Górnicy w Chile żyją!


Figurki Świętego Wawrzyńca, popularnego w Chile patrona górników, były wczoraj w tym kraju wyjątkowo hołubione. Przynoszono im kwiaty, palono świeczki, skrapiano alkoholem, czasem podtykano zapalone papierosy. Niektórte kobiety chwytały nawet Świetego w objęcia, aby wykonać z nim radosny taniec. Bo w końcu Wawrzyniec, mimo że święty, to też człowiek i przyjemności mu się należą. Zwłaszcza po dobrze wykonanej, ciężkiej pracy…

Dla wielu, najczęściej bardzo wierzących, a często wręcz przesądnych chilijskich górniczych rodzin, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że za niedzielne wydarzenia odpowiedzialny jest właśnie Święty Wawrzyniec. To on wyprosił u Boga ten cud. Bo jak inaczej wytłumaczyć – pytają się – to, że 33. górników, uwięzionych od ponad dwóch tygodni w czeluściach, znajdującej się 800 km na północ od Santiago, zawalonej kopalni miedzi i złota, jest całych i zdrowych?

W szczęśliwe zakończenie akcji ich poszukiwania nie wierzyli już nawet górniczy eksperci i medycy. Tyle czasu pod ziemią, bardzo głęboko pod ziemią, gdzie tempertatura sięgać może nawet 40 stopni, raczej nikt nie przeżyje – tłumaczyli często w ostatnich dniach. –Musimy być gotowi na najgorsze. Tragiczne wypadki w kopalniach się niestety zdarzają. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, aby górników odnaleźć, ale niestety metody te zawiodły – stwierdził chilijski minister górnictwa Laurence Golborne.

Górniczy dramat zaczął się 5 sierpnia. To właśnie wtedy, w niewielkiej jak na chilijskie warunki, prywatnej kopalni San José, u wrót Atacamy i niedaleko miasta Copiapó, doszło do potężnego zawału. Skały zablokowały dziesiątki, a może nawet i setki podziemnych korytarzy, odcinając drogę wyjścia 33 górnikom pracującym 700 mertrów pod powierzchnią. –Tam jest specjalny schron i mamy nadzieję, że pracownicy zdążyli się w nim ukryć. W 3-4 dni ekipy ratownicze powinny zdołać ich uwolnić– twierdzili początkowo przedstawiciele właścicieli kopalni.

I może tak by się rzeczywiście stało, gdyby nie to, że dwa dni później – 7 sierpnia – doszło do kolejnego zawału. Zniszczeniu uległ m.in. szyb wentylacyjny którym ratownicy próbowali przedostać się do uwięzionych górników.

Akcję trzeba było zacząć od nowa. A jeszcze wcześniej ją wymyśleć. Geolodzy uznali bowiem, że próba odgruzowania chodników w kopalni San José jest skazana na niepowodzenie. I może, co więcej, doprowadzić to kolejnych tąpnięć. W tym takich, które mogłyby zniszczyć schron w którym, teoretycznie, znajdują się poszukiwani górnicy. Jeśli żyją, bo takiej pewności nikt nie miał.

Początkowo rozważano możliwość przebijania się do górników z sąsiedniej kopalni. Jednak wstępne pomiary nie pozostawiły żadnych złudzeń – 10-12 miesięcy, tyle czasu byłoby potrzebne na wykonanie takiego poziomego chodnika. Bez żadnej gwarancji powodzenia…

Ostatecznie postanowiono skupić się na sondażowych nawiertach z powierzchni ziemi. –Wiemy gdzie jest schron, spróbujmemy się do niego dowiercić i zobaczyć jaka jest w nim sytuacja– tłumaczyli rodzinom zaginionych, które zamieszkały w specjalnym obozowisku na terenie kopalni, szefowie ratowników.

Zaczął się wyścig z czasem – maszyny wiercące pracowały non-stop, dzień i noc. Ratownicy na bieżąco informowali bliskich i chilijską opinię publiczną, bardzo przejętą wypadkiem, o postępach: osiągneliśmy głębokość 100 metrów, 200 metrów, 500 metrów… Z każdym dniem, z każdą godziną napięcie rosło, ale też i zbiorowa euforia. Że już za moment będzie wszystko wiadomo, że zaginieni się odnajdą…

W miniony czwartek, 19 sierpnia, minister Golborne przekazał jednak grobowe wręcz wieści. -Sondy zeszły poniżej 700 poziomu 700 metrów i po górnikach ani śladu. Ani po schronie. Mapy podziemi jakimi dysponowała kopalnie są najwyraźniej niedokładne- stwierdził podczas spotkania z rodzinami. I jak wielu obecnych sam zaczął szlochać. –Akurat pan musi być twardy i nie przestawać dawać nam nadziei– strofowali go bliscy zaginionych.

Poza nimi samymi wiary w możliwość szczęśliwego zakończenia poszukiwań wydawał się też nie tracić przez cały ten czas chilijski prezydent Sebastián Piñera. Kilkakrotnie odwiedzał on teren kopalni, spotykał się z rodzinami i ratownikami, modlił się wraz z nimi do Świętego Wawrzyńca i dodawał animuszu.

Postanowiono wiercić dalej. Ale, jak przyznał wczoraj jeden z szefów sztabu ratunkowego, wśród osób prowadzących akcję coraz powszechniejsze było przekonanie, że szukają ciał, nie żyjących. Więc nawet gdy mikrofon wpuszczony do któregoś z nowych odwiertów zaczął nagle rejestrować jakieś dźwięki, jakby dalekie rytmiczne uderzanie, ratownicy postanowili trzymać to w tajemnicy. Zbyt wiele było już zawiedzionych nadziei…

W niedzielę rano jednak jedna z wiercących głowic natrafiła na znajdującą się na głębokości 668 metrów pustą przestrzeń. Chodnik, komora? Ratownicy postanowili wyciągnąć wiertło i wpuścić w głąb ziemi sondę optyczną. Nie musieli jednak na nią czekać, aby mieć pewność, że właśnie odnaleźli górników – wycofywana z głębin głowica perforująca była czerwona – ktoś ją tam, we wnętrzu ziemi pomalował farbą. Co więcej, na samym jej końcu, była przyczepiony zawinięty w plastik kawałek papieru. A na nim wykaligrafowane czerwonymi literami, jedno krótkie zdanie: Jest nas w schronie 33 i mamy się dobrze.

Prezydent Chile Sebastián Piñera pokazuje rodzinom górników wydobytą spod ziemi kartkę na której zapewniają, że wszyscy są cali i zdrowi (fot: Presidencia de la República de Chile)

Część ratowników zaczęła płakać ze wzruszenia, inni padli na kolana i zaczęli się modlić. Ktoś zaintonował podchwycony po chwili przez wszystkich hymn Chile. Obecny na miejscu minister górnictwa zadzwonił do prezydenta Chile Sebastiana Piñery. Ten postanowił natychmiast wyruszyć na miejsce, aby osobiście przekazać rodzinom radosną informację, ci jednak, nieoficjalnie, dowiedzieli się o wydarzeniu przed jego przybyciem. Mimo to, gdy Piñera, już w kopalni, oficjalnie potwierdził informację i pokazał wydobytą spod ziemi kartkę, kilku bliskich zemdlało z emocji…

A potem wrażeń było jeszcze więcej – ratownikom udało się m.in. wpuścić w odwiert kamerę i na znajdujących się na powierzchni monitorach pojawiła się twarz spoglądającego w obiektyw, znajdującego się 668 metrów poniżej górnika. Ale tylko przez moment, bo elektronika nie wytrzymała panującej na dole tempreratury i wilgoci i przestała nadawać…

Prezydent Piñera patrzy na monitor na którym pojawia się przez moment twarz jednego z uwięzionych górników (fot: Presidencia de la República de Chile)

Górnicy zdołali jednak wysłać na powierzchnię kilka listów. Deklarują, że generalnie są w dobrej formie, choć głodni, bo przez 18 dni wydzielali sobie po dwie łyżeczki tuńczyka z puszki i pół szklanki mleka co 48 godzin. Poprosili więc o hot-dogi, butelkę wina, kilka piw, oraz szczoteczki i pastę do zębów i coś na ukojenie podrażnionych oczu…

Oczywiście ich życzenia nie zostaną w najbliższym czasie spełnione. Pod ziemię trafiły już szczegółowe kwestionariusze zdrowotne, które ma wypełnić każdy z górników. Dopiero wtedy opracowane zostaną indywidualne, kilkudniowe diety mające wyprowadzić ich ze stanu wygłodzenia i odwodnienia. Chilijski rząd poprosił też już o pomoc NASA, które ma doświadczenie w żywieniu i psychologii osób znajdujących się w ekstremalnych warunkach, w niewielkiej zamkniętej przestrzeni.

Bo dramat tych 33 osób bynajmniej się jeszcze nie zakończył. Górnicy zostali, póki co, jedynie zlokalizowani głęboko pod ziemią. Wydostanie ich stamtąd będzie znacznie trudniejsze! Akcja ewakuacyjna, zdaniem ekspertów, potrwa nie mniej niż trzy miesiące. Wywiercony wczoraj otwór ma prawie 700 metrów długości i średnicę kilkunastu centymetrów. To wystarczająco aby przekazać górnikom lekarstwa, jedzenie, środki higieny i zainstalować system komunikacji, ale nic więcej.

Wstępny plan zakłada, że w najbliższych dniach powstaną kolejne takie otwory: jeden komunikacyjny, drugi aby pompować świeże powietrze, kolejny rezerwowy. Dopiero później, gdy sytuacja uwięzionych pod ziemią się ustabilizuje i będzie pod pełną kontrolą, zacznie się wiercenie szybu ewakuacyjnego. Ma on mieć średnicę 65 cm.

W porozumieniu z psychologami postanowiono spuścić  też w najbliższych dniach tymi miniszybami trochę górniczych narzędzi aby pozostający pod ziemią górnicy nie czekali bezczynnie, lecz uczestniczyli w pracach zmierzających do ich uwolnienia.

Na całe szczęście górnicy są świadomi tego, co ich jeszcze czeka. W kolejnych listach wydobytych spod ziemi to oni uspokajali swe rodziny i zapewniali, że są psychicznie gotowi na to, że miną miesiące zanim uda im się wrócić na powierzchnię.

Wśród 33 osób uwięzionych 700 metrów pod ziemią jest m.in. Franklin Lobos, były piłkarz który w latach 80-tych grał futbolowej reprezentacji Chile. Po zakończeniu piłkarskiej kariery, jak wielu zawodników grających w klubach, których w tym kraju często właścicielami bądź sponsorami są firmy wydobywcze, zaczął pracować w kopalniach. Lobos był kierowcą i od kilku miesięcy minibusem transportował górników między powierzchnią ziemi a podziemnymi wyrobiskami właśnie w San José.

Chilijskie kopalnie miedzi i złota (oba metale często występuja razem) w niczym nie przypominają znanych w Polsce kopalni węgla kamiennego. Najczęściej nie ma w nich transportowych szybów ani wind. Zazwyczaj są to wykute w skale podziemne miasta i górnicy do pracy pod ziemią zjeżdżają zwykłymi mnibusami.

Budowa geologiczna sprawia, że niekontrolowane zawały w tych kopalniach są rzadkością. To m.in. dlatego wypadek ten stał się w Chile narodowym wydarzeniem.

Kopalnia San José już kilkakrotnie była zamykana za nieprzestrzeganie norm bezpieczeństwa. Za każdym razem jednak właściciele uzyskiwali zgodę na wznowienie eksploatacji. Toczące się postępowanie administracyjne ma wyjaśnić dlaczego tak się działo. Rząd w Santiago już jednak dyscyplinarnie zwolnił kilku dyrektorów urzędu nadzoru górniczego. A właściciele kopalni zapowiedzieli, że po zakończeniu akcji ratunkowej zostanie ona definitywnie zamknięta.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa