Nie będzie szóstej gwiazdki!


Największą niespodziankę Mundialu w RPA sprawiła – jak dotąd – Brazylia. Odpadając. Przegrana 2-1 w ćwierćfinale z Holandią wprawiła w osłupienie prezydenta Lulę i cały jego kraj. Bo wszyscy chyba Brazylijczycy byli przekonani, że ich reprezentacja sięgnie w tym roku, po raz szósty, po mistrzowskie trofeum. Albo – przynajmniej – dotrą do finału. Tymczasem nie będzie ich nawet na podium.

Przed rozpoczęciem dzisiejszego meczu atmosfera w Rio de Janeiro była nie gorsza niż na stadionie Nelsona Mandeli w Porth Elizabeth, na którym Canarinhos mierzyli swe siły z reprezentacją Holandii. Dźwięk wuwuzeli, które mundialowym hitem stały się też we wszystkich latynoamerykańskich krajach, mieszał się z radosną symfonią klaksonów. Na słynnej Copacabanie, na której od początku piłkarskich zmagań w RPA stoi gigantyczny ekran, zgromadziła się rekordowa ilość ponad 50 tys. brazylijskich kibiców.

Piwa i caipirinhas pite były hektolitrami. Gdy Robinho strzelił otwierającego wynik gola żaden ze 190 milionów Brazylijczyków nie miał już chyba najmniejszych wątpliwości, że podopieczni Dungi są w półfinale.

(fot: Marcello Casal Jr./ABr)

Ta atmosfera fiesty, z tańcami, radosnymi okrzykami i waleniem w bębny trwała w całym kraju blisko godzinę. Aż nagle, w 53. minucie meczu, w Brazylii zapadła cisza. Przerywana jedynie przekleństwami rzucanymi pod adresem selekcjonera i Felipe Melo, autora samobója, który dał Holendrom wyrównanie.

Potem było już tylko gorzej: główka Wesley Sneijdera dająca Holendrom prowadzenie w 68 minucie i – zaledwie 5 minut później – słusznie ukarany czerwoną kartką, brutalny faul tego samego Felipe Melo… Końcowy gwizdek był jak werdykt – Brazylijczycy pomstowali, padali sobie szlochając w ramiona, bądź siedzieli nieruchomo, jakby czekając, że za moment obudzą się i wszystko okarze się koszmarem.

Osłupiały był też brazylijski Inacio Lula da Silva, który mecz z Holandią oglądał w Pałacu Alvorada – prezydenckiej rezydencji w stołecznej Brasilii. On jeszcze siedzi przed telewizorem i próbuje zrozumieć co się stało. Jak wszyscy Brazylijczycy jest zaszokowany emocjonalną nierównowagą naszej ekipy, która prowadziła przez połowę meczu, a w drugiej dała się całkowicie zdominować – tłumaczył chwilę później dziennikarzom szef prezydenckiego gabinetu, Gilberto Carvalho, który mecz oglądał wraz ze swym szefem.

Lula i minister sportu Orlando Silva kilka dni temu. Dziś nie było już tak wesoło. (fot: Ricardo Stuckert)

Szef brazylijskiej dyplomacji Celso Amorim, który był świadkiem brazylijskiej porażki także w domu Luli, starał się być jednak – mimo wszystko – optymistą. Jesteśmy wszyscy szalenie smutni, ale to nie koniec świata. Nie możemy przecież wygrywać wszystkich Mundiali. Zwłaszcza, że za cztery lata finał piłkarskiego Pucharu Świata będzie u nas i wtedy na pewno go wygramy – stwierdził.

Smutek Luli szybko zapewnie nie minie. Zwłaszcza, że już w kilka godzin po zakończeniu przegranego meczu prezydent wsiadł w samolot i… odleciał w kierunku Afryki. Brazylijski przywódca rozpoczął bowiem dzisiaj od dawna zaplanowaną wizytę na Czarnym Lądzie, w trakcie której odwiedzi Wyspy Zielonego Przylądka, Gwineę Równikową, Kenie, Zambie i RPA.

Ostatnim punktem tej podróży będzie… finał piłkarskich Mistrzostw Świata, na który Lula został zaproszony jako prezydent kraju, który gościć będzie kolejną edycję tej imprezy. Plan był taki, że wróci do Brazylii wraz z piłkarzami. Mistrzami, bądź wicemistrzami świata.

Dzisiaj okazało się jednak niespodziewanie, że Canarinhos Afrykę opuszczą znacznie wcześniej…

PS. Podzielcie się swoimi wrażeniami z tego meczu. Albo tu w komentarzach, albo w mundialowym dziale naszego forum.

Prześlij dalej:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.