackimi narkoterrorystami) jest poza konkurencją. Jak nikt inny gwarantował on bowiem kontynuację dotychczasowej polityki.

Jednak wysoka popularność odchodzącego przywódcy wcale automatycznie nie daje masowego poparcia dla kandydata jego politycznego obozu. Dowiedli tego niedawno Chilijczycy, nie wykluczone że potwierdzą i Brazylijczycy. Wcześniej jednak pokazać to też mogą właśnie Kolumbijczycy.

I to nawet nie ze względu na to, że rządząca obecnie, prawa strona kolumbijskiej sceny politycznej jest podzielona i za uribistów uważa się jeszcze dwóch, obok Santosa, startujących w dzisiejszych wyborach kandydatów:

Nie, bo tak naprawdę nie stanowią oni dla Santosa żadnego zagrożenia – ostatnie sondaże nie dają żadnemu z nich więcej niż 10 proc. poparcia. Podczas gdy były minister obrony nie spada poniżej 30 proc.

Zagrożeniem nie jest też tradycyjna, lewicowa opozycja. Bo nie dość, że ona także jest podzielona, to – przede wszystkim – w zmęczonej rewolucyjnym terrorem Kolumbii,  ma ona marginalne poparcie. Badania opinii publicznej wskazują, że najpopularniejszy z lewicowych kandydatów, Gustavo Petro z Bieguna Demokratycznego, może liczyć na… 6-7 proc. głosów.

Kto więc zagraża Santosowi?

Zaskoczenie przyszło z nowego centrum. W ubiegłym roku trójka byłych, popularnych merów Bogoty: Enrique Peñalosa, Antanas Mockus i Luis Eduardo Garzón postanowili zagospodarować porzucony środek spolaryzowanej kolumbijskiej sceny politycznej. I na gruzach zapomnienej już niemal przez wszystkich partii ekologicznej założyli zupełnie nową Partię Zieloną.

Antanas Mockus (fot: eltiempo.com)

Nie partię Zielonych, ale właśnie Partię Zieloną. Wzorowana trochę na niemieckich Die Grünen i francuskich Les Verts, nie ortodoksyjnie ekologiczną, lecz stawiająca w centrum swych trosk i zainteresowania człowieka, z założenia centrową. Nie jesteśmy anty-uribistami, chcemy być post-uribistami – tłumaczył kilka miesięcy temu Peñalosa. Ale wówczas nikt go jeszcze nie słuchał. Wtedy wydawało się jeszcze, że Partia Zielona będzie kolejnym kanapową organizacją polityczną, jakich w Kolumbii bardzo wiele.

Przełom nastąpił 14 marca. Wtedy to, zaskakując chyba samych siebie, członkowie tej partii, w wewnętrznych wyborach wybrali na prezydenckiego kandydata ekscentrycznego matematyka i filozofa Antanasa Mockusa. Zielona Fala zaleje Kolumbię! – buńczucznie zapowiedział wówczas partyjny zwycięzca. I słowa dotrzymał.

Kim jest Mockus?

W pewnym sensie jest on trochę takim kolumbijskim… Januszem Palikotem. Choć nie, Palikot przy Mockusie wypada nudno i blado. Mockus, choć oboje jego rodzice to litewscy emigranci, ma w sobie więcej latynoskiego szaleństwa i znacznie mniej hamulców niż polityk PO. W Kolumbii zrobiło się o nim głośno w 1993 roku, gdy jako rektor publicznego Kolumbijskiego Uniwersytetu Narodowego w Bogocie, zdenerwowany gwiżdżącymi na niego studentami, zdjął spodnie i majtki, odwrócił się i… wypiął do nich swe nagie pośladki.

Antanas MockusA potem było jeszcze weselej – Mockus paradował przebrany za supermana, kąpał się w zabytkowej stołecznej fontannie, brał ślub na grzbiecie wynajętego z cyrku słonia, oblewał wodą politycznych oponentów…

Mimo to, a może właśnie dzięki temu, Antanas Mockus stał się bardzo popularny. Mieszkańcy Bogoty aż dwukrotnie powierzali mu fotel mera. Wraz z Enrique Peñalosą, w ciągu 10 lat, diametralnie odmienił oblicze kolumbijskiej stolicy. Tak jak Uribe Kolumbii…

Różnica między nimi jest jednak zasadnicza – tak jak receptą na sukces prezydenta kraju była głównie represja, tak kluczem do zmian w Bogocie była przede wszystki edukacja i perswazja, promocja „kultury obywatelskiej”, oraz niekonwencjonalne, zaskakujące pomysły. Humor, a nie strach.

Mockus wsławił się m.in. akcją wycofania na kilka dni policji z bogotańskich dróg i skrzyżowań. Zamiast nich pojawili się mimowie, którzy bez słowa parodiowali i wyśmiewali zachowania nieprzestrzegających zasad ruchu kierowców. Typoowy Kolumbijczyk bardziej niż mandatu boi się ośmieszenia – tłumaczył potem mer.

Antanas Mockus o fotel prezydenta Kolumbii nie ubiega się po raz pierwszy. W dwóch poprzednich próbach poparcie miał jednak mierniutkie. Za pierwszym razem nie był praktycznie znany poza murami stolicy, a w drugiej ubiegający się o reelekcję Uribe był poza konkurencją. Tak jak byłby, gdyby mógł, i w tym roku…

Ale ponieważ tym razem prezydenta trzeba zmienić, to czemu nie pokusić się o zmianę radykalną? – powtarzają teraz często Kolumbijczycy. I czemu nie wybrać kogoś kto też ma za sobą sukcesy, ale nie jest przy tym uwikłany w brudną, tradycyjną politykę. Kogoś, kogo brzydzi zarówno ślepa represja, jak i lewacki terroryzm? Kogoś kto zawsze stawiał na rozwój edukacji i kultury?

Kolejnym wytłumaczeniem niebyawłego wzrostu popularności Mockusa jest też jego zdolność wykorzystywania nowych technologii. Kandydat Partii Zielonej od pierwszego dnia kampanii postawił na początkowo ignorowane przez konkurentów kanały komunikacji – głównie Twitter i Facebook. Zyskując tym samym przychylność tradycyjnie nieinteresujących się polityką młodych wyborców. Spodobało im się, że Mockus odpowiada na ich pytania, dyskutuje, przyznaje się do swych błędów, do swej choroby Parkinsona, a nawet potrafi czasem przyznać rację swym politycznym oponentom. To głównie dzięki nim dzisiejsze wybory mogą okazać się rekordowe jeśli chodzi o frekwencję.

Kto więc zostanie nowym prezydentem?

Tego jeszcze naprawdę nie wiadomo. Wg. sondaży Santos i Mockus idą łeb w łeb. Każdy ma po ok. 35 proc. poparcia. Czasem trochę więcej, czasem trochę mniej. Dzisiaj, w pierwszej turze, zwycięży prawdopodobnie były minister obrony. Ale były mer będzie tuż za nim. I oboje na pewno zmierzą się w zaplanowanej na 20 czerwca dogrywce.

W niej szanse na zwycięstwo ma większe Antanas Mockus. Teoretycznie i na dzień dzisiejszy. Bo wszystko może się jeszcze zmienić. Nie wiadomo chociażby jak zachowa się między turami Alvaro Uribe, który – choć wszyscy wiedzą, że popiera Santosa – do tej pory nie zaangażował się aktywnie w jego kampanię. Nie wiadomo jak zachowają się lewicowi partyzanci, których jeden krwawy atak może radykalnie zmienić wyborcze nastroje. Nie wiadomo jak zachowa się przywódca sąsiedniej Wenezueli, Hugo Chávez, który – jak twierdzą niektórzy socjologowie – nieustannie demonizując Santosa, zwiększa jego szanse na zwycięstwo. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że robi to świadomie i z wyrachowaniem…

Dużo tych niewiadomych. Niespodzianki mogą też sprawić alianse jakie na pewno pozawierają dzisiejsi przegrani. Kogo poprze taka Noemí Sanín? Czy ministra rządu, który do niedawna reprezentowała, czy może tego, który 8 lat temu poparł jej prezydencką kandydaturę? I czy 7-9 proc. pierających ją wyborców zgodzi się z jej decyzją?

Nie wiadomo też jak daleko posunie się sam Santos w zjednywaniu sobie centrowego elektoratu. Bo ostatnio np. powiedział, że w swoim przyszłym rządzie widziałby miejsce nawet dla… Mockusa.

Jedno tylko jest pewne – najbliższe tygodnie kolumbijskiej polityki będą pasjonujące!

Prześlij dalej:

8 reakcji na "Kolumbia zzielenieje?"

  1. caraquena  30/05/2010 o 22:50

    Oby nie zzieleniala. Bo potem moglaby sie stac czerwoniutka. Zreszta juz istnieja poszlaki, ze Mockus jest po czesci finansowany przez Chaveza.

    Odpowiedz
    • katharienne  31/05/2010 o 20:01

      Takoż jestem ciekawa tych „poszlak”. Ja na razie słyszałam jedynie wypowiedzi Chaveza, że wyraża nadzieję na poprawę stosunków wenezuelsko-kolumbijskich czy coś w ten deseń. Co zresztą niespecjalnie dziwi, bo jest trochę na zasadzie: „każdy, byle nie człowiek Uribe”.

      Bardzo jestem ciekawa wyników tych wyborów, ale w pierwszej turze Santos miał bardzo dużą przewagę nad Mockusem, więc szanse, że wygra Mockus, są niewielkie (wbrew temu, co mówiły sondaże).

      Odpowiedz
  2. klon  31/05/2010 o 17:38

    O jakie dokładnie poszlaki chodzi? Na Litwę raczej o tym nie dochodzi żadna informacja, ewentualnie ginie w natłoku zachwytów nad tym, że „Litwin będzie prezydentem Kolumbii!”.

    Odpowiedz
  3. Sadus  01/06/2010 o 17:52

    Polecam film Zmiany w Bogocie, widziałem na ostatnim Planete Doc Review. Film świetnie oddaje klimat zmian przeprowadzanych przez parę Mockus i Penalosa.
    Tylko nie bardzo zrozumiałem czemu u nich marchewka była wzorem poprawnego postępowania, ktoś to może mi wyjaśnić?

    Odpowiedz
  4. Pingback: Kolumbia: Juan Manuel Santos faworytem | tierralatina.pl

  5. Polaco  07/06/2010 o 22:21

    Problem w tym, ze Santos prezetuje ta sama grupe politykow, ktora od dekad rzadzi Kolumbia. Czyli wywadzacych sie z rodzin bogatych, ktorzy nie widza sensu zmian i sa za utrzymaniem satus quo. Bo im przeciez jest dobrze. Jak to sie jedni znich wyrazali – podczas mojego pobytu w Kolumbii – Kolumbia nie jest gotowa na Mokusa.
    Dlaczego – ano dlatego, ze im jest dobrze. Maja pozycje znajomosci i powiazania z ludzmi wladzy (wszystko opiera sie w Kolumbi na znajomosciach) wiec po co cos zmieniac.

    Po drugie z tego co slyszalem domniemana walka Uribe z lewacka partyzantka opierala sie na pomysle powolania paramilitares. Grup skupionych wokol bogatych ranczerow – ktorzy dostawszy bron do reki mieli w swoich okregach zwalczac grupy partyzantow (czytaj narkotrafic oraz pozostalosci lewakow= defacto parajacych sie narkotykami). Co sie stalo oczywiscie w duzej czesci partyzantka zostala rozbita ale paramilitares przejeli paleczke i zaczeli coraz bardziej wchodzic w biznes narkotykowy. Wladze, ktore nie potrafia zprezentowac alternatywy dla tych uzborjonych wiesniakow przyzwalaja Cicho na ten proceder- przynajmniej jest bezpieczniej i latwiej z nimi rozmawiac.
    Kolejna sprawa to co slyszalem – wielu Kolumbijczykow twierdzi, ze rowniez gerneralowie zbierali biedakow z wiosek polozonych na odludziach (pod pretekstem pracy przekonywano ich do wyjazdow) ubierali ich w „mundury” a pozniej pokazywano ich trupy – jako, ze niby rozbito grupe parytzanow. Uribe mial o tym wiedziec. Nastepnie odtrabiano sukces w walce z lewakami i narkotrafic. Rodziny szukajace zmarlych krewnych sa uciszane , przekupywane itd.

    Uribe – zreszta nie jedyny polityk w Kolumbii – jest rowniez oskarzany o kupowanie glosow biedoty i dowozenie ich do miesca glosowania.

    Kolejnym problemem Kolumbii jest bieda – ale nie taka jak w Europie. Ponad 60 % Kolumbijczykow zyje w ubustwie, z czego przynajmniej 30% cierpi taka biede ze ma problemy zeby zjesc nie mowiac nawet o ubraniu. Widzialem domy w ktorych zyli ludzie gdzie w Polsce kurniki wygladaja lepiej. Gdyby w Polsce rolnicy trzymali zwierzeta w takich warunkach nie jeden bojownik o prawa zwierzat doniosl by na niego do prokuratury.

    To jest problem ale ludzie pokroju Santos go nie zmienia bo jego rodzinie lub im podobnym od generacji bylo dobrze on tego nie dostrzega. Wielu z zamoznych Kolumbijczykow jest zamoznych od wielu pokolen – sa to czesto potomkowie rodow hiszpanskich – wielkich posiadaczy zmiemskich. Trudno zeby bylio oni zainteresowaniu w likwidacji biedy = taniej sily roboczej. Wielu innych zamoznych dorobilo sie na kontrabandzie lub powiazanich z biznesem narkotykowym – Ci ludzie nie zmienia tego kraju bo czerpia osobiste korzysci z panujacej tam sytuacji.

    Ciekawe, ze Kolumbijczycy akceptuja podzial na biednych i bogatych – wielu znich uwaza, ze tak juz jest i nie warto tego zmienic.
    W pewnym sensie wydaje mi sie, Kolmubia ( i nietylko ten kraj w Ameryce Lacinskiej) tkwi nadal w systemie feudalnym (chodzby system 7 klas spolecznych – akceptowany spolecznie wedlug ktorego ustala si wysokosc podatkow, ktorego podzial zlezy od dzielnicy zamieszkiwanej. Czytaj bogata dzielnica = wyzszy podatek). Gdzie niejednokrotnie jest taniej najac muchache (zaleznosci od interpetacji = sluzaca lub Pani do pomocy w domu) niz kupic drogi sprzet gospodarstwa domowego. Muchache posiadaja nawet srednio zamozni – okresla to rowniez status i prestiz spoleczny.

    Mokus natomiast jest zagrozeniem status quo – jest czlowiekiem z kregow uniwersyteckich slabo powiazany z wielkim biznesem i starymi kregami politycznymi i to jest najwiekszym zagrozniem dla Uribe i ludzi go popierajacych. Mokus jest nie pewny – bo moze nierespektowac starych ukladow.
    Pozdarwiam – podkreslam to co napisalme jest subiektywne.

    Odpowiedz
  6. kopalnia absurdu  26/06/2010 o 10:58

    szkoda, Kolumbia miała szanse

    ludzie wybrali demagoga, dzieki kampani strachu, oszczerstw i ośmieszania

    na pewno Mocusowi nie pomogł też fakt, iż cierpi na początki choroby Parkinsona

    wielka szkoda

    Odpowiedz
  7. Nana  29/06/2010 o 21:22

    Polaco, absolutnie sie z toba zgadzam.
    Co do tych „przebieranek” za guerilleros to sprawa byla dosc rozdmuchana, „falsos positivos” ja nazwali. Tez dosyc zlozona historia.
    Co do klas spolecznych. Strasznie sie ciesze, ze w Kolumbii jestem kims z zewnatrz, europejka, ktora nie koniecznie da sie zaszufladkowac w te ich schematy, zachowania, klasy…

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.