Franklin Brito – smierć człowieka, narodziny symbolu?


Wenezuelski rolnik Franklin Brito przed ponad 7 lat walczył z rewolucyjną anarchią i bezprawiem w swym kraju. Bezskutecznie. W miniony poniedziałek zmarł  w wojskowym szpitalu w Caracas, w którym od miesięcy przetrzymywano go wbrew jego woli. Czy stanie się symbolem korupcji i bezkarności reżimu Hugo Cháveza?

Dramat rodziny Brito rozpoczął się 2003 roku. Franklin, biolog z wykształcenia, właściciel niespełna 50-hektarowego gospodarstwa w odległym od Caracas stanie Bolivar, był też wówczas nauczycielem w jednej z lokalnych szkół podlegających ministerstwu rolnictwa. I sprzeciwił się lokalnemu rewolucyjnemu kacykowi-merowi, który zupełnie niepotrzebnie – uważał Brito – namawiał okolicznych rolników do masowego stosowania pestycydów w walce z grzybem atakującym lokalne uprawy pochrzynu.

Tamten, jak się szybko okazało, krytyki jednak nie zniósł i postanowił sie zemścić – podzielił część ziem Franklina Brito wśród jego sąsiadów i bezrolnych chłopów, rozdając wszystkim stosowne akty własności. Oraz sprawił, że ministerstwo zwolniło go, a także jego żonę, z posad rolniczych doradców.

W listopadzie 2004 roku rolnik pozbawiony swego majątku i pracy przyjechał protestować do wenezuelskiej stolicy. Był to jego pierwszy strajk głodowy. I w dodatku zakończony, wydawać się mogło, sukcesem – urząd prezydenta Hugo Cháveza oficjalnie obiecał zbadać sprawę.

Skończyło się jednak wyłącznie na obietnicach – w 2005 roku Brito, zniecierpliwiony oczekiwaniem, wrócił więc do Caracas i – aby ponownie zwrócić na siebie uwagę – nie tylko głodował, ale też zaszył sobie usta. –Mój protest nie ma podłoża politycznego, chcę tylko odzyskać swą własność – ziemię którą sam, za ciężko zarobione pieniądze, zakupiłem.– tłumaczył w listach wysyłanych do mediów, urzędów i instytucji.

Władze uparcie go jednak ignorowały. Dopiero gdy, w geście rozpaczy, publicznie odciął sobie mały palec lewej ręki coś się ruszyło. Ówczesny minister spraw wewnętrznych, Jesse Chacon,  przyznał publicznie że w sprawie Brito doszło do nadużyć i obiecał interwencję, w wyniku której rolnik otrzymał ponownie akt własności swych ziem, oraz odszkodowanie za wyrządone szkody w jego gospodarstwie.

I tym razem sprawa jednak się definitywnie nie zakończyła – Brito niby miał akt własności, ale wciąż nie mógł poświęcić się rolniczej eksploatacji swych terenów. Wbrew oficjalnym obietnicom z ziem Franklina Brito nie zostali bowiem usunięci, nasłani tam przez lokalne władze, okupanci, którzy zdążyli sobie jego teren pogrodzić. Co więcej, przekazane mu w ramach odszkodowania maszyny rolnicze nie posiadały żadnych dokumentów. Nie można było ich ani zarejestrować, ani ubezpieczyć.

Zdezesperowany Brito, w 2006 roku, ponownie zaczął głodować. A ponieważ tym razem sprawa zaczęła się robić naprawdę głośna, ministerstwo rolnictwa dość szybko zaproponowało mu, że ureguluje jego sprawę w zamian za oświadczenie, że nigdy nie doszło do żadnych nadużyć, a jego gospodarstwo nie zostało rozkradzione. Rolnik się na to nie zgodził, ale przerwał głodówkę i próbował dochodzić swych praw w sądach. Bezskutecznie – sędziowie uznali, że sprawę należy wyjaśnić administracyjnie.

Franklin Brito

W marcu tego roku Brito, wciąż pozbawiony swego majątku, jeszcze raz zaczął głodować. Miał nadzieję – tłumaczył – że w wyborczym roku władze wykażą większą skuteczność. –Ja tylko chcę odzyskać to, co jest moje– tłumaczył. Tym razem jednak to sądy– być może właśnie z powodu tych zbliżających się wyborów – okazały się nadzwyczaj szybkie i wydały decyzję o… przymusowym umieszczeniu Franklina Brito w wojskowym szpitalu. Oficjalnie „w trosce o zdrowie i życie obywatela”.

Wiceprezydent kraju, Elías Jaua, cynicznie tłumaczył kilka tygodni póżniej, że protest rolnika nie ma żadnych podstaw:  –Franklin Brito ma przecież potwierdzone wszelkie tytuły własności– zadeklarował. Brito głodówki nie przerwał – tym razem protestował dodatkowo przeciw uwięzieniu go w szpitalu. –Chcą zrobić z niego wariata – denerwowała się rodzina.

W miniony poniedziałek Franklin Brito, wciąż w wojskowym szpitalu, zmarł. Oficjalnie na zawał serca. Miał 49 lat, 190 cm wzrostu i 38 kg wagi…

W oświadczeniu wydanym kilkanaście dni przed śmiercią, opublicznionym za pośrednictwem swej żony, głodujący rolnik napisał: –Zajęcie mojego majątku jest drastycznym przykładem panującej w naszym kraju korupcji. Nie sądzę, że prezydent Chavez jest za to bezpośrednio odpowiedzialny, ale – mimo wszystko – powinien wyjaśnic tą sytuację. Zwłaszcza że dwukrotnie jego urząd wydał decyzje na moją korzyść, które pozostały tylko na papierze. Wiele razy, w różne sposoby, starałem się wyegzekwować moje prawa i preyzdent o tym wie. Dlatego uważam, że ponosi odpowiedzialność za to co się stanie.

Działacze socjalistycznej partii Cháveza już – prewencyjnie – atakują, oskarżając opozycję o „polityczną nekrofilię” i ostrzegając, że będzie ona próbować wykorzystać smierć Brito w finiszu kampanii przed zaplanowanymi na 26 września wyborami parlamentarnymi.

Ale trudno aby tak się nie stało. Zwłaszcza, że rodzina zmarłego sama apeluje aby stał się on symbolem walki o coraz częściej w Wenezueli gwałconą przez władze prywatną własność, oraz sprzeciwu przeciw korupcji i bezkarności aurzędników. Jego bliscy ostrzegają też, że walkę o odzyskanie rodzinnego majątku będą kontynuować.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.