Altamachi straciła dziewictwo


Druga próba okazała się być dobra. Boliwijska Rio Altamachi została w końcu pokonana! Polskiej ekipie udało się dokonać pierwszego udokumentowanego spływu tą rzeką.

Wiedząc, że boliwijska część Amazonii jest wciąż jednym z relatywnie najbardziej dziewiczych regionów Ameryki Południowej, właśnie na mapie tego kraju szukałem rzeki moich marzeń – nietkniętej jeszcze żadnym kajakiem, pontonem, czy tratwą. I tak oto znalazłem Rio Altamachi. Z jednej strony Cordillera de Cocapata, z drugiej Cordillera de Mosetenes, żadnych miast, żadnych wiosek. Góry i dżungla. Szybko też natrafiłem w sieci na bloga Mosetenes – boliwijskiej grupy zapaleńców i poszukiwaczy skarbów, którzy od lat eksplorują doliny rzek Tres Tetillas, Altamachi i Moleto. Na ich stronie było kilka słabej jakości zdjęć Altamachi i rozpalające wyobraźnię opowieści o skarbach ukrytych przez Jezuitów

Pierwsza próba zmierzenia się z nią miała miejsce jesienią 2009 roku. Z przyczyn od nas niezależnych niestety nie udało się nam nawet dotrzeć nad jej brzeg. Wspólnie z Nataszą Szałajską, musieliśmy wówczas zadowolić się spłynięciem stosunkowo nieznaną Rio Tuichi. I choć płynie w wyjątkowo pięknym kanionie przedzierając się przez sam środek Parku Narodowego Madidi, mimo że nad jej brzegami można spotkać tapiry i jaguary, i że miejscami jest dosyć trudną technicznie górska rzeką, pozostał pewnien niedosyt i marzenie o Altamachi. Bo to przecież coś zupełnie innego spłynąć rzekę, na której odbywa się kilka wypraw w roku, a co innego pokonać rzekę zupełnie dziewiczą.

W maju powróciliśmy więc do Boliwii

Z Krakowa do Cochabamby dostajemy się w przeciągu 30 godzin. Najpierw liniami Lufthansa, a potem z São Paolo już boliwijskim Aerosurem. Hotel Aranjuez, w którym nocujemy to niezwykle urokliwe miejsce. Wiedząc, że kolejne trzy tygodnie spędzimy w dżungli pozwalamy sobie na odrobinę luksusu: kelner przynosi piwko w zmrożonych kufelkach, stare kolonialne mury wypełniają się muzyką klasyczną.

Natasza Szałajska i Maciej Tarasin przed spłynięciem Altamachi

nasze pierwsze obozowisko w Khori Mayu

13 maja z samego rana wyruszamy zrobić niezbędne zakupy: dętki od ciężarówki, które będą stanowić podstawę naszej tratwy, łatki i klej na wypadek ich przebicia i kilka innych drobiazgów. Poznajemy też człowieka, który pomoże nam w „powożeniu” naszej tratwy i będzie towarzyszem naszej doli i niedoli przez następne 2 tygodnie: to Waldo Urdininea zwany dalej „Waldkiem”- cichy i uśmiechnięty weteran wielu amazońskich wypraw. Nie wiemy co nas czeka na rzece, więc dodatkowa para rąk będzie bardzo potrzebna.

Po południu idziemy na rozejrzeć się na mieście. W sklepie z antykami sprzedawca wyciąga z szuflady unikatowy kamień w kształcie słońca. Takimi kamieniami Inkowie rozłupywali głowy konkwistadorom– tłumaczy przyciszonym głosem. Okazuje się, że za 600 boliwianów możemy wejść w posiadanie tego niemego świadka krwawej i mrocznej historii konkwisty. Zaświadczenie, że prawdziwy kamień jest falsyfikatem w ramach promocji otrzymamy za darmo, dzięki czemu unikniemy kłopotów na granicy. Pytam czy są może stare mapy Jezuitów wskazujące w którym miejscu są zasypane kopalnie złota nad rzeka Tres Tetillas. Niestety nie ma…

Następnego dnia skoro świt wyruszamy jeepem na przełęcz, na której mają czekać chłopi z Khori Mayu ze wsparciem logistycznym w postaci kilku koni, które pomogą nam znieść całość ekwipunku nad Rio Altamachi. Naszym celem jest ranczo San Agustin, skąd – jak wierzymy – rzeka jest już spławna. Docieramy do przełęczy przed zmrokiem. Koni nie ma. Jesteśmy jednak zdeterminowani. Zostajemy z całym sprzętem przy owczych zagrodach na wysokości 4000 mnpm. Wszystkiego za jednym razem na pewno nie zniesiemy. Najwyżej wrócimy po resztę sprzętu później.

Jest zimno, wieje przenikliwy wiatr, w pasterskiej chacie pali się ogień. Mała brudna dziewczynka z chatki dostaje od nas czekoladę i szybko ucieka do domu spłoszona. Niewykluczone, że pierwszy raz widzi ludzi o jasnych włosach i niebieskich oczach. Przed zmrokiem przy zagrodach niespodziewanie zjawia się pasterz z koniem. Krótkie negocjacje kończą się sukcesem. Za 300 boliwianów pomoże nam nazajutrz znieść sprzęt do wioski Khori Mayu, gdzie będziemy już bliżej celu.

Koń Lobo wygląda na silnego i mądrego zwierzaka. Bez niego byłoby ciężko. Opatrzność nad nami czuwa.
Rankiem zawiązujemy koniowi oczy, żeby się nie spłoszył, po czym ciężkie dętki i liny lądują na jego grzbiecie. Po drugiej stronie przełęczy są yungas: zalesione stoki wschodniej strony Andów: przedmurze zielonego piekła Amazonii.

Moja lewa kostka mocno nadwyrężona wieloletnią futbolową poniewierką po boiskach i podwórkach całego świata bardzo boli, a niesiemy po 30 kg na plecach. Natasza idzie szybciej od konia, ja zostaję daleko w tyle. Chwila odpoczynku po przejściu odcinka górskiego i zaraz wejdziemy do dżungli. Robi się coraz cieplej, mam wrażenie jakbyśmy w plecakach nieśli kamienie.

W ciągu niespełna godziny otoczenie zmienia się nie do poznania, jesteśmy w innym świecie: mrocznym, zielonym, wypełnionym nieznanymi nam odgłosami. Zadziwiające są naturalne korytarze porośnięte mchem, którymi schodzimy w dół po grząskiej ziemi. Nad naszymi głowami widok nieba zamykają korzenie drzew, jest ciemno i wilgotno, ale za to mamy naturalną osłonę przed słońcem.

Kończy się woda, a idziemy już ósmą godzinę. Właściciel konia Lobo prowadzi mnie do krowiej sadzawki i pokazuje jak łatwo kubkiem można wyciągnąć z niej parę łyków „czystej” wody. Nie wiem czemu, ale nie przekonał mnie tym, że napił się pierwszy i nie umarł od razu. Wreszcie, tuż przed zachodem słońca dochodzimy do rzeki Khori Mayu, a chwilę później do wioski o tej samej nazwie.

Rio Altamachi w Khori Mayu

Dzięki uprzejmości miejscowego chłopa i za niewielką opłatą zamieniamy jednego konia na trzy muły. W dobrych nastrojach po zjedzeniu suchej krakowskiej, barszczu i kabanosów na śniadanie schodzimy kilka kilometrów w dół do rzeki Altamachi. Chcemy sprawdzić czy rzekę można spłynąć już od Khori Mayu czy też musimy przedzierać się przez dżunglę do San Agustin. Niestety Altamachi w Khori Mayu na wysokości 1780 metrów nad poziomem morza usiana jest gęsto kamieniami i szeroka na ponad dwa metry tratwa nie dałaby rady przepłynąć miedzy nimi.

Właściciel mułów twierdzi, że droga do San Agustin od kilkunastu lat jest nieuczęszczana i żeby tam dotrzeć należy najpierw wysłać tam kilku campesinos z maczetami i siekierami w celu jej oczyszczenia. Szybko dobijamy targu: cztery juczne muły i oczyszczenie drogi maczetami będzie nas kosztować aż 2000 boliwianów. To dużo, ale spełnianie marzeń bywa kosztowne.

Rozkładamy obóz nad rzeka i pieczemy na ognisku kurę przyniesioną przez żonę chłopa, z którym ubiliśmy interes. Z pełnymi brzuchami kładziemy się spać, nasze organizmy regenerują się po wczorajszej przeprawie przez góry.

wzburzona Khori Mayu

W nocy leje cały czas, łagodna rzeczka Khori Mayu zmienia się w rwącą górską rzekę i podchodzi pod nasz namiot. Nad ranem musimy się ewakuować w wyżej położone miejsce. Po nocnej ulewie przejście do San Agustin okazuje się niemożliwe. Rozszalała rzeka uniemożliwia dostęp do ścieżki, dżungla staje się podmokła i objuczone muły narażone byłyby na niebezpieczeństwo w takich warunkach. Odkładamy opuszczenie Khori Mayu do następnego dnia.

widok na Rio Altamachi

18 maja od rana posuwamy się powoli wąska ścieżka prowadzącą przez las deszczowy w asyście rodziny z Khori Mayu w składzie: mama niosąca w tradycyjnej chuście na plecach poskładane wiosła, tata i syn z maczetami. Muły niosą prawie cały nasz ekwipunek, a my podziwiamy uroki dżungli. Na chwile wychodzimy z lasu deszczowego, aby znaleźć się na rozległej polanie kipiącej od zieleni, z której rozpościera się fantastyczny widok na dolinę rzeki Altamachi. Wygląda na to, że rzeką będzie można płynąć. Co prawda kamieni jest sporo, ale koryto jest szersze niż w Khori Mayu.

Docieramy do gaju pomarańczowego położonego nad rzeką w pobliżu San Agustin. Chwila napięcia. Przedzieramy się nad rzekę wąska ścieżką pośród bambusowych drzew. Jest Altamachi, da się spłynąć. Jest dobrze! Zrywamy z drzew dziko rosnące pomarańcze i robimy zapasy na resztę wyprawy.

Naszą przygodę z Rio Altamachi zaczynamy od budowy tratwy nad brzegiem rzeki. Waldek jest mistrzem ceremonii. Od lat pracuje w dżungli przy wyrębie drzew i teraz instruuje mnie jakie drzewa najlepiej nadają się na konstrukcje drewnianego szkieletu tratwy.

GPS wskazuje wysokość 1500 m n.p.m. Z map wynika, że indiańska wioska Covendo, do której mamy dopłynąć znajduje się na wysokości około 500 m n.p.m. Deniwelacja rzędu 1000 metrów na stosunkowo niewielkim dystansie około 150 km w linii prostej robi wrażenie. Spadek będzie duży, nawet bardzo duży…

Rio Altamachi

Wsiadamy w trójkę na tratwę i płyniemy w nieznane! Już na pierwszym bystrzu pęka jedna z poprzecznych belek stanowiących konstrukcję naszej gumowo – drewnianej tratwy, ale płyniemy dalej głodni wrażeń. Kanion jest dosyć wąski, a kamienie ustawione dość blisko siebie i bywa, że musimy tratwę przeciskać między kamieniami stojąc po pas w rwącej wodzie . Już pierwszego dnia dwukrotnie ćwiczymy opuszczanie tratwy na linie. Rzeka to wpada w wypełnione szarymi głazami kaniony porośnięte zieloną gęstwiną, to znów wypływa na spokojniejsze wody rozlewając się szeroko. Jeden z takich głazów stojący pośrodku rzeki wygląda jak but krasnoludka!

Nagle na lewym brzegu zauważam jaguara. Cieszę się jak dziecko, w końcu jest to moje marzenie, które spełnia się już drugiego dnia spływu! To młody osobnik, ma dwa, może trzy lata. Jest piękny. Zaniepokojony naszą obecnością robi dwa kółeczka na piaszczystym brzegu i po chwili znika w zielonym gąszczu okalającym kanion.

Nad dziewiczymi brzegami Rio Altamachi zwierzęta towarzyszą nam codziennie: jest mnóstwo kolorowych ptaków, motyli, czasem gdzieś w koronach drzew pojawią się małpy, a w nurcie rzeki wychyli głowę na powierzchnie wydra, żeby po chwili wesoło zanurkować. W obozie nękają nas dzikie pszczoły i krwiożercze muszki.

Trzeci nocleg nad rzeką spędzamy w „kanionie niedźwiedzim” jak sam go nazwałem. Ślady na piasku miedzy skałami świadczą o tym, że w okolicy żyje ich kilka. Znajdujemy bardzo duże ślady, ale jest też kilka mniejszych. W nocy rozpalamy aż cztery duże ogniska, żeby misie nie podchodziły za blisko.

Rio Malpaso

Po trzech dniach spływu zaczynamy się niepokoić. W linii prostej robimy dziennie nie więcej niż dziesięć kilometrów. Rzeka jest technicznie trudna i większość kanionów trzeba oglądać zanim się je spłynie. Zabiera to dużo czasu, a przecież samolot na nas nie będzie czekał. Kupiliśmy tanie bilety, ale bez możliwości zmiany terminu wylotu i zaczynamy się bać, że samolot poleci bez nas. Musimy jak najszybciej dopłynąć do miejsca, w którym rzeka Malpaso wpada do Altamachi. Odtąd będziemy już płynąć kursem północno- zachodnim i kilometry zaczną ubywać zdecydowanie szybciej.

Wreszcie dopływamy! To chyba najbardziej urokliwe miejsce nad rzeką Altamachi. Rozległy, łagodny kanion, którego zbocza porośnięte są niskopienna roślinnością w górnych partiach i mieniącym się kolorami lasem deszczowym u podnóża, zaraz przy rzece. Trochę tak jakbyśmy płynęli miedzy charakterystycznymi dla Machu Picchu wzniesieniami, ale bez bajkowych ruin.

Natasza Szałajska

Czwartego dnia dopływamy do kanionu osadzonego miedzy trzema wzniesieniami przypominającymi legendarne Tres Tetillas z legendy o złocie Jezuitów. Musimy opuszczać tratwę na linie, bo kilka odwojów wygląda bardzo niebezpiecznie. Po dwugodzinnych zmaganiach wreszcie wypływamy na bezpieczniejszą wodę. Nie trwa to długo, bo w kolejnym kanionie lina znowu idzie w ruch. Szanse na to, że zdążymy na samolot są coraz mniejsze..

Następnego dnia z samego rana wywracamy tratwę po raz pierwszy. Źle przespana noc i zmęczenie zbierają żniwo. Nieudane podejście do bystrza, chwila nieuwagi i rzeka składa tratwę niemal w harmonijkę między dwoma wielkimi głazami. Chwilę potem gumowa amfibia spada na mnie i Nataszę. Dobrze, że mamy kaski i kamizelki, bo mogłoby się to dla źle skończyć. Wypływamy spod naszej jednostki. Sprawdzam czy z Nataszą wszystko dobrze i płynę odzyskać wiosła. Po chwili wszystkie trzy zostają wyłowione na spokojnej wodzie poniżej bystrza. Waldek ma rozwalone kolano, trzeba je opatrzyć. Walczył dzielnie do końca z nurtem, ale nie utrzymał tratwy.

Oprócz trudnych i niebezpiecznych przejść są też chwile przyjemne kiedy podziwiamy dziką przyrodę yungas i wypatrujemy zwierzaków. Ptaki o żółtych ogonach i kolorowe papugi przelatują nisko nad naszymi głowami przekrzykując się nawzajem. Chwile spokoju przerywane są przez kolejne bystrza w kanionach. Na jednym z nich Natasza nie nadąża z wskoczeniem na tratwę i spływa pomiędzy wielkimi kamieniami trzymając się kurczowo drewnianej konstrukcji tratwy. Jej uda wyglądają jak świeżo zaorane pole, wielkie łzy i przerażenie w oczach świadczą o tym, że poznała siłę rzeki na własnej skórze. Nic jej jednak nie jest. Wciągamy ją na górę i po chwili płyniemy dalej.

W wyprawie udział wzięli: Natasza Szałajska, Maciej Tarasin i Waldo Urdininea. Był to prawdopodobnie pierwszy spływ Rio Altamachi w historii, co potwierdzają mieszkańcy Khori Mayu – wioski leżącej nieopodal miejsca, od którego rzeka zaczyna być spławna. Na odcinku 250km (San Agustin do Rio Cotacajes) deniwelacja terenu wyniosła 1000 metrów . Trudność techniczna rzeki to ww3 z kilkoma bystrzami ww4. Rzeka płynie przez tereny dziewicze, nie zamieszkałe przez ludzi.
Wyprawa rozpoczęła się 14 maja i zakończyła 26 maja. Spływanie samej rzeki trwało 8 dni, na wodzie średnio 9 godzin dziennie. Dotarcie do San Agustin z Cochabamby zajęło 4 dni.


Dniem prawdy jest 24 maja – moje urodziny. 30 kilometrów dzieli nas od miejsca gdzie Altamachi wpływa do rzeki Santa Elena. I jest to 30 km białej wody w potężnym kanionie, którego skały są mocno zniszczone przez małe dopływy przebijające się z nastaniem pory deszczowej przez gęstą dżunglę. Wszędzie tam gdzie nawet mało widoczna o tej porze roku rzeczka łączy się głównym korytem, widać potężne głazy, rozmyte skały i roztrzaskane, leżące bezładnie ogromne konary drzew. Jakimś cudem przechodzimy tego dnia bez uszczerbku nawet bardzo niebezpieczne progi.

Natasza i Waldo po wywrotce na Rio Santa Helena

Dzień później płyniemy już nieco rozluźnieni i ma to swoje przykre konsekwencje. Najpierw jak zdmuchnięty potężnym podmuchem wypadam z tratwy w połowie przejścia miedzy wielkimi jak auta dostawcze głazami, ale trzymam się jedną ręką i gramolę z trudem z powrotem na dętki podtrzymywany przez Nataszę. Wiosła nie puszczam, wiosło rzecz święta! Chwilę później stawia nas do pionu na potężnych falach i przewraca tratwę do góry „nogami”. Płyniemy szybko do brzegu zanim zacznie się, widoczne już kilkadziesiąt metrów z przodu, kolejne bystrze. Przewracamy tratwę na właściwa stronę i zauważamy w odległości 200 metrów na prawym brzegu prowizoryczne obozowisko. Dym z ogniska świadczy o tym, że po siedmiu dniach płynięcia w totalnej dziczy po raz pierwszy zobaczymy ludzi. Jeśli mają motorową łódź to na pewno zdążymy na samolot!

Zostajemy poczęstowani przez przysadzistą Boliwijkę jajkami i ziemniakami, dostajemy też ciepłą herbatę. Nazajutrz w miejscu gdzie Santa Elena łączy się ze swoja większą siostrą Rio Cotacajes kończy się nasza przygoda. Wielka motorowa łódź zabiera nas do Taqui, skąd tego samego dnia udajemy się do Palos Blancos.

Nie znaleźliśmy zasypanych kopalni Jezuitów, ale też ich nie szukaliśmy. Natasza nie zobaczyła tapira, chociaż bardzo chciała. Dlatego do Amazonii na pewno jeszcze wrócimy. Wpłynęliśmy do cudownego królestwa przyrody i mimo wielu trudów cieszyliśmy się każdą chwilą na rzece. Wiosła stały się przedłużeniem naszych rąk, a dziewiczą Altamachi to podziwialiśmy, to z nią walczyliśmy. Karmiła nas rybami, wywracała na progach jakby się z nami bawiła. Piękna, dzika i niebezpieczna, była taka jaką ją sobie wyobrażaliśmy.

Prześlij dalej:

About Maciej Tarasin

Poszukiwacz przygód i kajakarz. Wielbiciel Kolumbii i Boliwii. Moczył wiosła w brazylijskiej części Pantanalu, boliwijską Rio Tuichi spłynął tratwą własnej konstrukcji. W czwartkowe wieczory przenosi się do Ameryki Południowej słuchając kolumbijskich rytmów i sącząc whisky w pewnym żorskim pubie. Prowadzi stronę Green Hell.

W sieci:

Na Facebooku Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

7 reakcji na "Altamachi straciła dziewictwo"

  1. maloka  15/06/2010 o 16:51

    Nataszo i Maćku GRATULUJĘ! Gdzie następna wyprawa?

    Odpowiedz
  2. MT  15/06/2010 o 19:18

    Prowadzę rozmowy w sprawie wyprawy na rzekę Mamberamo w Papui. Jeśli się nie uda to wrócę do Amazonii, ale jeszcze nie wiem na jaką rzekę. Dzięki za gratulacje!

    Odpowiedz
  3. rafał ż  16/06/2010 o 11:28

    no Maciek – szacun. Ciesze się że Ci się udało. What next? A Sepik pewnie już nie dziewiczy na PNG? To może Kagera? a własciwie Nyawarongu?

    Odpowiedz
  4. MT  16/06/2010 o 17:14

    Dzięki. Jak oglądam Twoje fotki z Himalajów to myślę Zanskar! Górny Sepik też jest na liście spraw do załatwienia.. Życia zabraknie:)

    Odpowiedz
  5. Smutny  11/11/2011 o 22:20

    Maciek gdzie jesteś martwimy się o ciebie!!!
    Odezwi się!!!
    Mam ndzieje że powrucisz z tej Afryki cały i zdrowy!!!
    Mam nadzieje że was znajdą całych i zdrowych!!!
    Czekamy na was!!!

    Odpowiedz
  6. Pingback: Nieudana próba pokonania rzeki Yari w Kolumbii | tierralatina.pl

  7. Pingback: Chiribiquete 2013, czyli Maciej Tarasin znów w Kolumbii! | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.