Ciudad Perdida – miasto odnalezione


Wydanie II poprawione „Podróżnika WC” pojawiło się właśnie w księgarniach. Przekartkowałam i tuż przy końcu natrafiłam na rozdział Wakacje, który zaczyna się tak: „Rok 1995. Wyprawa do Kolumbii”. Dalej jest o odkrywaniu przez pana Wojciecha Cejrowskiego Ciudad Perdida, czyli Zaginionego Miasta. Piętnaście lat temu były to zupełnie inne warunki (i oczekiwania), niż dziś. Tylko droga, którą przebyliśmy, niemal ta sama. Oto opis naszej „wspólnej” wyprawy.

podstawowy środek transportu w Sierra Nevada de Santa Marta

Wystartowaliśmy z wioski La Tagua. Na osła zapakowaliśmy jedzenie na sześć dni, na plecy bagaż potrzebny do przeżycia niemal tygodnia w dżungli. Pan Wojtek miał trochę więcej szczęścia z pogodą: „Parno do tego stopnia, że po pierwszej kilkuminutowej kąpieli w strumieniu moja koszula nie wyschła już nigdy przez następne osiem dni”. I to się akurat sprawdziło. Nam, oprócz koszul, nie wysychały buty, skarpety, spodnie, śpiwory i plecaki… Przez pierwsze trzy dni lało.

Szliśmy wąziutką ścieżynką w tunelu listowia. Tak wąziutką, jak kopyta objuczonych osłów, które ją wydeptały. Te zwierzęta, niestety, stawiają nogi jedna za drugą, więc wydeptały rowek szerokości piętnastu centymetrów, w który trzeba było celować stopami, balansując jak na żerdzi”. W naszym przypadku rowek ten – w wyniku nieustannych deszczy – był całkowicie wypełniony błotem. My już nie balansowaliśmy, my walczyliśmy o życie! Trudy przedzierania się przez dżunglę rekompensowały zachwycające krajobrazy Sierra Nevada de Santa Marta i miejsca, gdzie nocowaliśmy na początku wyprawy. Malownicze chatki kryte trzciną, położone wśród bananowców i drzew mandarynkowych, doglądane przez Indian z plemienia Kogi.

Alto de Mira – jedno z obozowisk na trasie do Ciudad Perdida

Stanowili oni w stosunku do nas, upapranych w błocie, pogryzionych przez setki komarów, w zawilgoconych i mocno sfatygowanych ubraniach, niezwykły kontrast. Byli odziani w białe zgrzebne koszule-sukienki. „Poprawna nazwa takiego stroju to cushma” – poucza w książce pan Wojciech. Mężczyźni mieli przez ramię przewieszone torby, w których znajdowały się liście koki, a w rękach trzymali tykwy, do których co chwilę wkładali długi patyk, a przedtem koniec tego patyka lizali. Tykwa (zwana el poporo) zawierała sproszkowane muszelki z Morza Karaibskiego, czyli po prostu wapno. W kontakcie z liśćmi koki wzmaga ono ich działanie – tyle się przynajmniej dowiedzieliśmy od naszego przewodnika Miguela. A gdy Indianie trochę już się z nami oswoili, to nawet nas tym jednym i tym drugim chcieli poczęstować…

Z żalem opuszczaliśmy Filo Cartagena, w pełnym składzie (6 osób + przewodnik i kucharz). To ważne, bo z tego miejsca pan Wojciech wspomina taką oto rozmowę ze swoim przewodnikiem: „– Słuchaj, ale nikt inny poza tobą nie idzie dalej. Prawdę mówiąc… myśmy nigdy dalej nie chodzili. (…) Wilson wziął głęboki oddech i powiedział mi całą prawdę i tylko prawdę: wszyscy turyści, których do tej pory prowadzał w góry, szli tu dla taniej koki. Ciudad Perdida to było hasło. Najwytrwalsi dochodzili do tego punktu, tak że ani Wilson, ani nikt inny nie znał dalszej drogi…

schody prowadzące do Ciudad Perdida

Cóż, trochę się przez te 15 lat zmieniło. Owszem, krzaki koki nadal rosną tu i ówdzie, ale turyści są bardziej zmotywowani, żeby jednak to Zaginione Miasto zdobyć. Trzeciego dnia doszliśmy więc do campu, z którego następnego poranka mieliśmy wyruszyć do Ciudad Perdida. Ścieżka dobrze wydeptana, do pokonania 1200 schodów – do pierwszej terasy! Łatwo nie było.

Zaginione Miasto to nieciekawe rumowisko głazów, skał i kamieni rzecznych – tam się nawet nie chce wyciągać aparatu fotograficznego. Chyba że pojawią się zwierzęta; głównie małpy” – tyle pan Wojciech. Hm, po małpach ani śladu, jedynie kot, całkiem udomowiony, towarzyszył nam w zwiedzaniu. No i nikt z nas nie był tym „rumowiskiem” rozczarowany, wręcz przeciwnie. Spacerując po soczyście zielonych terasach czuje się ducha Indian Tairona.

Założyli to miasto w VI wieku i rozbudowywali je aż do XV, kiedy pojawili się konkwistadorzy. W okresie rozkwitu, pod koniec XIV wieku mieszkało tam ok. 4 tysięcy Indian. Państwo było zhierarchizowane, miało rozbudowane struktury społeczno-polityczne i było wysoce zaawansowane pod względem ówczesnej technologii i inżynierii. Jeszcze dziś można podziwiać niezwykle precyzyjnie poukładane kamienie wokół teras, które zapobiegały m.in. ich osuwaniu się i podmywaniu przez wodę. Cisza, spokój i jakiś rodzaj świętości unosił się tutaj. Miguel wyjaśnił, że Ciudad Perdida nadal traktowane jest jako miejsce kultu. Raz w roku zbierają się tu Indianie na swoje rytualne uroczystości i wtedy żaden turysta nie ma wstępu.

Powrót do cywilizacji odbywa się już bardzo uczęszczanym szlakiem, który wybiera większość grup. W przeciwieństwie do pierwszej części naszej trasy, ta tutaj była „autostradą wśród bananowców”. Nawet się specjalnie nie pobrudziliśmy. Campy, w których się nocuje, są już przygotowane na tzw. „masowego turystę”. I po Indianach ani śladu…

Jeśli będziecie więc rozważać kiedyś wyprawę do Zaginionego Miasta „z indiańskimi przewodnikami i tragarzami, ze wszystkimi kłopotami, nadludzkim wysiłkiem, bez mapy…” to gorąco z panem Wojtkiem rekomendujemy wystartować w La Tagua :).

Warto wiedzieć:

  • koszt 6-dniowego trekkingu to ok. 150-180 USD (w zależności od kursu peso), trzeba obowiązkowo wziąć przewodnika – szlak z La Tagua do El Mamey oferuje kilka biur, m.in. Expotur-Eco z Tagangi, oni dowożą jeepem na miejsce wymarszu i odbierają na mecie.
  • jeśli ktoś ma wrażliwy żołądek, warto zabrać tabletki uzdatniające wodę (nam się przydały, bo wodę do picia bierze się z rzek)
  • na komary nie pomaga prawie nic, niestety, ale choć trochę odstrasza Nopikex – rodzaj mydła, do kupienia w miejscowych aptekach, o innych specyfikach z Polski lepiej zapomnieć
  • fajnie mieć jakieś drobiazgi dla indiańskich dzieci (niekoniecznie cukierki – psują zęby!)
  • dla fotomaniaków: przydadzą się szczelne pokrowce na aparaty (bardzo duża wilgoć) i wystarczająca liczba kart i naładowanych baterii – prądu z kabla brak 😉

Cytaty z „Podróżnika WC ” Wojciecha Cejrowskiego, wznowionego w tym roku przez wydawnictwo Bernardinum z Pelplina.

Tekst i zdjęcia: Monika Bębnowska – konsultant z wyboru, podróżnik z zamiłowania. Z mocnym skrzywieniem na Amerykę Południową.

Book Hostels Online Now

Prześlij dalej:

5 reakcji na "Ciudad Perdida – miasto odnalezione"

  1. Chavez  17/12/2010 o 23:16

    Bardzo ciekawy i dowcipny artykuł. Widzę, że portal Tierralatina.pl odchodzi od polityki i bardzo dobrze.

    Odpowiedz
    • Maria  18/12/2010 o 00:11

      Tekst rzeczywiście fajny i opisane miejsce ciekawe. Niemniej niech barwna latynoska polityka w żadnym wypadku nie znika ze stron serwisu. Wszak to sól tej latynoskiej ziemi! I, co więcej, mało jest w polskim internecie miejsc, w których można o niej poczytac!

      Odpowiedz
  2. Chavez  20/12/2010 o 11:59

    @Maria,
    Nie śmiem protestować; barwna polityka latynowska mi się podoba, nie podoba mi się tendencyjność w polityce.

    Odpowiedz
  3. WA Zdaniewski  24/01/2013 o 23:14

    Ciudad Perdida – miasto odnalezione, jest to relacja phony-balony. Zarowno autorki jak i Cejrowskiego. Total bulshit!
    Jak sie poswieca czas i pieniadze na podroze na drugi koniec swiata to warto dolozyc troche staran i nauczyc sie czegos ryz okazji!

    Odpowiedz
    • latinbrand  25/01/2013 o 09:01

      A może coś konkretnie? I kulturalnie? Zamiast pluć, obrażać i przeklinać lepiej byłoby chyba podzielić się swoją wiedzą. Z wielką ochotą przeczytam. I pewnie inni też.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.