Katastrofa lotnicza (i cud?) w Kolumbii


O wyjątkowym szczęściu, czy wręcz nawet cudzie, mogą mówić pasażerowie samolotu kolumbijskich linii Aires, który rozbił się dzisiaj podczas podchodzenia do lądowania na wyspie San Andrés. Choć maszyna pękła na trzy części wypadek przeżyli wszyscy.

Należący do Aires boeing 737-700 wykonywał minionej nocy rozkładowy lot z Bogoty na leżącą u wybrzeży Nikaragui kolumbijską wyspę San Andrés. Na jego pokładzie znajdowało się 121 pasażerów i 6 członków załogi. Samolot miał tam wylądować o 1:50 czasu lokalnego. I wylądował… ale w częściach.

fot: Policía Nacional

W chwili lądowania nad wyspą panowała burza. Według wstępnych ustaleń w zbliżający się do lotniska samolot, w momencie gdy znajdował się niecałe 80 metrów od progu pasa startowego, uderzył piorun. Zdaniem pilotów niemal całkowicie utracili oni wówczas kontrolę nad maszyną. Boeing uderzył nosem o ziemię i rozpadł się na trzy części.

Katastrofę tę przeżyli wszyscy. Jedyna ofiara, 73-letnia kobieta, zmarła w trakcie przewożenia do szpitala, ale nie z powodu odniesionych kontuzji, lecz na zawał serca.

fot: Policía Nacional

6 osób nie odniosło absolutnie żadnych obrażeń, kilka innych opatrzonych zostało ambulatoryjnie, na miejscu wypadku, a 114 trafiło do szpitali. Większość z tych ostatnich ma podejrzenie wstrząsu mózgu i powierzchowne rany. Tylko kilka osób wymagało pilnej chirurgicznej interwencji i jedna z nich zwciąż najduje się w stanie ciężkim. Lekarze obawiają się też o los nienarodzonego dziecka pasażerki będącej w ciąży. Życiu pozostałym nie zagraża niebezpieczeństwo.

To, że nie doszło tu do olbrzymiej tragedii to po prostu cud – stwierdził, po przybyciu na miejsce katastrofy Pedro Gallardo, gubernator wyspy.

Rozbity boeing był relatywnie nowy – swój pierwszy lot odbył w 2003 roku. W barwach Aires latał od marca tego roku. Wtedy też przeszedł gruntowny przegląd. Wśród pasażerów feralnego lotu, poza Kolumbijczykami, byli też Amerykanie, Brazylijczycy, Francuzi, Kostartykańczycy i Niemcy.

Prześlij dalej:

3 reakcje na "Katastrofa lotnicza (i cud?) w Kolumbii"

  1. Konrad  17/08/2010 o 14:40

    To co się podaje w mediach jest tylko częścią tego co się naprawdę działo na lotniskach w tym czasie. Tak się składa, że tego samego dnia leciałem z Cali do Cartageny. Najpierw nasz lot został przesunięty o 1,5 godziny z powodu „Cambio Operacional”. Po przyjściu na lotnisko okazało się, że musimy czekać kolejne 3. Patrząc na tablice informacyjne widać było, że wszystkie loty Aires są opóźnione. Na lotnisku wszyscy wkurzeni jak jasna cholera, bo kierownictwo się po prostu nie pokazywało albo uciekało. Po przylocie do Cartageny sposób potraktowania tragiczny, Ci którzy mieli jechać do Baranquilla zostali zapakowani do samolotu lecącego do Cartageny i jeszcze z wielkimi problemami firma zgodziła się ich przewieść do miejsca docelowego. Co jednak najistotniejsze, po rozmowie z jednym z pracowników dowiedzieliśmy się, że firma ma po prostu za mało samolotów i takie kwiatki zdarzają się zawsze jak jeden z nich się zepsuje.
    Gdy rano dowiedziałem się, że inny samolot tej firmy się rozbił cieszyłem się, że jesteśmy w jednym kawałku.
    Ja rozumiem, że wypadki lotnicze się zdarzają, czasami są one po prostu trudne do wytłumaczenia i nikt nie wini linii lotniczych. Ale po tym co przeszedłem na lotnisku, takim zamieszaniu i braku organizacji jestem w stanie uwierzyć, że po prostu puścili nie do końca sprawdzony samolot ze względu na silną presję pasażerów.

    Odpowiedz
  2. rudziel  01/09/2010 o 08:59

    Ja też miałem swoją dawkę wrażeń wskutek tego wypadku, bowiem miałem lecieć na…San Andres kilka godzin po katastrofie samolotu. Oczywiście mój lot został odwołany, a cała podróż przesunęła się o dobę, bo tyle zajęło czyszczenie lotniska. W międzyczasie personel Avianca – bo tą linią miałem lecieć – co piętnaście minut zmieniał zdanie. Pasażerowie już siedzieli w samolocie, kiedy nagle wszystkich wyproszono do poczekalni, bo okazało się, że lotnisko jednak nie jest jeszcze otwarte. Nie było to oczywiście zabawne, ale nie zapomniałem ani na chwilę, że to „Locombia” i trzeba do takich rzeczy mieć dystans. Tak czy owak, byłem w pierwszym samolocie, który wylądował po otwarciu lotniska i przechodziłem po płycie obok wraku – robi wrażenie. Wziąwszy pod uwagę rozmiar szkód, to cud, że nie zginęło więcej osób…

    Odpowiedz
  3. Pingback: Boeing przełamał się podczas lądowania w Gujanie | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.