Wenezuela, ale dlaczego ona?


To był przypadek. Promocja Lufthansy i bilety za mniej niż 1 600 zł. Mając świadomość, że normalnie kosztują ze trzy tysiące, cena miała wpływ na podjęcie decyzji. Ale oczywiście, już wcześniej Wenezuela była w sferze moich zainteresowań.

„Odkryłem” ten kraj jakieś trzy lata temu. Zbiegło się to z dość przypadkowym rozpoczęciem nauki hiszpańskiego. Wtedy zresztą zainteresowałem się całą Ameryką Łacińską. Wcześniej moim ulubionym kierunkiem była Azja. Za Atlantyk miałem oczywiście zamiar kiedyś pojechać, ale nie było to priorytetem.

Ta nowa fascynacja rozpoczęła się od poznawania Ziemi Łacińskiej z lektur. Odżyły wspomnienia z dzieciństwa, wspomnienia książek Arkadego Fiedlera i jemu podobnych. Było to tym prostsze, że moje dziecię zaczęło akurat wkraczać w wiek, w którym można już mu było zaczynać czytać takie rzeczy. Zacząłem też wtedy odwiedzać tierralatińskie blogi i fora, czytać co znajdę w sieci o krajach regionu. Wenezuela została mentalnie wciągnięta na listę „celów”. Jeśli się trafi okazja – tam też można jechać.

Entuzjazm trochę opadł po lekturze zamieszczonej na tierralatina.pl relacji ze spotkania z „miłymi” panami w mundurach i bezczelnym obrabowaniu z kasy. W dodatku z groźbą „znalezienia” woreczka z białym proszkiem. Przeraziłem się tym bardziej, że ja w podróż do Wenezueli chciałem się wybrać z Żoną i synkiem!

Ale czas upływał i zacierał pamięć o złym, procesy racjonalizacyjne pomagały dojść do wniosku, że to kraj jak inne, może bardziej niebezpieczny, ale statystycznie niebezpieczeństwo uczestnictwa w wypadku samochodowym jest i tak większe – a nie rezygnujemy przecież z jazdy. I gdy pojawiła się okazja – bilety zostały kupione.

Reasumując – nie miałem przelukrowanego obrazu Wenezueli, byłem świadom zagrożeń, ale też zakładałem że przy zachowaniu rozsądku nic złego się nam nie przytrafi.

Jaki był plan?

Zdawałem sobie sprawę, że do Wenezueli nie jedzie się podziwiać miast, tylko przyrodę. O poznawaniu ludzi i „odczuwaniu” atmosfery nie piszę – bo to oczywiste. To akurat jest celem każdego wyjazdu. Jeśli chodzi o poznawanie ludzi – miałem umówione trzy osoby z Hospitality Club, które miały nas ugościć (a w przypadku trzech osób w tym dziecka – HC czy inne CoachSurfingi nie są łatwą sprawą!), co dawało nadzieje na bliższe poznanie miejscowych.

Po wgłębieniu się w lekturę porad na różnych forach doszedłem do wniosku, że z oglądaniem przyrody nie będzie jednak wcale tak różowo – ceny są zabójcze, a nasz wyjazd z założenia był niskobudżetowy. Z takiego np. Salto Angel szybko zrezygnowaliśmy, ale zakładałem że z jakichś propozycji na miejscu, mimo wszystko, skorzystamy. I że uda się nam zobaczyć przynajmniej dwie spośród takich atrakcji jak: Rio Caura, Delta Orinoco, czy Gran Sabana. Po cichu liczyłem też na wycieczkę do dżungli. Może z brazylijskiego Manaus?

To nieszczęsne Manaus chodziło za mną strasznie. Pojechać tam było moim skrytym, dość irracjonalnym marzeniem. Tak samo jak kiedyś bardzo chciałem zobaczyć Hongkong. Wiedziałem że dojazd tam z Wenezueli jest w pełni możliwy… ¿Por qué no?

O wyborze konkretnych miejsc mieliśmy jednak zadecydować na miejscu – w zależności od tego co nam zaproponują, stanu portfela w realu, a nie w teorii, czasu itd.

Ramowy plan trasy był taki: Caracas (nocleg z HC) – Ciudad Bolivar – Santa Elena (HC) – może wypad do Brazylii – Ciudad Guayana (znów HC) – Wybrzeże – Caracas.

Opiszę plusy i minusy wycieczki – z zastrzeżeniem, że wszystkie opinie są nie tylko subiektywne, ale też pochodzą z króciutkiego wyjazdu do kraju(-ów), na który(-e), żeby go (je) poznać, należy poświęcić lata. Z pewnością nie należy brać tych opinii za dogmat (gdyby ktoś był na tyle szalony by tak uczynić).

Co się udało?

Powyższą trasę faktycznie przejechaliśmy. W Caracas już na lotnisku (co nie było do końca obgadane) powitał nas Juan Carlos z Hospitality Club. Odpadło więc wiele problemów. Problemów w pełni rozwiązywalnych, ale czasochłonnych. Nie musieliśmy szukać cinkciarzy (a bynajmniej nie rzucili się na nas tłumem), walczyć o dobry kurs – JC już z cinkciarzem w ręku czekał :-). Nie musieliśmy szukać transportu do centrum – JC przecież po nas autem przyjechał. Nie musieliśmy szukać noclegu (a czytelnicy tutejszego forum latynoamerykańskiego i innych wiedzą, że nie jest to w Caracas łatwe). Ani płacić zań.

Wieczorem, gdy Małżonka i latorośl padli uśpieni, JC zawiózł mnie na dworzec Aeroexpressos Executivos, gdzie nabyłem bilety do Ciudad Bolivar na wieczór kolejnego dnia. Rano dostaliśmy na śniadanko pierwsze w życiu arepy i pojechaliśmy do centrum. JC miał też jedną – szalenie dla mnie ważną zaletę – nie mówił prawie po angielsku – MUSIAŁEM więc używać hiszpańskiego!

Caracas nie należy może do najpiękniejszych miast świata, ale pobyt w nim zdecydowanie zaliczamy do plusów tego wyjazdu. Pojechaliśmy teleférico na wzgórze z hotelem Humboldt (widoki jednak tylko z kolejki – u góry mgła…), przeszliśmy się po bulwarze Sabana Grande, po placach w centrum, coś zjedliśmy, jakiś market (zimne picie!) znaleźliśmy.

JC ostrzegał nas przed afiszowaniem się z aparatem, czego nie lekceważyliśmy. Nie mieliśmy jednak aparatu, który można włożyć do kieszeni, a torba na lustrzankę z daleka woła: „mam w sobie aparat”. Nosiliśmy więc go w tej torbie wyciągając tylko na pstryknięcie zdjęcia, a niosąc torbę na ramieniu staraliśmy się pamiętać by choć „łokciem” ją trzymać i to od strony gdzie było drugie z nas. Tym razem wystarczyło.

Zgodnie ze stereotypem i informacjami nt. bezpieczeństwa – domy wyglądają jak więzienia w Europie – zakratowane, otoczone murami z drutem kolczastym lub pod prądem. Lokalny koloryt. Dla turysty. Dla mieszkańca to pewnie mniej wesołe…

Caracas jest przecudnie położone. Mój rodzinny Gorzów, położony na siedmiu wzgórzach niestety nie wytrzyma konkurencji – liczby wzgórz w Caracas żaden rodowity caraqueño nie zliczy. Niektóre są zielone, niektóre pokryte ranchos (w Polsce znanymi raczej pod brazylijską nazwą faveli, czy po prostu slumsu), które niekiedy, z daleka, wyglądają jak dzielnice ekskluzywnych domów. Nie tylko od północy jest Cordiliera de la Costa – góry są wszędzie. Fajne!

Autobus do Ciudad Bolivar był taki jak się wenezuelskie autobusy opisuje. Wygodny, z mocno rozkładanymi fotelami, mocną klimatyzacją. Ale bez przesady – „kaleson i zimowej kurtki” nie było trzeba (choć kocyk dziecku się przydał).

Ciudad Bolivar też (podsumowując całość) zaliczam do plusów. Nie jest piękne. Stare miasto trochę rozczarowuje, ale sama świadomość, że po raz pierwszy jesteśmy nad Orinoko dodaje mu uroku. W wodzie skaczą delfiny. Miasto usiane olbrzymimi głazami – będącymi wręcz jego symbolem. Poza Casco Histórico – miasto nie tyle brzydkie, co… w ogóle nie jest miastem, w naszym, europejskim, pojęciu. Jakieś baraki, nie, lepianki raczej… Do czego by to porównać? O! Budynki jak sklepy GS na polskiej wsi! Parterowe, z betonu, kraty w oknach. I trochę blokowisk. Mimo wszystko dobrze to zobaczyć!

W mieście tym zdarzyła się nam dość śmieszna historia. Otóż nieopatrznie wspomniałem dziecku – i to w momencie poszukiwania posiłku – iż gdzieś wyczytałem że w Ciudad Bolivar jest… McDonald’s. Nie było siły – prośby, mini-awantury, próby przehandlowania z nim – nic nie dawało rezultatu. Poszliśmy w kierunku, gdzie sądziłem, ów przybytek się znajduje i na swoje szczęście (jak naiwnie sądziłem) zobaczyliśmy go z któregoś wzgórza – był hen, daleko na horyzoncie – taki słup z ich logo. Zakładałem, że odległość rozwiązuje sprawę, ale niedoceniałem determinacji siedmioletniego syna. Odmówiłem kategorycznie wzięcia taksówki, ale i to go nie przeraziło – on naprawdę był gotów tam iść. Ale czego się nie robi dla dziecka…

Wyobraźcie sobie jak się czułem podchodząc do kogoś na ulicy i pytając jak dojść do McDonalda. Gringo na wakacjach po prostu! Wytłumaczono mi i poszliśmy. To było jednak za daleko… Postanowiliśmy jechać autobusem. Wskazano nam (tak, pytałem jakim autobusem dojedziemy do McDonalda!). Już w autobusie z uśmiechem od ucha do ucha grzecznie nam powiedziano, że oczywiście że jadą pod sam fast-food, a gdy podeń przyjechaliśmy, grzecznie nam powiedziano, przy salwach śmiechu całego autobusu, że oto właśnie jesteśmy pod McDonaldem. Mimo że mówiliśmy po hiszpańsku, nikt chyba nie miał wątpliwości, z którego z krajów między Meksykiem a Kanadą jesteśmy…

Do plusów wyjazdu należy bez wątpienia Gran Sabana (nie opisuję chronologicznie), i to mimo że nasz kontakt z HC w Santa Elena okazał się niewypałem. Wybraliśmy się tam tylko na jednodniową wycieczkę dżipem. I choć mam nieodparte wrażenie że czytałem na forach niejeden opis ciekawszych, też jednodniowych wycieczek po Gran Sabana, było ciekawie. Ładne widoki (Roraima niestety za mgłą – nie widzieliśmy jej), piękne wodospady. Nawet się w jednym z nich mogłem się wykąpać, co – co niestety skończyło się pożarciem przez maleńkie ale jakże wredne muszki puri-puri. Po kąpieli doliczyłem się aż 56 ugryzień na moich rękach! Na reszcie ciała nie liczyłem…

To także na Gran Sabanie jedliśmy pierwszy i jedyny pabellon – typową potrawę Wenezueli, składającą się z „szarpanej” wołowiny, ryżu, czarnej fasoli i smażonych bananów. Widoki sawanny i tepui też miłe wrażenie robią. Nie wiedzieliśmy wcześniej, że to właśnie tam kręcono sceny do „Parku Jurajskiego”. Fajnie było i (to do minusów wycieczki) szkoda że tylko jeden dzień.

Plusy… Tak, plusem jest Playa Medina. Generalnie pomysł by cztery dni (całe cztery dni!!!) spędzić na plaży wydawał mi się hardcorowy, ale widząc jaką radość ma z tego dziecko, wiedząc jak zmęczeni byliśmy poprzednimi dwoma czy trzema dniami (będzie o tym w rozdziale „minusy”), widząc tę naprawdę bajeczną plażę i mieszkając w domku, o którym można powiedzieć, że w zasadzie „leży na plaży”, słysząc dzień i noc szum fal – tak, biorąc to wszystko pod uwagę zaliczam pobyt tam do mocnych plusów. Mimo ceny. I mimo, że przez większość czasu… lało.

Podsumowanie kosztów:

Kursy walut na przełom czerwca i lipca:

Na lotnisku w Caracas 7,5 VEF za 1 USD
Na dworcu w Ciudad Bolivar tyle samo (ale u agenta, który miał perspektywę sprzedania nam kilku usług).
U właściciela posady na Playa Medina – 6,8, ale musieliśmy się z nim „zaprzyjaźnić” i uzależnić od wymiany długość pobytu u niego, przed tym nie chciał w ogóle słyszeć o wymianie.Po brazylijskiej stornie granicy za 1 BRL chcieli 3,9 VEF, przy powrocie dawali 3,7 VEF – czyli niewiele mniej.
Za 1 USD dawali 1,75 BRL.

Transport:

Bilety autobusowe w Wenezueli (zależne od kompanii – jest spory wybór):

Caracas – Ciudad Bolivar – 90 VEF
Ciudad Bolivar – Santa Elena – 80 VEF
San Felix (Ciudad Guayana) – Carupano – 80 VEF
Cumaná – Caracas – 70 VEF
Carupano-Cumaná – 18 VEF
Busik z Parque Central (centrum Caracas) na lotnisko – 18 VEF
Bilety autobusowe komunikacji miejskiej w kilku miastach – 2 VEF
Metro w Caracas – 0,50 VEF, razem z metrobusem – 0,70 VEF
Taksówki: nie ma taksometrów, negocjuje się i można sporo na tym zaoszczędzić. Trudno mówić o cenach w miastach – od dystansu zależą. Generalnie płaciliśmy ok. 30-40 VEF. Jedynie w Caracas jest dużo drożej.
Z ważnych przejazdów taksówkowych: z Santa Elena do Pacaraimy (z poczekaniem na przy obu kontrolach granicznych) zapłaciliśmy 40 VEF. Czyli bardzo mało.
Z powrotem żądano 30 BRL – i był to zdaje się standard (choć my znaleźliśmy busika i za ciut więcej upakowaliśmy tam 6-osobową grupę back-packersową).

Opłata wyjazdowa na lotnisku w Caracas – 162,5 VEF

Autobusy w Brazylii:

Pacaraima – Boa Vista – 12 BRL
Boa Vista-Manaus – 100 BRL (w obu kompaniach tyle samo – Amatur uchodzi za lepszą, Eucatur ma klimatyzowaną poczekalnię)
Eucatur ma też autobusy z Manaus do Wenezueli. Bilet do Ciudad Guayana to 200 BRL, czyli sporo więcej niż opcja łączona.

W Manaus wynajęcie łódki do Połączenia Wód – 100-150 BR w zależności od standardu np. od tego czy jest daszek (a warto by był!). Można też pojechać autem do przeprawy promowej i stamtąd popłynąć. Kost podobny, a czas na wodzie zużywa się nie na dopłynięcie, tylko na „bycie tam”.

Hotele:

Rozstrzał cen jak wszędzie, piszę o tych, na które my się zdecydowaliśmy (czy które los nam zesłał). Wszędzie była klimatyzacja, łazienka (choć o różnych standardach). Wszędzie ceny dla 2 osób z dzieckiem.

Wenezuela:

Ciudad Bolivar – Posada Rosario – 150 VEF – patio, dostęp do lodówki, można powiesić pranie, nikt nas dobę hotelową nie patrzył, w sumie dzień, noc i dzień tam spędziliśmy za tę cenę.
Santa Elena – nie wiem jak się nazywał, tuż przy wlocie Calle Bolivar od storny Plaza Bolivar, po prawej stronie. 90 VEF, dość brzydki, obskurny.
Puerto Ordaz – najgorszy z odwiedzonych – La Guayana – 140 VEF – w okolicy jest sporo innych (więc bez dziecka, lub z nim, ale nie w środku nocy da się znaleźć co innego).
Pod Carupano, przy brzydkiej plaży Casa Blanca – 280 VEF (jest to praktycznie poza miastem – jedzenia się obok nie da kupić, a posiłki w hotelu kosztują tyle ile pokój).
Playa Medina – teoretycznie 300 VEF za osobę ze śniadaniem i kolacją, od nas trojga wzięli 650 łącznie, ale na kolację dawali tylko 2 porcje.
Cumaná – Minerva – 240 VEF.

Brazylia:

Manaus – Dez de Julio – 95 BRL, z lodówką, możliwością zrobienia prania, śniadaniem w formie bufetu. 150 metrów od Teatro Amazonas. Można płacić kartą (wszędzie w Brazylii akceptują polskie Visa Electron).
Boa Vista – Faroulphilia – żeby nie fundować dziecku 2-dobowej podróży tam odpoczęliśmy – 90 BR, z lodówką, możliwością zrobienia prania, śniadaniem w formie bufetu, kawą i zimną wodą przez cały czas, dostępem do komputerów z Internetem. I co najważniejsze: dokładnie naprzeciwko dworca. Można płacić kartą.
W obu brazylijskich hotelach nie mogliśmy zostać dłużej niż do końca doby hotelowej – musielibyśmy zapłacić połowę ceny.

Jedzenie:

Empanada – 5-6 VEF (zazwyczaj 5).
Podobne do empanad specjały na ulicy – podobne ceny.
McDonald’s – kanapka ok. 25 VEF, zestaw 35 VEF.
Butelka 2l Coli – 10-12 VEF w markecie, w sklepiku niewiele drożej
Woda 1,5l – ok. 6 VEF
W pizzerii w Caracas za 2 osoby duże i 2 małe najadły się i napiły za 200 VEF, ale to było na przedmieściach (Montalban), a nie w centrum.
Arepa z dodatkami – od 6 (mało dodatków) do 25 VEF.
Spora pizza pod Teatro Amazonas – 35 BRL.

I w Wenezueli, i w Brazylii w marketach (napoje, słodycze itd.) drożej niż w Polsce, ale np. cena 250g kawy zaczyna się od 1,5 BRL (3 PLN) – a ta najtańsza smakuje jak ta za 40 PLN w Polsce.

Największym plusem wyjazdu do Wenezuelu był jednak… wypad do Brazylii. I dojechanie do Manaus. Gdy przed wyjazdem zadawałem na różnych forach pytania na temat różnych miejsc, które mieliśmy zamiar odwiedzić, ktoś nazwał Manaus „totalnie nieciekawym miejscem, na które szkoda czasu”. Opiszę więc teraz co o tym myślę, a po wizycie w tym miejscu myślę to samo, co pomyślałem wtedy. Człowiek, który wyraża taką opinię o Manaus może być:
A. naprawdę wielkim podróżnikiem, który naprawdę tyle widział, że już go to wszystko trochę nudzi;
B. gościem, który chce pokazać, jakim to jest wielkim podróżnikiem i jakie to ciekawe rzeczy widział;
C. kimś, kto może i dużo widział, ale za grosz nie ma „ducha podróżnika”, nie kusi go by dotrzeć dalej i jechać gdzieś tylko dlatego, że to miejsce „jest”,
D. człowiekiem, którego w Manaus spotkało coś przykrego i ma stamtąd niemiłe wspomnienia.

Moje zdanie (i Żony mej, i syna mego – a rzadko jesteśmy tek jednoznacznie zgodni): absolutnie warto było! Warto było stracić w sumie sześć dni i pieniądze porównywalne z wycieczką po np. Delcie Orinoko na dotarcie tam! Manaus jest wspaniałe! I to mimo, że w sumie nie ma w nim niczego pięknego, nie ma jakichś super wspaniałych budowli (poza jedną, oczywistą). To po prostu zwykłe dwumilionowe miasto. Choć nie, wróć, ono nie jest aż takie zwykłe – to przecież jedyna metropolia położona w sercu amazońskiej dżungli! W dodatku czysta i zadbana. Normalna, chciałoby się powiedzieć, zwłaszcza po wizytach w wenezuelskich miastach.

W Manaus fajnie jest po prostu być. Miło też zobaczyć na własne oczy mityczny Teatro Amazonas – budowlę symbol. Symbol gorączki kauczukowej i dawnego przepychu, o którym się tyle czytało. Last but not least, fantastyczne jest też połączenie wód Rio Negro z Amazonką. Tego się nie da opisać! Już sama wielkość rzek powoduje przedefiniowanie pojęć „ujście”, czy „rzeka”. To nie Noteć wpada do Warty, to nie rzeka wpada do rzeki, to jakieś morze, czy wielka zatoka. Ale to co tutaj jest najważniejsze to kolory. Przez ileś kilometrów (pięć? dwadzieścia?) płyną obok siebie nieoddzielone niczym, ale nie mieszając się wody: czarna i biała. Można zatrzymać łódź i jedną rękę włożyć do Amazonki, drugą do Rio Negro. Wrażenie niesamowite!.

Porównałem wyżej chęć zobaczenia Manaus do marzenia o Hongkongu – i podobnie jak po wizycie w HK – nie rozczarowałem się. Czar pozostał.

Miło też – mimo oczywistych trudów – wspominamy samą ponad 17-godzinną podróż autobusem z Manaus do Boa Vista. Jechaliśmy w końcu przez prawdziwą dżunglę! Po bokach nieprzebyta ściana zieleni, nad nami sępy, kolorowe ary (ptasi cud!). Bywały po drodze osady, bywały ogrodzone połacie ziemi. Ale to w końcu jedyna droga od Amazonki na północ. Gdyby wejść w tę dżunglę to, teoretycznie, można by dojść, bez najmniejszego spotkania z cywilizacją, do Atlantyku lub do Andów.

I równik drogą lądową minęliśmy, i kawę w zajeździe na równiku (no, w bliskich okolicach) piliśmy. I churrasco na postojach pyszne i kawa w Brazylii wspaniała. Generalnie nastrój w Brazylii bardzo przyjemny – Brazylijczycy są dokładnie tacy, jak w Europie wyobrażamy sobie Latynosów – pogodni, uśmiechnięci, życzliwi. W Wenezueli tak bynajmniej nie jest…

Wracając do Wenezueli – byliśmy też w Cumanie, ale ta nas ciut rozczarowała. Miejsce do „zaliczenia” – najstarsze miasto założone przez kolonistów na kontynencie. Ale miasto… jak na mój gust zwyczajnie brzydkie. Poza dwoma czy trzema placykami naprawdę nie bardzo było na czym wzroku zawiesić…

Co więc nas rozczarowało?

Niby wszystkie odwiedzone miejsca zaliczam do plusów (Nie, Ciudad Guayana, to kompletna pomyłka! I pani z HC odwołała nasze spotkanie i miasto totalnie nieciekawe… Ale że ujście Caroni do szerokiego już Orinoko widzieliśmy – to plus!), co więc było tym minusem?

Największym, niewątpliwie, minusem wyjazdu jest niedosyt, który odczuwam. Za mało!!! Plan ramowy wykonaliśmy, ale nie powypełnialiśmy go tym czy mieliśmy. Liczyłem na choć ciut więcej. Że ta Gran Sabana to nie będzie tylko jeden dzień. Że jednak weźmiemy jakąś (tak, zorganizowaną…) wycieczkę do choćby tej nieszczęsnej Delty Orinoko. Że będąc na wybrzeżu będziemy jeździć od miasteczka do miasteczka…

Dlaczego nie zrobiliśmy tego?

Po prostu, tak jak wielu innych turystów w Wenezueli, nas także dopadła i obrabowała z kasy słynna boliwariańska robolución. Po prostu zabrakło tych kilkuset dolarów…

W sumie nie przechodziliśmy wielu kontroli Gwardii Narodowej. Wyłączając lotnisko było ich w sumie siedem, wszystkie na trasie do i z Santa Elena. I dwa razy mieliśmy kłopoty. Raz kłopociki, raz poważne kłopoty.

W przypadku jednej kontroli pan żołnierz przyczepił się do pieczątek w paszporcie. Że są nieważne. Gdybym nie mówił trochę po hiszpańsku, pewnie byłby większy problem, ale tak – jakoś mu wyperswadowałem że same paszporty są jeszcze ważne przez ileś lat, a data na pieczątce wenezuelskiej z lotniska – skoro na czytelnej pieczątce naszego syna jest wyraźna – to i u nas jest taka sama. Dał się przekonać.

W tym drugim przypadku było jednak gorzej. Boliwariański gestapowiec kazał mi wyjść i wziąć z luku plecak. Poprowadził mnie do jakiejś budowli, przeszliśmy przez labirynt pokoi, a gdy doszliśmy do dostatecznie niewidocznego miejsca, gość zechciał bym wyjął WSZYSTKO z plecaka. Wcześniej zrewidował mnie (saszetki na paskach, choćby najlepiej ukryte pod ubraniem są dobre na rabusiów w centrum dużego miasta – na gliniarza, który ma prawo cię zrewidować nie działają). To co miałem w kieszeniach położył na stole, a potem musiałem wyciągać rzeczy z plecaka. Ociągałem się, gadałem mu ile godzin to może potrwać (duży plecak ze wszystkim co 3 osoby miały), nie spuszczałem z oka torebki z forsą leżąca na stole, ale zapewne nie było to 100%-owe niespuszczanie z oka…

W końcu, nagle, przerwał to wykładanie – które było przecież tylko cyrkiem wymyślonym po to, by jednak ten moment mojego odwróconego wzroku znaleźć. Mogłem wrócić do autobusu. Ponieważ, jak napisałem, „nie spuszczałem z oka torebki z forsą leżąca na stole” (jak sadziłem), nie wiedziałem nawet że mi coś „dźwignął”. Zobaczyłem to dzień później – już daleko stamtąd…

W porównaniu z perspektywą „znalezienia u mnie” torebki z narkotykami, lub np. z rewizją zrobioną Żonie, czy choćby z wyciągnięciem mi całej kasy oczywiście miałem sporo szczęścia. „Mój” gwardzista zadowolił się ok. 500 USD – pewnie tyle akurat chwycił z pliku dolarów i boliwarów wewnątrz.

To, że na wenezuelskim wybrzeżu nie jeździliśmy od miasteczka do miasteczka, od plaży do plaży, związane było też z innym rozczarowaniem. Podczas wszystkich naszych poprzednich wyjazdów, bez względu na to dokąd one były, czy był to kraj mniej lub bardziej cywilizowany, gdy dojeżdżaliśmy do jakiegoś miasta, pojawiała się JAKAŚ możliwość znalezienia noclegu. Albo na dworcu była agencja turystyczna, albo naganiacze, albo uczciwi taksówkarze, którzy chętnie pojeździli z nami i coś wskazali. Wiele razy zdarzało się nam wcześniej znaleźć bez zarezerwowanego noclegu, czy to w centrum kilkunastomilionowego miasta, czy to w niewielkiej mieścinie. Zawsze coś się szybko znajdywało (jak teraz w Manaus). A tu, w Wenezueli, nie!

Poza Ciudad Bolivar, w każdym z odwiedzonych miejsc mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Zdarzało się, że gdy taksówkarz coś nam wskazywał (dworce zazwyczaj są poza centrum), to coś okywazało się albo za drogie, albo za parszywe. Raz, gdy dogadaliśmy się z taksiarzem, że za ciut większą kwotę nas poobwozi aż coś znajdziemy, uznał on umowę za wypełnioną po znalezieniu pierwszego hotelu, który miał wolny pokój. I nic go nie obchodziło, że miejsce było tak potworne, że nawet psa byśmy tam nie umieścili…Nie byłoby to wszystko problemem, gdybym był sam (pewnie gdybym był z samym synem też 🙂 ) , ale tak…

Oczywiście te „problemy” też były podszyte problemami finansowymi – brakiem boliwarów dokładniej. Bo (to nie rozczarowanie – tego się spodziewałem akurat) nie mieliśmy zbyt wielu okazji do wymiany po dobrym kursie… 5 BsF za dolara to oczywiście wszędzie byśmy dostali, ale to nie robota…

u nas na dachach rośnie mech…

Do tego wszystkiego transport krótkodystansowy w Wenezueli jest drogi i skomplikowany. Np. żeby przejechać z Rio Caribe do Palya Medina potrzebowaliśmy dwóch, nie tyle autobusów, co ciężaróweczek, gdzie jedzie się na pace, plus podjechania stopem. Jedyną alternatywą było „carrito privado” za 150 VEF. Drogo, zważywszy że całonocny klimatyzowany „bus-cama” z Caracas do odległego miasta kosztuje (dla trzech osób!) 240-300 VEF.

Nie chcieliśmy płacić tych sum za odwiedzenie kolejnych [nie tak znów ciekawych] miast, nie chciałem narażać też syna i Żony na kolejne poszukiwania noclegu, który by im odpowiadał. Stąd te cztery dni bez opuszczania Playa Medina i stąd dwa noclegi w Cumanie, bez odwiedzania czegoś kolejnego po drodze do Caracas.

Na zakończenie jeszcze kilka dodatkowych słów o Boliwariańskiej Gwardii Narodowej. Jest jak… dżuma. Ekranizacja „Dżumy” Camusa, została zresztą umieszczona w latynoskim kraju rządzonym przez dyktaturę. Dopada każdego – niezależnie od rasy, poglądów, poziomu bogactwa… Oczywiście przy dżumie prawdopodobieństwo, że nas dorwie jest znacznie większe, ale zasada jest ta sama. Taka refleksja przyszła mi do głowy przy wylocie z Caracas. Gdy jest się już po serii kontroli, gdy czeka się w zonie duty-free, wygodnej, nieróżniącej się od tych z Europy, to i tak dżuma ciągle może po nas przyjść. Nawet gdy siedzisz już w samolocie i czekasz na zamknięcie jego drzwi w każdej chwili może zostać wywołane twoje nazwisko i możesz być wezwany do kolejnej kontroli. Możesz być ubogim Latynosem, możesz być bogatym Szwajcarem. Paradoksalnie – tu równość totalna została faktycznie wdrożona… Możesz mieć kartę pokładową linii z „lepszego świata” – i tak, nawet już przy wejściu do „rękawa” może cię spotkać rewizja osobista…

Z punktu widzenia turysty, nie jest to aż tak straszne (o ile cię nie obrabują), wręcz będzie potem tematem „egzotycznych wspomnień”. Smutniejsze jest, gdy pomyśli się o losie tych biednych ludzi, którzy tam żyją… Którzy nie znają dnia ani godziny, gdy dżuma po nich przyjdzie, często kradnąc, bądź próbując wymusić haracz.

Sporo też drobnych śmiesznostek, które dla turysty są „lokalną ciekawostką”, choć dla mieszkańca po prostu trudnościami życia codziennego. Biurokracja przebija polskie standardy. Np. przy meldowaniu w hotelu, zakupie biletów autobusowych (gdzie podaje się paszport) pytają o… zawód. Oczywiście mówiłem „ekonomista”, bo takowe studia skończyłem – a gdybym podawał zawód wykonywany, byłyby niezłe jaja. Od lat jestem… head-hunterem. W Amazonii to mogłoby mieć inny wydźwięk niż u nas:-)

Podsumowując, największym minusem wyjazdu jest to, że Żona oświadczyła mi, że „nigdy więcej”. Jasne, że pod wpływem emocji, jasne, że zmieni zdanie – ale pokazuje to nasz stopień zadowolenia. Ja nie powiem, że jestem niezadowolony, ale ja nie jestem sam. Ja jestem tylko jedną trzecią nas…

Nie polecam więc nikomu Wenezueli jako pierwszego latynoskiego kraju – może Wam (lub Waszym towarzyszom podróży;-) niepotrzebnie zepsuć obraz całego regionu… Za to do Brazylii – walcie w ciemno! Choć to, oczywiście, tak jak już pisałem, tylko moje subiektywne spostrzeżenia…

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Radziwanowski – mąż Beaty, ojciec 7-letniego Krzysia, którego wprowadza w świat geografii, historii i podróży.

Book Hostels Online Now

Prześlij dalej:

33 reakcje na "Wenezuela, ale dlaczego ona?"

  1. lachman  20/07/2010 o 19:24

    Smutne to wszystko… Smutne, że dołączyliście do coraz większej grupy okradzionych czy obrabowanych. Smutne, że nie zobaczyliście tego, co w Wenezueli najlepsze, czyli przyrody. Smutne, że ten ciekawy kraj tak szybko zmienia się w miejsce, do którego mało kto chce jeździć, bo wie, co go może czekać. Swoją drogą, ja bym się chyba nie odważył jechać do VE z żoną i dzieckiem. Osobiście swoje pobyty w tym kraju wspominam pozytywnie i raczej bezproblemowo, ale niestety nie mam zamiaru ich powtarzać w najbliższych latach. Przynajmniej póki rządzi Hugo i robolucja.

    Odpowiedz
  2. tomaszmmarte  21/07/2010 o 05:04

    Dziekuje za wspaniała relacje. Również na podróż do Wenezueli nie zabrałbym nikogo o kogo musiałbym sie troszczyć. Byłem tam tylko tydzień i przejechałem cały kraj, ale nic nie widziałem. Zostało mi tylko wspomnienie jak wysiadłem na jakims targu nad morzem i byłem jedyny biały w mieście… 🙂 Wtedy to bylo nic miłego, ale teraz się z tego śmieje. Do Wenezueli wróce jak będzie okazja, a Twoja relacja pokazuje, że determinacja pozwala spełniać marzenia. Tylko za jaką cene? O ile żonie przejdzie… 🙂 to za te pieniądze podróżowałbyś po Ameryce sam ze 3 miesiące….
    Ale jak pisałeś, jesteś jedną trzecią… i dobrze. Pzdro.

    Odpowiedz
  3. Krzysztof Radziwanowski  21/07/2010 o 17:30

    Dzięki za słowa otuchy:-)))

    A nie wiem jak to się stało, że nie napisałem o historii, która się zdarzyła (czy nie?) poznanemu tam Urugwajczykowi.

    Na dworcu w Boa Vista napotkaliśmy grupę back-packersów z różnych stron świata. Większość jedynie przemykała przez Wenezuelę, ale był między nimi był Urugwajczyk Gabriel, mieszkający w Manaus – który właśnie do Wenezueli jechał, bez konkretnego celu i trasy. Postanowiliśmy ze dwa dni pojeździć razem. Krzyś też go strasznie polubił (mimo bariery językowej). W Santa Elena wspólnie znaleźliśmy hotel i na kolejny dzień wspólnie wynajęliśmy panią (tak, panią) z dżipem do jazdy po Gran Sabanie.

    Dopiero wieczorem drugiego dnia – po ponownym powrocie do Santa Elena i tuż przed wyjazdem do Puerto Ordaz Gabriel powiedział, że w nocy poprzedniego dnia mundurowi go okradli (był wieczorem na piwie, my nie, gdy wracał dopadli go) – nie miał przy sobie dużych pieniędzy, więc poszli z nim do hotelu i (tuż za ścianą naszego pokoju) obrobili ze wszystkiego co miał. Przyznaję – nie jestem pewien czy w to wierzyć…

    Skłaniam się ku niewierzeniu również dlatego że facet dziwnie zareagował. Dlaczego ostatnie pieniądze wydał na bilet do Puerto Ordaz, zamiast ‘wycofać swój udział’ z wycieczce po Sabanie i wrócić do Brazylii (gdzie mieszkał) na bilet by mu starczyło. Dlaczego nie mając grosza przy duszy (bo ponoć nawet karty nie miał, a po kupieniu biletu zostały mu 2 VEF), wgłębił się w Wenezuelę (bo jednak pojechał z nami do Ciudad Guayana, gdzie się dopiero rozstaliśmy)?

    Albo jest to więc opowieść o kolejnym wyczynie gwardii boliwariańskiej, albo napotkałem kolejnego dziwaka w podróży…

    Odpowiedz
    • obserwator  21/07/2010 o 22:35

      A nie był to przypadkiem zabieg mający na celu wywołanie współczucia u poznanego gringo? A nuż pomoże – da albo pożyczy jakieś pieniądze? To sie dość często zdarza.

      Odpowiedz
      • Krzysztof Radziwanowski  22/07/2010 o 09:19

        Oczywiście, że tak sobie pomyśleliśmy (w końcu na bilet powrotny – przynajmniej do Boa Vista miał kasę, ale postanowił ją wydać inaczej). I jakoś tam nawet pomogliśmy (z dwojga złego wolę być frajerem, niż nie pomóc koledze w podróży), mając wyrzuty sumienia, że może mogliśmy bardziej pomóc… Jednak skłaniam się ku opcji dziwak czy naciągacz niż ku oskarżaniu mundurowych (w tym wypadku).

        Odpowiedz
  4. Dawid  21/07/2010 o 21:46

    Bardzo ciekawy opis wyjazdu, widać że poznaliście Wenezuelę w tych pozytywnych i negatywnych aspektach – taka jaka faktycznie jest. Gratuluję też odwagi, nie każdy odważyłby się tam jechać, a kraj niewątpliwie jest ciekawy. Takie podróże jednak pozostają na bardzo długo w pamięci. Macie co wspominać 🙂
    Pozdrowienia dla rodzinnych podróżników
    Dawid

    Odpowiedz
  5. Stefan  22/07/2010 o 15:06

    500 dolarów tylko? To i tak miałeś szczęście. Mnie i moją dziewczynę obrobiono w Caracas z dosłownie wszystkiego. Zostały nam jedynie dokumenty i, dość paradoksalnie, pieniądze. Tzn. resztka pieniędzy, bo – szczęście w nieszczęściu – był to już sam koniec naszej ponad miesięcznej podróży, w marcu tego roku, z Guayaquil do Caracas właśnie.
    Do Caracas dojechaliśmy późnym wieczorem, na owiany ponurą sławą dworzec autobusowy La Bandera. O tej porze jedynym wyjściem aby dojechać do hotelu w którym mieliśmy rezerwację była taksówka. No i to właśnie taksówkarz nas okradł. Nagle się zatrzymał, wyciągnął pistolet i dał nam do zrozumienia, że mamy sobie wysiąść. A on odjechał. Z naszymi plecakami, tobołkami, etc. Straciliśmy m.in. dwa aparaty fotograficzne, kamerę wideo, ipoda, netbooka, pamiątki i prezenty, ciuchy. Zostaliśmy w tym co mieliśmy na sobie i na szczęście z paszportami i forsą, które były w saszetkach na szyi.
    Gdy w końcu dotarliśmy do hotelu recepcjonistka wcale nie była zdziwiona naszą historią. Wręcz przeciwnie, skwitowała to beznamiętnym „eso pasa en esa ciudad”.
    Najlepsze było jednak dnia następnego. Ponieważ miałem jakąś tam polisę ubezpieczeniową, potrzebowałem zaświadczenia o kradzieży. Udałem się więc na komisariat. A tam tłusty obleśny typ, siedzący pod wielkim portretem Chaveza, zupełnie bez ogródek i jakiegokolwiek skrępowania powiedział mi, że – oczywiście – może takie zaświadczenie mi wydać, ale zrobi to jedynie gdy zapłacę mu 100 dolarów. Co miałem zrobić? Zapłaciłem.

    Mnie też moja dziewczybna powiedziała „Wenezuela, nigdy więcej”. Ale ja też nie mam zamiaru przekonywać jej aby zmieniła zdanie.

    Odpowiedz
    • Krzysztof Radziwanowski  22/07/2010 o 20:37

      Tak, wiem, że miałem szczęście, wiem co się wielu ludziom zdarzyło. A ile historii się słyszy o Peru, Boliwii i innych… Niestety ryzyko jest wpisane w wyjazdy do Ameryki Łacińskiej – tak jak w jazdę samochodem… Sam bym nie miał z tym problemu, ale z dzieckiem raczej nie mam zamiaru tam jechać… Raczej:-)

      Odpowiedz
      • Stefan  22/07/2010 o 21:19

        Ja bym aż tak tego nie generalizował. Ryzyko podróżowania po takiej Argentynie, Chile, czy Urugwaju jest chyba nawet mniejsze niż podróż po Włoszech, czy Francji. W Boliwii harcorowe jest przede wszystkim La Paz, w Peru jest znacznie bezpieczniej. Wenezuela bije wszystkich na głowę. Jeśli przetrwałeś ją, przetrwasz w Ameryce Łacińskiej wszystko. Takie jest moje zdanie.

        Odpowiedz
  6. Krzysztof Radziwanowski  22/07/2010 o 21:35

    Oczywiście, te południowe kraje zostawiamy, to co innego.
    W Wenezueli Wam się akurat przydarzyło coś złego w taksówce, ale najwięcej osób uskarża się na policję. I o ile wyobrażam sobie, że przed „pospolitą” przestępczością można się uchronić (a to łatwe, gdy jest się przed kompem, a nie tam, na miejscu:-), to nie bardzo wiem jak obronić się przed tymi w mundurach, którzy są ponad prawem. Pewnie jak wszędzie doświadczenie się przydaje, ale – tak zupełnie na chłodno to analizuję – i nie mam pomysłu… Można mieć pieniądze w różnych miejscach (jak ja), ale jak mundurowy zechce i będzie miał czas na szukanie, to ci i tak wszystko zabierze. Może można przed taką rewizją krzyknąć do ludzi w autobusie: ‚mam przy sobie xxx dolarów’ – może to potem powstrzyma gliniarza przed zmniejszeniem tej sumy? Ale pewnie nie powstrzyma a skutek tego, że postronni będą wiedzieć ile masz kasy może być przecież odwrotny od zamierzonego…
    Więc możliwe, że masz rację – wenezuelskie, stojące ponad prawem, służby są gorsze niż inne…

    Odpowiedz
  7. TomekY  23/07/2010 o 10:56

    Od dawna podróżuję po Ameryce Płd. i także nie uważam, że jest tam niebezpieczniej niż w Europie. A im „głębiej w las tym bezpieczniej” i ciekawiej. Trzeba oczywiście sporo zdrowego rozsądku i ciut doświadczenia i zrozumienia kraju i rzeczywistości w jakiej się znajduje aby unikać kłopotów zwłaszcza w dużych miastach.Oczywiście znajomość języka hiszpańskiego czy w Brazylii port. to podstawa – jeżeli ktoś chce liczyć na inne języki, nigdy nie dotrze tam gdzie mógłby i nigdy w większym stopniu nie asymiluje się z lokersami. Czekam tylko aby mój 3 letni syn troszkę podrósł i na pewno zabiorę go ze sobą bez wyłączania którego kolwiek kraju ameryki łacińskiej z mapy

    Odpowiedz
    • Krzysztof Radziwanowski  23/07/2010 o 13:25

      Jak się zabezpieczyć przed rabunkiem dokonanym przez mundurowych (poza liczeniem na to, że statystyka sprawi że to nie nas dopadną)? Serio pytam – też chciałbym tam wrócić.

      Odpowiedz
      • Anka  08/03/2011 o 14:02

        Nie mozesz sie zabezpieczyc,ani przed zlodziejami w mundurach,ani przed taksowkarzami.Ani nawet przed kradzieza twojego bagazu lub jej czesci z wenezuelskiego pokoju hotelowego.Dlatego moja rada-przynajmniej trzeba szukac bezpiecznej kwatery prze przyjazdem do Wenezueli i miec ja zarezerwowana.Chociazby z uwagi na los bagazy ,ktore w pokoju hotelowym sa obrabiane.Zdarza sie to czesto.Az sie dziwie,ze nikt na tym forum o tym nie napisal.Mnie sie zdarzylo. Znam tez przypadek,kiedy wlasciciel hotelu upozorowal napad na turystow,ktorzy juz byli w hiolu hotelowym z walizkami czekajac na taksowke.Zostali bez niczego.Nawet bez paszportow i biletow powrotnych.To bylo wprawdzie kilka lat temu,ale zdarzylo sie.

        Odpowiedz
  8. Aleksandra  28/07/2010 o 03:20

    Chciałam się wypowiedzieć w tej dyskusji, odnosząc się do moich własnych doświadczeń w niektórych krajach Ameryki Południowej. Sama podróżowałam po południowym Chile i Argentynie oraz po Brazylii. Dla samotnie podróżujących dziewczyn podróż może być nieco większym ryzykiem, niż dla samotnie podróżujących mężczyzn, mimo to nigdy nie zostałam okradziona, napadnięta, napastowana. Na południu Chile i w Argentynie czułam się bezpiecznie, ale zachowywałam też podstawowe zasady rozsądnego turysty: nie chodziłam z wywieszonym aparatem, nie ubierałam się jak rasowy gringo itp. W Brazylii też mi się nic nie stało (São Paulo, Rio de Janeiro, Bahia, Mato Grosso), choć widziałam kilka nieprzyjemnych sytuacji, jak na przykład strzelaninę między dwoma mężczyznami w miejscowości Itacaré, co nie należało do najprzyjemniejszych momentów podróży. Do Boliwii sama bym się nie wybrała (byłam w towarzystwie innych ludzi, byliśmy świadkami przemytu narkotyków na granicy, przemytnikiem okazał się nasz boliwijski kierowca, który nam towarzyszył w podróży), dwa razy bym się też zastanowiła nad tym, czy warto ryzykować samotną podróż do Peru. W Wenezueli nie byłam i raczej się prędko tam nie wybiorę po przeczytaniu tego artykułu. Serdecznie pozdrawiam.

    Odpowiedz
  9. Ofca  28/07/2010 o 21:28

    Ja też mam miłe wspomnienia z Ameryki Południowej, między innymi dzięki jednemu z autorów tego serwisu (Chile, Argentyna, Boliwia), i tak jak wróciłabym tam jeszcze z przyjemnością, tak na pewno szerokim łukiem ominę Wenezuelę, jeżeli w ogólę wrócę. I nie przemawiaja do mnie piekno natury tego kraju, ani potencjalne riposty jego miłośników, że co mogę wiedzieć, skoro nie byłam. Naczytałam się, nasłuchałam, znam Wenezuelkę, i mi wystarczy. Wszystko zniosę jako turysta, ale nie bandytyzm wobec własnej osoby. Bo to w najprostszym tłumaczeniu brak szacunku, dlaczego więc miałabym wydawać na to grube pieniądze?
    Serdecznie.

    Odpowiedz
  10. Mr Guru Limited  31/07/2010 o 01:51

    Ciekawym, że nad Bałtyk nikt się nie boi jechać. Widzę tutaj nastawienie typu: oni są źli i niebezpieczni. Moje (i nie tylko zresztą) doświadczenie jest zupełnie inne. Nie ma na świecie człowieka sympatyczniejszego, naturalniejszego, spontanicznego, radosnego aniżeli Wenezuelczyk. Kto się ze mną nie zgadza nigdy nie był w Wenezeuli. (no może był ale myślami może akurat odwiedzał NY powiedzmy 🙂

    Odpowiedz
    • caraquena  01/08/2010 o 19:54

      I ci sympatyczni, radosni i naturalni Wenezuelczycy popelnili w ubieglum roku ponad 15 tys. morderstw. Statystycznie w ubieglym roku latwiej bylo zginac w Caracas niz w Bagdadzie. Que viva la revolución!

      Odpowiedz
      • Anka  08/03/2011 o 14:11

        To chyba byl zawsze niebezpieczny i skorumpowany kraj.Z rewolucja i bez rewolucji.To bierze sie z mentalnosci.Miedzy innymi.

        Odpowiedz
    • Anka  08/03/2011 o 14:09

      ALez ja sie z Toba nie zgadzam! Calkowicie! Wenezuelczyk jest interesowny.Jest mily w tedy,kiedy wie,ze moze na Tobie skorzystac,zarobic.Powiem wam wszystkim,mit o otwartosci latynosow moze i jest prawdziwy,ale nie w Wenezueli.Bedac tam , zorientowalam sie,ze usmiechy sa nieszcere,a otwartosc… juz pisalam. Mysle ,ze to my, Polacy, jestesmy goscinnym narodem,otwartym i serdecznym.Natomiast polski Baltyk.czemu nie,to jest mysl.My czasem Polski nie znamy ,ale inne kraje wydaja nam sie nie wiadomo czym.Tylko nie nasz…

      Odpowiedz
  11. Pingback: tierralatina.pl - przeboje lipca | tierralatina.pl

    • Anka  08/03/2011 o 14:14

      Subiektywna nie.Mysle ze prawdziwa,opowiedziana dzien po dniu.Pokazuje Wenezuele taka jaka jest.A moze byc jeszcze bardziej niebezpieczna.

      Odpowiedz
  12. Maciek  26/08/2010 o 13:12

    Dwa lata temu przez 2 miesiące samotnie jeździłem po Wenezueli rowerem i oceniam, że była to jedna z najciekawszych i najbezpieczniejszych wypraw. Zwłaszcza Gran Sabana zdecydowanie plasuje się w czołówce moich rowerowych „the best of”.
    Urodą Wenezueli prócz przyrody (i kobiet;) jest aspekt socjologiczny – paradoksy rewolucji boliwariańskiej, opinie i historie ludzi to materiał na niejedna książkę! Bezpieczeństwo? Generalnie wygladało to tak, że napotkani tubylcy zwykle zagadywali: „Nie boisz się? My jestesmy OK, ale tam nie jedź, bo tam jest niebezpiecznie”. Kiedy już byłem „tam”, mówili to samo. Nikt mnie nie okradł, nie napadł, nic nie wyłudził. Spotkałem tylko sympatycznych, życzliwych, zatroskanych samotnym gringo ludzi. Wszechobecna propaganda, czarny rynek, niedziałajace bankomaty, kontrole policyjne? Owszem, ale to przecież część kolorytu. Tego się przeciez spodziewałem. Policja zatrzymywała tylko po to, żeby sobie pogadać i pobluzgać (!) na Chaveza. „Dlaczego rower? Bo nie mam pieniedzy na autobus” plus szeroki uśmiech dawały immunitet. Wśród garstki gringos spotkałem inną samotną (!) cyklistkę z Kanady, która miała podobne doświadczenia. Z punktu widzenia rowerzysty jedynym minusem tej podróży był… upał.
    Powiecie, że miałem szczęście, albo że cyklista jest jak święta krowa – nikt jej nie ruszy i do tego wiekszość czasu spędza z dala od typowych „gringo spots” gdzie czai się całe zło. Może będziecie mieli rację. A ja wam powiem, że to całe: „tu niebezpiecznie, a tam nie” na podróżniczych forach należy traktować z lekkim dystansem. Najchętniej piszą ci, których spotkało coś niemiłego.
    Ja po 5 podróżach na rowerze (oraz kilku z plecakiem) i w sumie 2 latach z ostatnich 10 zostawionych w Ameryce Łacińskiej najbezpieczniej czuję sie w Boliwii, a jedyny raz mnie okradli w… Santiago de Chile, ponoć najbezpieczniejszej metropolii kontynentu. Naprawde nie ma reguły.

    Pzdrawiam wszystkich zakochanych w Ameryce Łacińskiej.

    Odpowiedz
    • Andy  26/08/2010 o 18:00

      Dwa lata temu to był zupełnie inny kraj. Ja przepracowalem w Wenezueli w sumie prawie dwa lata jako rezydent na Margaricie. Pierwszy raz w 2006 roku, ostatni w tym, zawsze po trzy miesiące. I mogę powiedzieć, że sytuacja w tym kraju zmienia się bardzo dynamicznie. Niestety cały czas na gorsze. Zresztą po ostatnim pobycie tam powiedzialem dosyć – no more, nunca mas.
      Pomijam klopoty z zaopatrzeniem. A to w kawę, a to w mleko, a to w cukier, a to w elektryczność (agregaty prądotwórcze w ośrodku też przestały działać, bo nie ma części do nich). Dla rezydenta to koszmar, bo turystow, ktorzy zaplacili za wakacje nic nie obchodzi, ze w kraju ta pieprzona, zlodziejska rewolucja. Wiec chodza wkurzeni i wyladowuja sie na rezydencie. Wyladowywali sie tez na mnie gdy pojawily sie w tym roku klopoty z wywozem smieci i po trzech dniach to co sie uzbieralo zaczelo calkiem smierdziec. Ale to tez nie jest najgorsze.
      Najgorszy jest właśnie ten brak bezpieczeństwa, policja i Gwardia Narodowa wymuszająca haracze. Właściwie, w tych moich ostatnich 3 miesiecy na Margaricie, nie mialem turnusu w trakcie ktorego ktos nie bylby okradziony. Ale to co przelalo czare goryczy, to ze dwoch pracownikow osrodka zostalo po prostu zabitych. Jeden aby mu ukrasc telefon blackberry, drugi aby mu zabrac motocykl ktorym dojezdzal do pracy. Wladze przy tym wykazuja absolutna obojetnosc. W obu przypadkach policja sledcza nawet nie przyszla do osrodka aby sie o cokolwiek zapytac. Mimo, ze obaj zgineli wychodzac z pracy właśnie.
      Syf straszny.

      A i jeszcze ośrodek sam w sobie niestety też, jak większość (nie wszystkie) na Margaricie, podupada. Po pierwszej fali nacjonalizacji w turystyce wielu wlascicieli przestalo bowiem inwestowac, unowocześniać infrastrukturę. Ograniczają się do bieżących remoncików. W sumie ich rozumiem, tak samo bym pewnie na ich miejscu zrobil, skoro sa swiadomi ze kaprys prezydenta moze pozbawic ich wlasnosci. No ale turysty to nie obchodzi. I o syf w Wenezueli ma pretensje do rezydenta.

      Odpowiedz
  13. Magu  26/08/2010 o 14:32

    Trochę się przeraziłem opisaną wyprawą, tym bardziej, że wylatuje do Wenezueli w listopadzie na prawie miesiąc. Jedyne co mnie pociesza, że przebywać będę na Margaricie z niemieckim biurem a wycieczki po kraju- z lokalnym biurem, nie na własną rękę. Czy ktoś może takie biuro na wyspie polecić?

    Odpowiedz
    • Grażyna  17/09/2010 o 21:50

      Witajcie wszyscy, którzy byliście lub będziecie w Wenezueli do 15 stycznia 2011 r. Wyruszamy tam z Mężem na 3-tygodniową wyprawę, zupełnie indywidualnie z zamiarem przejechania zarówno Wschodu jak i Zachodu. Proszę o wszelkie namiary hotelikowe, podróżnicze i wymiany pieniędzy. Minusem jest to, że oboje jesteśmy po 60-tce, ale mamy za soba już różne podróże, m. in. z plecakiem, w styczniu 2010 przez całą Kubę, więc może damy radę. Mam nadzieję, że Mąż nie będzie mi za bardzo marudził bo będzie się bał, że go nigdy potem nigdzie nie wezmę. Byliśmy oboje nauczycielami, więc podróż też ma być niskobudżetowa. POMOŻECIE?
      Pozdro, Grażyna

      Odpowiedz
      • tierralatina.pl  20/09/2010 o 05:04

        Na pewno znajdą się osoby gotowe dzielić się wiedzą i doświadczeniem. Chociaż na pewno lepszym miejscem do takie dyskusji jest nasze forum – jest tam specjalny dział poświęcony podróżowaniu po Wenezueli.

        Odpowiedz
      • Krzysztof Radziwanowski  22/09/2010 o 22:58

        Oczywiście polecam się – proszę o pytania na prv lub na tutejszym forum.

        Odpowiedz
        • Anka  02/11/2010 o 14:59

          Czołem:-) my z mężem lecimy na prawie miesiąc do Vene na przełomie I-II/2011. Mieliśmy w planach zachaczyć o Brazylię ale potrzebna jest na powrót do Vene wiza (wylot do Polskie mamy z Caracas). Jak wam udało się zaliczyć „po drodze” Brazylię??

          Odpowiedz
          • carioca  09/11/2010 o 02:44

            Jaka wiza? Do Brazylii, czy do Wenezueli? Do żadnego z tych państw wizy nie potrzebujemy!

  14. Pingback: Wenezuela traci, Peru zyskuje | tierralatina.pl - Ameryka Łacińska i Karaiby

  15. Magu  29/08/2010 o 09:50

    raczej mało jest popularna Wenezuela…..ale strachy na bok i w listopadzie w drogę….

    Odpowiedz
  16. Artur  17/10/2010 o 18:47

    Mnie raz obrobili w wenezueli – ale co tam, taki jest ten kraj, to nie bajka. A takich krajobrazow jak tam nie ma nigdzie indziej!!

    Odpowiedz
  17. Anka  08/03/2011 o 14:25

    Moze masz racje.Bog stworzyl ziemie piekna.I powiem ci,ze takich krajobrazow jak w Wenezueli nie zobaczysz gdzie indziej(i brzydact tez),takich krajiobrazow jak w Kanadzie-nie zobaczysz nigdzie ,takich krajobrazow jak we fRANCJI-NIE ZOBACZYSZS NIGDZIE, I takich jak w Polsce-TEZ NIGDZIE.tAK WIEC NIE GENERALIZOWALABYM Z TA wENEZUELA I JEJ PIEKNEM.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.