Sztuka z ulicy


-Mam na imię Dario. Mam dwadzieścia osiem lat. Nie mam mieszkania. Nie mam samochodu. Nie mam ubezpieczenia. Nie chodzę do restauracji, kina, teatru. Ostatnio widziano mnie w La Paz. Byłem też w Buenos Aires. Mieszkałem w Rio. Płynąłem Amazonką. Byłem w Bogocie, Panamie, Meksyku. Dziś możesz spotkać mnie na ulicach Santa Cruz, kupić ode mnie naszyjnik z pestek açai, wielobarwną bransoletkę albo kolczyki z piór egzotycznych ptaków. To wszystko zrobiłem sam. Jestem artystą. Jestem artesano.-

Takich ludzi jak Dario są w Ameryce Łacińskiej tysiące. Mówią o sobie artesanos (hiszp. rzemieślnicy), hipisi, malucos (port. szaleni). Często razem spędzają czas, mają stałe miejsca, gdzie zawsze sprzedają.

Kolorowe bransoletki, cachaça i dżointy

Rio de Janeiro, Brazylia. Podchodzę do grupy młodych ludzi. Ubrani są niedbale, kolorowo, mają dredy i powplatane we włosy wielobarwne ozdoby, na rękach bransoletki, naramienniki. Noszą misternie plecione naszyjniki. Jest też kobieta po czterdziestce. Śmieje się najgłośniej z nich. – Chodź do nas – wołają do mnie. Pokazują swoje ozdoby. Zawiązują na nadgarstku kolorowe nitki. Czuję się onieśmielona. Mówię, że nie mam pieniędzy i chciałam tylko porozmawiać. Siadam między nimi, zaczynają ze mną żartować, wyciągają butelkę cachaçy. – Nauczycie mnie pleść takie bransoletki? – pytam. – Ja cię nauczę – opowiada jeden z nich.

artesano w kolumbijskiej Cartagenie (fot: Oneris Rico)

Następnego dnia biegnę kupić nici, woskowane – jak mi kazali. Kupuję kilka kolorów. Mój nowy kolega cierpliwie pokazuje podstawowy splot. Wracam do domu. Ćwiczę. Ciągle zaplatam, w każdej wolnej chwili. Pokazuję artesanos. – No, no, gringa, nawet nieźle ci idzie – kiwają z uznaniem głowami. – Gringa maluca – śmieją się.

Wieczorami chadzamy na Lapę (dzielnica w centrum Rio). Tam zawsze dużo się dzieje – w końcu to największa imprezownia miasta. W piątki i soboty jest naprawdę tłoczno. A to znaczy, że można coś sprzedać. Stoiska z kolorowymi ozdobami przyciągają wzrok, budzą zainteresowanie. – Chodźcie, idziemy coś zapalić – mówi Gota – tylko tam dalej, na schodach, żeby policja nie widziała.

Gota ma trzydzieści lat, urodził się na faveli w północym Rio. – Kiedyś pojechałem na południe Brazylii rowerem. Fajnie było. Rower daje ci dużo wolności, swobodę przemieszczania się – mówi. – Wziąłem co potrzebne, przede wszystkim nici. Wtedy jeszcze zajmowałem się macramé (technika wyrobu ozdób z nici). Dziś już się tym nie param, wolę pracować z metalem. Na rozłożonej na ziemi płachcie starannie układa metalowe naramienniki i duże ozdobne kolczyki.

Pierścionek marzeń

Asunción, Paragwaj. Niedziela rano. Szukam artesanos. Znajduję ich na dużym placu w centrum miasta. Jak zwykle stoją w grupie, jeden obok drugiego rozłożyli swoje ozdoby. Nieśmiało podchodzę. Witam się. Staję na końcu rzędu. Wyciągam plecione przez ostatnich kilka tygodni bransoletki i kolczyki. Z zaciekawieniem podchodzą, oglądają moje wyroby. Pytają skąd przyjechałam. Mówię, że z Polski. Dziwią się.

bransoletki i kolczykiMarcos, wysoki Brazylijczyk, sprzedaje najwięcej. Próbuję podpatrzyć jak to robi. Zaczepia przechodniów – amigo, amigo, chodź tu na chwilkę – woła. Potem długo coś tłumaczy, pokazuje. W końcu sprzedaje. Po kilku godzinach odchodzi z zadowoleniem licząc pieniądze.

Inni nie mają tyle szczęścia. Moira, młoda dziewczyna o indiańskich rysach tłumaczy, że najważniejsze jest co mówisz i w jaki sposób. To, co sprzedajesz ma mniejsze znaczenie. Pod koniec dnia dwóch Peruwiańczyków mówi mi, że idą spróbować pod centrum handlowym, bo tam czasem coś schodzi. Tam chodzą bogaci ludzie, mają hajs. – Idziesz z nami? – pytają. Jasne, że idę, nic przecież nie sprzedałam.

Carlos zatrzymuje grupę nastolatek. Szybkim ruchem skręca mały pierścionek z kawałka drutu i cały czas mówiąc wsuwa go jednej z nich na palec. Inne też chcą. – Jaki ładny – piszczą. – To jest pierścionek marzeń – mówi Carlos – pomyśl jakieś życzenie. Nie możesz go nikomu zdradzić. Spełni się, tylko nie możesz zdjąć tego pierścionka. Jak się spełni to oddaj go komuś, nie możesz go zatrzymać, bo straci swoją moc. Nastolatki wydają się zachwycone. Rumienią się gdy Carlos wsuwa im pierścionki na palce. Domyślam się ich marzeń. – Co dziewczyny, podoba wam się? – pyta mój kolega – Bo widzicie, my sprzedajemy tutaj takie ładne rzeczy. Zobaczcie. Kupcie coś. Dziewczyny wybierają po bransoletce. Carlos podsuwa im też moje. Kupują jedną. Cieszę się jak dziecko, w końcu to pierwsza sprzedaż.

Zadowoleni, idziemy kupić coś do jedzenia. Wystarcza nam na kawałek chleba, trochę sera i wędliny. Kupujemy też najtańsze wino. Carlos krzywi się, że ciągle musi jeść to samo i ciągle brakuje mu na ciepły posiłek. Idziemy do pobliskiego parku gdzie łapczywie zjadamy wszystko. Pijemy wino. Każdemu udziela się dobry nastrój. Robi się późno, jest już po północy. Trzeba iść spać.

Raj dla artesanos

Słuchaj gringa – mówi Carlos – jak chcesz się poduczyć trochę fachu to jedź do Santa Cruz w Boliwii. To jest raj dla takich jak my. Sam bym tam z tobą pojechał, ale nie mam paszportu. Parę dni temu policja zrobiła nalot na mój pokój, wszystko przeszukali. Myśleli, że mam towar. Nie miałem. Ale znaleźli paszport, a moja wiza skończyła się dwa tygodnie temu. Zabrali go, mówiąc, że mogę go odebrać na komendzie jak zapłacę karę.

Santa Cruz, Boliwia. Docieram tu wczesnym rankiem. Jestem zmęczona po trzech dniach jazdy stopem. Muszę znaleźć jakiś tani nocleg. Siadam na ławce, żeby chwilę odpocząć. Podchodzi do mnie młody chłopak i próbuje sprzedać bransoletkę. Ja na to wyciągam swoje, widzę zawód w jego oczach. Pytam gdzie jest miejscówka artesanos. Prowadzi mnie tam, tłumacząc, że nie lubi z nimi stać, bo więcej sprzedaje podchodząc do ludzi.

Raj dla artesanos – przypominam sobie słowa Carlosa, gdy widzę rząd zasłanych kolorowymi ozdobami płacht ciągnący się wzdłuż ulicy. Lokalni artesanos przyglądają się mi z ciekawością. Pytam jakiegoś chłopaka gdzie można się tanio zakwaterować. – Ja mam dom – odpowiada z dumą  – ale chodź, pokażę ci miejsce, gdzie mieszka dużo hipisów. Prowadzi mnie przez wąskie uliczki Santa Cruz, aż dochodzimy do obskurnego hoteliku. – To tutaj – pokazuje. Mają jeszcze wolne miejsce. – Ale uważaj na rzeczy – ostrzega – kiedyś tu mieszkałem, okradli mnie, wszystko co miałem zabrali, wszystkie materiały… – I jak sobie poradziłeś? – pytam. – Ktoś mi dał nici, ktoś kawałek drutu i jakoś powoli znowu mogłem sprzedawać. No, ale uważaj!

„Dom”, o którym się chwalił to barak na przedmieściach Santa Cruz. Ściany porasta grzyb, farba odpada płatami. Juan, bo tak ma na imię, śpi na podwieszonym pod sufitem hamaku. Czasem gotuje coś na gazowej kuchence. Naczynia myje na zewnątrz, w zlewie, gdzie również pierze i myje się. W kątach stoją bębny, niedokończone rzeźby, na podłodze leżą w nieładzie kawałki skóry, zęby zwierząt, pestki açai, kolorowe nici. – Widzisz, z tego będzie niezły naszyjnik – mówi pokazując rozrzucone kły – pewnie to był jakiś duży pies, ale powiem, że to zęby tygrysa, tak się lepiej sprzeda. Zobacz te pióra, są z Amazonii, tutaj takich nie dostaniesz.-

Co robić, żeby zarobić?

Codziennie chodzę na stałą miejscówkę, rozkładam moje rzeczy, patrzę na przechodniów z nadzieją, że coś kupią. Gdy któryś podchodzi obejrzeć, chętnie podaję, zachęcam, żeby przymierzyć. Tutaj technika „pierścionek życzeń” również jest znana, ale nie zawsze jest tak samo skuteczna. Uczę się wplatać kolorowe dredy we włosy. W Boliwii mówią na to simba.

artesanos - uliczni sprzedawcy rękodziełaDziewiętnastoletnia Clara z zazdrością patrzy jak młoda kobieta prosi mnie o simbę, i to taki najdroższy model, za 50 bolivianos. Następnego dnia kiedy obserwuję ją jak plecie bransoletkę, zasłania przede mną swoje dzieło. – Tylko nie pokazuj grindze jak się robi motylki – mówi do koleżanki.

Zarobione pieniądze przeliczam na jedzenie: żeby zjeść kolacje w pobliskim barze potrzebuję 8 bolivianos, na chleb, na banany, na kawę, kawałek sera, tyle i tyle. Muszę sprzedać kilka bransoletek, albo zapleść simbę, sprzedać kilka par kolczyków, albo naszyjnik. Jak się nie uda to będę głodna. No i jeszcze zapłacić za nocleg. 15 bolivianos.

Jeśli przez cały dzień nie udaje mi się nic sprzedać to nie pozostaje mi nic innego niż mangeo czyli podchodzenie do ludzi siedzących na ławkach, stojących na ulicy, pokazywanie im moich wyrobów i zachęcanie do kupna. Początkowo mam opory. Ale głód zwycięża. Z czasem wypracowuję strategię: „na gringę podróżniczkę”. – Dobry wieczór – mówię – mogę ci pokazać moje ozdoby? Mam bransoletki, kolczyki, naszyjniki. Żyję tylko z tego. Podróżuję po Ameryce Łacińskiej. To zawsze było moje marzenie. Jak coś kupisz to pomożesz mi je zrealizować. Wcześniej mówiłam, że jestem głodna, ale to było upokarzające. Czułam się jak żebraczka. Bycie „gringą podróżniczką” ma w sobie więcej godności.

Najlepiej schodzą cieniutkie bransoletki. Robię taką jakieś 15 minut, sprzedaję za 5 bolivianos. Czasem uda się sprzedać jakiś naszyjnik, albo kolczyki, albo najlepiej, zapleść simbę. Można przeżyć, ale nie daje się nic odłożyć. Nie tylko mi. Moi towarzysze, jak tylko coś zarobią kupują alkohol, narkotyki. Próbują zapomnieć. Nie muszą myśleć, że jutro znowu trzeba będzie iść na ulicę i walczyć o przetrwanie dnia.

„Chcę być jak tatuś”

Moi współlokatorzy przyjechali do Santa Cruz z Chile. Opowiadają mi o szlakach artesanos. – Są takie utarte szlaki, którymi rok w rok przemieszczają się setki hipisów – opowiada Pablo nie przerywając plecenia naszyjnika – od Argentyny i Chile przez Peru, wiesz tam jest mnóstwo turystów, do Ekwadoru, Kolumbii i Wenezueli. W Wenezueli podobno można dobrze zarobić, ludzie uwielbiają rękodzieło i dużo kupują. Ale tutaj w Santa Cruz też nie jest źle. Niektórzy docierają do Ameryki Środkowej, do Meksyku. Zapytaj Dario, on był.

artesano na ulicy boliwijskej Copacabany (fot: Szymon Kochański)

Dario był w Meksyku. Płynął też Amazonką, ale w Brazylii mu się nie podobało. Niewiele sprzedawał i często był głodny. – Dobrze mi tu w Santa Cruz – mówi. – Nie chcę już tyle podróżować. Tylko do Argentyny bym wrócił, zobaczyć córkę. Nie widziałem jej już dwa lata. Juanita ma 9 lat, jest bardzo zdolna. W szkole ma najlepsze oceny. A wiesz kim chce zostać w przyszłości? Mówi, że chce być jak tatuś.

Dario skończył cztery klasy podstawówki. Umie czytać i pisać. Wcześniej pracował sprzedając gazety na przejściu dla pieszych, myjąc szyby zatrzymujących się na światłach samochodów. Najlepiej wspomina pracę kierowcy, kiedy woził przesyłki dla znajomego księgowego. Ale potem jego firma upadła i Dario został zwolniony. Obecnego fachu nauczył się od brata, który pokazał mu jak robić uchwyty do kolczyków. Wkrótce Dario sam zaczął tworzyć ozdoby, najpierw dużo w technice macramé, potem z metalu. – Bycie artesano daje mi wolność – mówi – mogę podróżować, pojechać gdzie chcę.

Dario nie lubi mangeo. – Uważam się za artystę – mówi – chcę, żeby ludzie sami do mnie podchodzili i kupowali moje rzeczy dlatego, że są ładne. Ale czasem nie ma wyboru. Jeśli przez cały dzień nikt nic nie kupuje, nie pozostaje nic innego jak mangeo.

Biały proszek i biali ludzie

Wieczorem do pokoju, który dzielę z ośmioma innymi osobami, przychodzą Chilijczycy i jakieś dwie dziewczyny. Nie znam ich, pewnie też są artesanas. Pablo wysypuje biały proszek na stolik, formuje dwie linie. Wciąga. Mnie też zapraszają. – Jak to? Nigdy nie próbowałaś kokainy? – nie mogą się nadziwić. Jedna z dziewczyn – nie wygląda na więcej niż 17 lat – mówi mi, że ona to już tyle razy brała, że straciła rachubę. Druga szepcze mi na ucho, że tamta pewnie przez to poroniła. – Jesteś w ciąży? Bo jak nie to możesz śmiało brać – śmieje się.

Ty, gringa, dlaczego ty tym handlujesz? – pytają. – Nie mam hajsu – mówię, ale patrzą na mnie z niedowierzaniem. Pablo opowiada, że niektórzy gringos sprzedają rękodzieło dla zabawy, że widział jak się targują z kobietami na rynku, oferując bransoletkę, za kiść bananów. – A co taka mamita zrobi z tą bransoletką? Nawet jej zarobić nie dadzą! Dla nich to zabawa, a ona potem nie ma za co jeść… Czuję się nieswojo, jak intruz. Zerkają na mnie. W końcu Pablo, żeby mnie uspokoić mówi – No ale ty nie jesteś taka, ty jesteś swoja, mieszkasz z nami, jesz z nami, sprzedajesz z nami.- Chcę w to wierzyć, ale wiem, że to nieprawda.

Do Santa Cruz czasem przyjeżdżają gringos. – Wtedy można dobrze zarobić – mówi Dario. Następnego dnia przekonuję się co miał na myśli. Tuż koło naszej miejscówki przechodzi wysoki blondyn. – Amigo, come here! – Dario krzyczy jedyne zdanie, które zna po angielsku. Zaciekawiony chłopak podchodzi. Dario bierze go na stronę, na migi pokazuje, że może załatwić marihuanę. Dobijają targu. Dario znika. Wraca po pół godzinie i niepostrzeżenie wkłada chłopakowi do kieszeni małą paczuszkę. Dario uśmiecha się zadowolony. Przez kilka dni nie musi się martwić o zarobek. Szybko zwija rzeczy. – Chodź, idziemy coś zjeść – rzuca w moją stronę. – Może nawet starczy na bilet do granicy z Argentyną. W końcu zobaczę córkę – mówi.

Powracający głód

Żegnamy się z grupą artesanos i za ostatnie pieniądze kupujemy bilet do granicy. Dalej trzeba już jechać stopem. Wiele godzin stoimy na poboczu. Próbujemy kogoś zatrzymać. Jesteśmy coraz bardziej głodni. Nie ma nawet komu sprzedać bransoletki. Nagle ze stojącego nieopodal domu wychodzi starsza kobieta. Wręcza nam kanapki i owoce. Przyjmujemy je z wdzięcznością. Dario chce dać jej wisiorek, ale ona nie przyjmuje. Głodu już nie ma. Powróci. Ale na razie o tym nie myślimy.

W końcu, po pięciu godzinach zatrzymuje się biały pick-up. – Możecie jechać z tyłu – mówi kierowca – z przodu już nie ma miejsca. – Jedziecie do Salty? – Nie, skręcamy wcześniej, ale jakieś 200 km was podrzucimy.

Po kilku godzinach kierowca mówi nam, że musimy jechać objazdem, z powodu  zablokowanej drogi. – Tak to jest wybrać babę na prezydenta, nie radzi sobie z protestami – mówi zdenerwowany. Opowiada kawał o argentyńskiej kobiecie, którą mąż pobił bo nie sprzątała w domu. Jego kompan i Dario wybuchają śmiechem.

Skręcamy w wąską, rzadko uczęszczaną drogę. Jedziemy. Nagle spod maski zaczyna wydobywać się dym. Już nie jedziemy. Robi się ciemno. Komary tną bez litości. Nie ma zasięgu, nie ma jak wezwać pomocy. Po jakimś czasie przejeżdża zbłąkana ciężarówka. Zatrzymujemy ją. Pojawia się kolejny problem – skąd wziąć linę holowniczą? Dario oddala się od samochodów i po chwili wraca z kłębem drutu. Znalazł w krzakach. Ruszamy dalej. Głód powrócił.

Ideologia wolności?

Santa Fe, Argentyna. Zatrzymujemy się w skromnym baraku u brata Dario. Andrés i jego partnerka Barbie zaabsorbowani są Luną, ich kilkumiesięczną córką. Spędzam tam kilka dni. Siedzimy zamknięte w domu razem z Barbie. Jak mówi Dario, jesteśmy kobietami i powinnyśmy zająć się dzieckiem, zrobić trochę nowych bransoletek.

artesano w chilijskiej Antofagaście (fot: Juan Soriano)

Barbie, ma dwadzieścia kilka lat, włosy skręcone w dredy i żywe brązowe oczy. Pokazuje mi nowe techniki macramé i opowiada o swojej córce. – Wiesz, Kasha, ja uważam, że największym błędem mojej mamy było to, że mnie posłała do szkoły. Ja tego błędu nie powtórzę. Nakładli mi do głowy bzdur. Na przykład, że państwo nam pomaga, a wiem, że tak nie jest. Straciłam tyle lat życia na  edukację. Nawet poszłam na studia. Studiowałam matematykę. Ale zrozumiałam, że to nie jest życie dla mnie. W głębi duszy jestem hipiską. Teraz czuję się wolna. I chcę, żeby moja córka też była wolna. – A nie uważasz, że pozbawiając ją edukacji zamykasz przed nią wiele drzwi? – dopytuję. – Ja jej nie pozbawiam edukacji. Sama nauczę ją czytać, pisać, liczyć i wszystkiego co potrzebne. To moja córka i kocham ją. Chcę, żeby była wolna. Tak jak ja.

Słowo „wolność” słyszę z ust wielu artesanos. Często podkreślają, że to ich różni od innych. Julia, którą poznaję na targach rękodzieła, opowiada mi o swojej siostrze, pracującej w dużej firmie – To zupełnie inny świat – mówi – ona gardzi moim życiem. Nie dbam o to. Ja jestem wolna, ona nie. – podkreśla. Czasem to faktycznie kwestia świadomego wyboru. Jednak większość artesanos zakończyła edukację na etapie szkoły podstawowej i nie pozostaje im nic innego, jak tylko zajmować się słabo płatnymi zajęciami. Spośród opcji jakie daje im społeczeństwo, perspektywa bycia artesano jest dosyć kusząca. Daje poczucie wspólnoty, do której przynależność określa wybór wolności i bycie artystą. Artystą z ulicy, ale zawsze artystą. To brzmi dumnie.

Może taki wybór to chęć ucieczki. – Co robią twoi rodzice? – pytam Dario. – Ojciec nic. Ma problemy z alkoholem. Wszystko od razu wydaje. Utrzymanie rodziny jest na głowie matki, która sprząta u różnych ludzi. – odpowiada. Większość artesanos pochodzi z biednych, bardzo licznych rodzin mieszkających w slumsach, albo równie biednych wioskach. Dzięki opanowaniu fachu mogą podróżować. W końcu to zawód, który nie przywiązuje do żadnego konkretnego miejsca. Mogą się utrzymać, a raczej przetrwać z dnia na dzień.

Wszy atakują!

Od jakiegoś tygodnia bardzo swędzi mnie głowa. Skarżę się Barbie. Moje najgorsze przypuszczenia potwierdzają się: mam wszy. Kupuję w aptece specjalny szampon, ale nie pomaga. – Nie ma rady – mówi Barbie – musimy natrzeć cię naftą. Wszystkie wyzdychają. Też kiedyś miałam wszy i tak się ich pozbyłam – dodaje. Jestem przerażona, jednak postanawiam poddać się kuracji. Barbie starannie naciera mi głowę. Piecze. 15 minut dłuży się niemiłosiernie. W końcu mogę spłukać. Moje włosy cuchną obrzydliwie, ale przynajmniej nic nie swędzi. Skóra schodzi mi płatami przez następne dni.

W jednym z parków w Santa Fe poznaję grupę artesanos. Opowiadam im o moich zmaganiach. Jeden z nich mówi, że wszawicy pozbył się spryskując sobie głowę Raidem. Jakoś trzeba sobie radzić – puentuje. Inny narzeka, że strasznie boli go ząb. Kupuje środki przeciwbólowe i na jakiś czas o tym zapomina. Ktoś inny opowiada, że miał żółtaczkę i trafił do szpitala dopiero jak stracił przytomność. Każdy z nich wie, że jeśli jednego dnia nic nie sprzeda, drugiego nie będzie miał co jeść, czym zapłacić za nocleg.

Epilog

Przed powrotem do Polski Dario podarował mi trochę rękodzieła. Przecież w Europie ludzie są tacy bogaci, a przede wszystkim płacą w euro. Gdy w Warszawie rozpakowałam plecak, otworzyłam sakiewkę od Dario. Była tam bransoletka ze skóry tygrysa, wisiorek z zębów rekina, naramiennik z kręgów lwa. Zrozumiałam, że to śmieci. Sztuka z latynoamerykańskiej ulicy, jest tam sztuką dla ubogich. Tutaj nie ma żadnej wartości. Być może na chwilę przyciągnie wzrok, zainteresuje swoją historią i egzotycznym pochodzeniem. Nikt takich ozdób nie założy. Zęby rekina są zębami psa, kręgi lwa należały do kota. Kłamstwo o ich pochodzeniu ma nadać ozdobom jakąś wartość. Tak jak „ideologia wolności” ma przesłonić zwykłą biedę. Nieważne ile ozdób zrobi Dario. Nigdy nie wyrwie się z ubóstwa.

Prześlij dalej:

About Katarzyna Baran

Pasjonatka Ameryki Łacińskiej. Skończyła stosunki międzynarodowe i psychologię na UW. Wiele miesięcy spędziła na latynoskiej ziemi. Rozmawiała z meksykańskimi guerrilleros, tańczyła forró na północy Brazylii, piła mate z gauchos i rum na Kubie, sprzedawała bransoletki na boliwijskich ulicach, przejechała stopem z Gwatemali do Panamy. Najbardziej zachwyciła ją Brazylia – chce wrócić tam na stałe.

W sieci:

Inne teksty na tierralatina.pl

5 reakcji na "Sztuka z ulicy"

  1. Michał  25/08/2010 o 12:16

    Nowa twarz na tierralatiana. Jestem pod wrażeniem! Oby tak dalej.

    Odpowiedz
  2. conejoinfernal  25/08/2010 o 18:23

    Świetny tekst, dobrze dla tierralatina.pl, że się tu pojawił 🙂

    Odpowiedz
  3. Aleksandra  25/08/2010 o 20:28

    Smutna rzeczywistość. Tacy „artesanos” rzeczywiście często są synonimem handlarzy narkotyków, tak jak pisze Kasia – mało w tym sztuki. Zaczęłam myśleć, że te ozdoby są tylko przykrywką dla bardziej dochodowego zajęcia, jakim jest właśnie handel narkotykami. No i oczywiście cała ta otoczka egzotyki, „mityzacja” psich kłów itd. – wszystko bardzo ciekawie napisane.

    Odpowiedz
  4. tomaszmmarte  03/09/2010 o 03:45

    Poruszający tekst. Wielki szacunek dla autorki.

    Odpowiedz
  5. Szymon  06/09/2010 o 20:34

    Ciekawy tekst. Cieszę się, że wykorzystaliście moje zdjęcie.

    Zapraszam do obejrzenia mojego miniprojektu „Babilonia” pokazujący sylwetki kilku artesano napotkanych w Boliwii:
    http://www.mywayaround.com/category/projects/babilonia/

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.