Tragedia jachtu Nashachata

Polski jacht żaglowy Nashachata, płynący z Antarktydy do argentyńskiego portu Ushuaia, rozbił się w poniedziałek na południu tego kraju. Uratowano pięciu członków jego załaogi. Dwóch niestety nie żyje.


Po wielu godzinach poszukiwań, ekipy ratownicze argentyńskiej Marynarki Wojennej odnalazły, we wtorek po południu czasu argentyńskiego, ciała dwóch – uważanych wcześniej za zaginionych – członków załogi polskiego jachtu S/Y Nashachata. Nieżyjący, to dowodzący jednostką w momencie wypadku kapitan Marek Radwański, oraz jego brat Paweł. Pozostałych pięciu członków załogi jachtu uratowano.

Warunki pogodowe w rejonie w którym nawigował w poniedziałek polski jacht były bardzo ciężkie. Wiatr w porywach osiągał siłę 11 stopni w skali Beauforta, fale sięgały 5 metrów, temperatura była bliska 0 stopni i padał zamarzający deszcz ze śniegiem. Jako pierwsze wezwanie o pomoc z polskiego jachtu odebrały chilijskie służby ratunkowe w Puerto Wiliams już w poniedziałek rano. Tamtejsza Marynarka Wojenna natychmiast postawiła w stan gotowości swą jednostkę LSG Alacalufe, jednak pozycja podana przez polską załogę wskazywała, że znajdują się się oni już na argentyńskich wodach terytorialnych. Służby chilijskie zaalarmowały więc swych sąsiadów, a ci na poszukiwania wysłali holownik ARA Francisco de Gurruchaga. I to właśnie ten okręt, w poniedziałek wieczorem, odnalazł polską jednostkę w okolicach położonej u wejścia do kanału Beagle zatoki Sloggett.

View Zatoka Sloggett in a larger map

Niestety pogoda uniemożliwiła ratownikom jakąkolwiek natychmiastową próbę ewakuacji załogi. Lokalny szef operacji ratunkowych argentyńskiej Marynarki Wojennej, kapitan fregaty Alejandro López, tłumaczył wówczas, że załoga holownika zdołała jednak dojrzeć polski jacht „noszący wyraźne ślady konfrontacji ze sztormową pogodą, w tym złamany maszt”, oraz znajdujących się na brzegu członków jego załogi. Dodał, że nie wiadomo jaki jest stan ich zdrowia, gdyż z rozbitkami nie ma żadnej łączności. Potwierdził jedynie, że na widok holownika Polacy wystrzelili dwukrotnie czerwoną flarę oznaczającą wzywanie pomocy.

ewakuacja rozbitków, w tle – na brzegu – przewrócona Nashachata (fot: Armada Argentina)

ARA Francisco de Gurruchaga przez całą noc krążył w pobliżu polskich rozbitków, czekając na ewentualną poprawę pogody. Przeprowadzenie akcji ratowniczej od strony lądu nie było alternatywą, gdyż w takich warunkach pogodowych dotarcie do załogi Nashachata zajęłoby co najmniej półtora dnia. Wykluczone było też użycie śmigłowca, gdyż najbliższy mogący latać w taką pogodę znajdował się w… Buenos Aires, czyli w odległości 3500 km.

We wtorek przed południem wiatr i fale uspokoiły się na tyle, że załoga holownika zdecydowała się spuścić na wodę ponton z ratownikami. Gdy ci dotarli do rozbitków okazało się, niestety, że z 7-osobowej załogi na lądzie przebywa tylko piątka. Dwie osoby, według relacji znalezionych Polaków, wpadły do wody w momencie, gdy w poniedziałkowe popołudnie, pozbawiona steru Nashachata uderzyła o podwodne przybrzeżne skały, podczas próby sztrandowania – powiedział serwisowi tierralatina.pl rzecznik prasowy argentyńskiej Marynarki Wojennej.

wrak polskiego jachtu w zatoce Sloggett (fot: Armada Argentina)

Ewakuowani żeglarze to, poza bosmanem Wojciechem Kowalikiem, znane w polskim biznesie osobistości:Artur Olender – były prezes Domu Maklerskiego Penetrator z Krakowa, Marek Borzestowski – jeden z założycieli Wirtualnej Polski, Michał Lach – założyciel i współwłaściciel spółki K2 Internet i Piotr Majcherkiewicz – były prezes Wola Info i współzałożyciel serwisu gruper.pl. Z kolei uznani początkowo za zaginionych to kapitan jachtu Marek Radwański – wiceprezes i jeden z udziałowców Intersport Polska, oraz jego brat Paweł.

Służby ratownicze argentyńskiej Marynarki Wojennej natychmiast rozpoczęły poszukiwanie zaginionych braci. Do akcji wkroczył szybki patrolowiec ARA Intrépida, na pokładzie którego znalazło się 14 komandosów wyszkolonych w przeszukiwaniu wybrzeża na motorówkach typu Zodiac, oraz ekipa medyczna. Ubezpieczyciel jachtu poprosił też o użycie cywilnego śmigłowca.

ciało jednego z nieżyjących członków załogi jachtu Nashachata przetransportowano do Ushuaia śmigłowcem (fot: Armada Argentina)

I to właśnie jego załoga wypatrzyła z powietrza ciała obu zaginionych. Po kilku godzinach ponownej walki z pogodą udało się ratownikom je zabrać i przetransportować do Ushuaia. Tam także trafią uratowani, spośród których jeden jest ranny w głowę. Jego życiu nie zagraża jednak niebezpieczeństwo. Pozostała czwórka nie odniosła fizycznych obrażeń, choć na pewno wszyscy trafią do szpitala w Ushuaia na obserwację. Będą też musieli złożyć odpowiednia zeznania, gdyż argentyńska prokuratura wojskowa, zgodnie z obowiązującymi procedurami, już wszczęła śledztwo ws. wypadku polskiego jachtu

jacht podczas rejsu testowego w 2007 roku (fot: conceptsailing.org)

Jacht S/Y Nashachata była nową jednostką, która swój pierwszy rejs testowy wykonała w październiku 2007 roku. Ten 15-metrowy rigiel zaprojektowany został właśnie z myślą o wyprawach w regiony polarne. W 2008 roku jacht wyruszył z Gdańska w gigantyczną, mająca się zakończyć dopiero w przyszłym roku, podróż.

W jej trakcie Nashachata przepłynęła przez Atlantyk, opłynęła wschodnie wybrzeże Ameryki Południowej, pokonała Horn, a następnie okrążyła Ziemię, zawijając do portów m.in. w RPA,  Australii, Nowej Zelandii, francuskiej Polinezji i na chilijskiej Wyspie Wielkanocnej.

15 listopada tego roku jacht zamknął krąg ponownie mijając przylądek Horn. Przez cały ten czas zmieniały się załogi i kapitanowie jednostki.

30 listopada Nashachata, z nową załogą pod dowództwem kapitana Marka Radwańskiego wyruszyła z Ushuaia w rejs na Antarktydę. Kapitan jescze w minionym tygodniu meldował:

WITAM! STOIMY W PORT LOCROY POZ.64 49 43S 63 28 95W PLANUJEMY POBYĆ NA ANTARKTYDZIE DO CZWARTKU. W PIĄTEK PLANUJEMY ROZPOCZĄĆ POWRÓT. POZDRAWIAM MAREK.

Armatorem jachtu jest krakowski żeglarz i biznesmen Zbigniew Jałocha.




Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

65 reakcji na "Tragedia jachtu Nashachata"

  1. obserwator  14/12/2010 o 12:48

    Ciekawe, czy też byli ubezpieczeni w PZU?

    Odpowiedz
    • Kasia  14/12/2010 o 20:09

      Komentarz nie na miejscu.

      Odpowiedz
      • obserwator  14/12/2010 o 20:36

        Przepraszam, ale gdy go pisałem nic nie wskazywało na to, że (poza zniszczonym jachtem) nie będzie happy-endu.

        Odpowiedz
  2. Ella  14/12/2010 o 21:19

    Każdy rejs to ryzyko, ale rejs w tamte rejony to ryzyko zwielokrotnione. Kiedyś, jako początkująca żeglarka, zapytałam uczestnika rejsu do przylądka Horn na naszym klubowym RIGLU s/y”Wojewoda Koszaliński” jak tam było, a on mi odpowiedział poważnie: „Nie płyń tam, babo”…

    Odpowiedz
    • K  16/12/2010 o 13:14

      bez przesady…. jak się zna te akweny i ma respekt przed żywiołem, nie jest tak strasznie….. faktem jest, ze warunki są zmienne. My tuz pod samym Hornem musieliśmy w ucieczce przed wielkim sztormem zawracać w okolice Puerto Toro i tam czekać dwa dni. Nie znamy szczegółów, być może inne czynniki poza pogoda miały wpływ na te tragedię?

      Odpowiedz
  3. bieszczadnik  14/12/2010 o 23:46

    Jacht sztrandował, jest to manewr polegający na celowym osadzeniu jednostki na lądzie w tym przypadku zapewne w celu ratowania załogi.
    Sam manewr sztrandowania nie jest uznawany za wypadek!

    Odpowiedz
  4. RZeglaSZ  15/12/2010 o 00:03

    Jak oni moga pisac ze tych dwoch braci nie zyje jak jeszcze trwa akcja ratunkowa a nikt tam nie dotarl do nich jeszcze i nie ma tam lekarza aby stwierdzic zgon.

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  15/12/2010 o 00:11

      Naprawdę wolałbym aby było inaczej, ale informacja o zakończeniu akcji i podjęciu obu ciał jest jak najbardziej oficjalna, na piśmie, i pochodzi z dowództwa argentyńskiej Marynarki Wojennej.

      Odpowiedz
  5. taaa  15/12/2010 o 00:13

    to nie byli bracia, tylko ojciec i syn. przetrwanie w wodzie o temp. ok 5 stopni i temperaturze powietrza ok. 0 stopni przez dobę jest niemożliwe.

    Odpowiedz
  6. RZeglaSZ  15/12/2010 o 00:48

    to sa bracia Pawel i Marek
    znam osobiscie !

    Odpowiedz
  7. Tomek Surdel  15/12/2010 o 01:20

    Komunikat argentyńskiej marynarki wojennej mówił początkowo o rodzeństwie. Później jednak zmieniono tą wersje na ojca z synem.

    Odpowiedz
    • Janusz  15/12/2010 o 07:13

      I ta pierwsza wersja była prawdziwa ! To są bracia; MR ma 2 córki !

      Odpowiedz
      • lucja wasowska  16/12/2010 o 12:56

        Paweł Radwański rownież ma dwie córki. 4 i 12 lat.

        Odpowiedz
  8. monika donner  15/12/2010 o 01:32

    Proszę Was, Michał Lach jest moim partnerem. Przeżył. Nie przeżyli Marek i Paweł Radwański. To wielka strata i ból rodzin.Teraz pozostaje refleksja, współczucie i modlitwa. To straszna tragedia. Wszyscy byli żeglarzami, pełnymi pasji i miłości do przygody.Nie ma tu winnych. Pozostaje ból i żal, dla rodzin Marka i Pawła. Na tym się należy skupić. Proszę o powściągliwość.

    Odpowiedz
    • Adam  16/12/2010 o 13:24

      Z tego co wiem nie wszysscy byli żeglarzami a już na pewno nie doświadczonymi. Chwalenie się że jest Twoim partnerem jest nie na miejscu bo co na to jego żona?

      Odpowiedz
  9. america latina  15/12/2010 o 08:56

    bardzo silne wiatry i silne prądy łączących sie dwoch oceanow tworza w tym rejonie pieklo.
    temperatura wody jest bliska zera stopni celsjusza.
    jezeli rozbitek nie dostanie sie do brzegu w przeciagu kilku minut, jego szanse na przezycie schodza do poziomu temperatury wody.
    i to wlasnie budzi najwiekszy strach, poza tym ze w przypadku problemu nie tak latwo znalezc miejsce do wyladowania.

    Odpowiedz
  10. Michal  15/12/2010 o 09:01

    @monika. Masz racje, dzieki za ten komentarz. Jesli znasz rodziny marka i pawla to przekaz prosze mysle ze od wszystkich zeglarzy wspolczucie i smutek. 2,5 roku temu szukalismy tam jachtu zeby sie zaokretowac. Wtedy tez rozbil sie polski jacht ale morze nikogo nie pokonalo.

    Odpowiedz
    • Kris  15/12/2010 o 15:50

      @Monika & Michal
      I ja sie podpisuje, wyrazy wspolczucia prosze przekazac wszystkim…
      spotkamy sie wszyscy tam w Fidllers Green…

      …tak 13 marca zatonela…

      ps. do Moderatora prosilbym o lekkie zmoderowanie co niektorych bo to ani nie czas ani nie miejce…

      Odpowiedz
  11. Bożena  15/12/2010 o 09:22

    Współczuję rodzinom Pana Marka i Pawła. To straszne. Tak bardzo żal mi, kiedy pomyślę co musieli przeżywać w tej wodzie. Boże miej ich w swojej opiece.

    Odpowiedz
  12. slawek bosman zgodka  15/12/2010 o 09:35

    ……. …….

    Odpowiedz
    • slawek bosman zgodka  15/12/2010 o 09:38

      na helu sptkalem jacht jak byl trymowany przed wyprawa

      Odpowiedz
  13. jacek  15/12/2010 o 09:39

    jest to piaty polski maszt złamany w ostatnim czasie – to warto poddac analizie

    Odpowiedz
  14. jacek  15/12/2010 o 09:45

    sorry pomylka to 6-ty maszt po 3-ch POGORII i 2-ch CHOPINA.

    Odpowiedz
  15. pozostaje zal  15/12/2010 o 11:13

    pozostaje zal, smutek i łączę sie w bolu z rodzinami, a uratowanym …ciesze sie ze zyjecie i szczerze wspolczuje wydazenia

    Odpowiedz
  16. Janek  15/12/2010 o 11:21

    Szkoda ludzi. Ot i tyle.

    Odpowiedz
  17. AdamDD  15/12/2010 o 12:09

    Nie ma znaczenia powód katastrofy, ludzki błąd, niedoskonałość sprzętu czy ekstremalne warunki. Zawsze jest niepewność, jest wkalkulowana w pływanie. Byli bardzo dzielni i odważni, płynąc przez tak trudny akwen. Współczujmy bliskim, rodzinie, znajomym.. Nie znałem ich. Załoga już zawsze będzie pamietać te chwile, to zostaje w człowieku na lata. W dramacie śmierci jest paradoks, szczęście ocalonych, oni żyją. Ściskam Wasze ręce. Z wyrazami szacunku. Adam Dawczak-Dębicki

    Odpowiedz
  18. Kris  15/12/2010 o 13:22

    Odeszli na Wieczną Wachtę [*]

    …i gdzie ja sie tam pcham

    Odpowiedz
  19. Nieburak  15/12/2010 o 15:04

    A co z jachtem? OcalaL? Nie zatonal ? To jest nastepny przyklad , ze nie nalezy do konca opuszczac jachtu , bo na nim mimo wszystko jest najbezpieczniej! Bywa wiele przypadkow znajdywania opuszczonych przez zeglazy jachtow w czasie sztormu. Ze strachu opuszczaja jednostke na tratwie ratunkowej i slad po nich ginie! A jacht pokiereszowany , z polamanymi masztami , plynie sam….dalej w dryfie!

    Odpowiedz
  20. Marcin Stankiewicz  15/12/2010 o 15:37

    Wielka tragedia i przedewszystkim kondolencje dla rodzin. Spotkałem jacht przed samym jego wypłynięciem z Ushuaia – gaworząc z Wojtkiem przy herbacie wsłuchiwałem się fałom na wietrze. Pogoda zmieniała się z godziny na godzine. Strasznie mi przykro że po naszym spotkaniu na końcu świata ja wczoraj wylądowałęm w Polsce a ich dotkneła tak tragedia. Pamiętam jeszcze jak rozważałem wzięcia udziału w rejsie.

    Odpowiedz
  21. Andrzej Król  15/12/2010 o 15:55

    Jutro rano odprawię Mszę św. w Ich intencji. Niech odpoczywają w pokoju. Kondolencje dla najbliższych.

    Odpowiedz
  22. ashantee  15/12/2010 o 16:47

    Uwaga! Ja znam 3 kapitanów Marków Radwańskich. Stąd pewnie to zamieszanie, czy ma synów, czy córki i czy płynął z bratem.
    Ten, który zginął na Nashachata miał rzeczywiście dwie córki. I płynął z bratem.

    Odpowiedz
  23. RYSZARD  15/12/2010 o 21:30

    Jeszcze jedna tragiczna lekcja , wyciągniemy z niej wnioski dla siebie

    Odpowiedz
  24. icyna  15/12/2010 o 22:26

    Pamięci …. chłopaki nadal żeglują . !!!!

    Odpowiedz
  25. Szymon "Osa"  16/12/2010 o 13:42

    Jak to powiedział kiedyś mądry człowiek „Statek jest bezpieczny w porcie, ale nie po to budowali statki” To smutna wiadomość że kolejni żeglarze odchodzą na wieczną wachtę. Ale jedno jest pewne każdy żeglarz podejmuje wyzwanie aby spełnić swoje marzenia. Żeglarze to twardzi ludzie i nie łatwo ich pokonać. Miliony osób siedzi w domach ogląda TV itd itp i nic w życiu nie osiągnie. Oni odeszli spełniając swoje marzenia. Z żywiołem jeszcze nikt nie wygrał.

    Odpowiedz
  26. romek_skipper  16/12/2010 o 14:29

    szacunek dla żeglarzy, współczucie dla rodzin …

    Odpowiedz
  27. marek  16/12/2010 o 17:27

    Znałem Marka Radwańskiego osobiście, to był super gość pełen energii , bardzo pozytywnie nastawiony do ludzi i do świata wspaniały mąż i ojciec. BĘDZIE NAM CIEBIE BRAKOWAŁO MARKU!!!

    Odpowiedz
  28. mucha  17/12/2010 o 02:01

    Żeglowałem po tych wodach pół roku temu. My szczęśliwie dobiliśmy do Ushuaia…
    Wyrazy szacunku i żal…

    Odpowiedz
  29. fair winds  17/12/2010 o 02:26

    Kondolencje dla rodzin żwyciężonych przez ocean.
    Moje głębokie współczucia….

    Bracia Radwańscy teraz żegluja po otwartych oceanach …..
    Ocean to żywioł którego niestety nigdy nie można lekceważyc! ….

    Porozmawiajcie o tym z Natasza Caban która samotnie walczyłą z zywiołem ….

    Rejsy nie sa (@ Ella) żadnym ryzykiem, życie jest ryzykiem którego nie wolno sobie odmawiać!

    Podczas rejsu trzeba byż zawsze na wszystko przygotowanym i miec oczy szeroko otwarte, wszystko może sie wydarzyć …… pogoda jak kobieta, zmienna bywa …
    .
    Życie bez ryzyka jest po prostu nudne!

    Nie patrzmy na to wydarzenie ze strachem w oczach, przeciwnie to był po prostu niefortunny nieplanowany zbieg okoliczności, i zarazem kolejna lekcja której nie można lekceważyć, trzeba przeanalizować i wyciągnać wnioski.

    Wniosek podczas sztormu sternik i załoga powinni zawsze być na krótkich linach życia.

    (@america latina – temperatura wody jest bliska zera stopni celsjusza.
    jezeli rozbitek nie dostanie sie do brzegu w przeciagu kilku minut, jego szanse na przezycie schodza do poziomu temperatury wody.)

    Po to sa specjalne kombinezony które chronia przed hypotermia … #

    Ta bardzo przykra awaria najprawdopodobnie była spowodowana awaria steru, który nie wytrzymał naporu masy wody. O tym dowiemy sie od tych co przezyli …

    Jaki był kurs wydarzeń? Czy wpierw na skutek awarii steru wpadli w korkociag co spowodowało uszkodzenie masztu, czy ster poszedł konsekwentnie po uszkodzeniu masztu…. po kulku niekontrolowanych zwrotach ….

    Bez żagli czasami można jakoś sobie dać radę ale gorzej bez steru.

    Jestem żeglarzem…, jutro na oceanie bedę myslał o tych którzy w tak piekny sposób tez ralizowali swoje marzenia.!
    To wydarzwenie nie powinno powstrzymywać innych od podejmowania kalkulowanego ryzyka ….

    3 Lata temu poznałem Marka Borzestowskiego … rozmawialiśmy tylko 2 minuty …

    Żeglowałem na 42′ Bruce Far Yachcie … zdarzało sie że było niebezpiecznie ale to jest włąśnie prawdziwa miłość do oceanu …

    http://www.farrdesign.com

    Chciałbym uczestniczyć w Ameryka Cup ….na przykład na 42′ Farr.. .. może ….kiedyś ….

    Fair winds to all!

    Odpowiedz
    • tierralatina.pl  17/12/2010 o 03:20

      Według informacji przekazanych przez prowadzącą śledztwo Prefekturę Marynarki Wojennej w Ushuaia, najpierw uszkodzeniu uległ ster. Maszt się miał złamać w momencie gdy jacht uderzył w przybrzeżne skały.

      Odpowiedz
  30. Hanna  17/12/2010 o 13:18

    Piszecie : dzielni, odwazni, super goscie. Przykro mi – ja tego tak nie widze. Lekkomyslni, zadufani w sobie, arogancko wierzacy w swoje mozliwosci i umiejetnosci zeglarskie ludzie. Bez wyobrazni, lekcewazacy swoje rodziny, swoje wlasne dzieci. Co wdowie po stwierdzeniach, ze to byli super zeglarze ? Nic, kompletnie nic. Zostaje rozpacz, frustracja, pustka.

    Odpowiedz
    • jacek  17/12/2010 o 16:10

      Wybacz, ale bardzo to niesprawiedliwa ocena z Twojej strony. Żeglowanie nie jest aż tak niebezpieczne jak zapewne Ci się wydaje, niestety tak jak wszędzie zdarzaja się wypadki. Na drogach ginie w Polsce 5000 ludzi rocznie.

      Odpowiedz
      • SkipperUSA  30/12/2010 o 14:07

        Wedłog polskiej definicji „smiertelny wypadek drogowy” to stwierdzenie zgonu osób bezposrednio na MIEJSCU wypadku drogowego.
        Wedłóg informacji z witryny e-prawnik.pl

        Link:

        http://e-prawnik.pl/wiadomosci/projekty-ustaw/niechlubne-statystyki-polacy-gina-na-drogach.html

        w 2007 roku wg. „polskiej definicji” zgineło na drogach w Polsce 5583 osoby.

        W Ameryce Północnej i wielu innych krajach definicja „wypadku śmiertelnego” w ruchu drogowym jest INNA niż w Polsce.
        Różnica polega na tym, że za „ofiarę śmiertelną” wypadku drogowego w Ameryce Północnej uważa się TEŻ osoby, które doznały obrażeń w czsie wypadku drogowego i które ZMARŁY wskutek tych obrażeń w ciegu 24 godzin od momentu wypadku drogowego. Czyli jest inna METODOLOGIA liczenia OFIAR wypadków drogowych. Wedłog amerykanskiej definicji w Polsce zgineło w 2007 roku ponad 15 tysiecy osób co jest STRASZNĄ cyfrą !

        Wedłog amerykanskiej definicji „śmiertelnego wypadku” drogowego w USA zgineło w 2007 roku 36 tysiecy osób, ale proszę wziąć pod uwagę, że w USA jest zrejstrowanych ok. 300 milonów pojazdów drogowych, a ile w Polsce ???
        Prawdopodobnie od 50 do 100 razy mniej ! Zatem statystycznie wg. amerykanskiej definicji „śmiertelnego wypadku” drogowego w Polsce jest co najmniej 50 RAZY więcej śmiertelnych wypadków w porównaniu do Polski.
        Polska definicja „śmiertelnego wypadku” UKRYWA rzeczywistą liczbę ofiar wypadków drogowych w Polsce, aby zatuszować FAKTYCZNĄ sytuację niebezpieczenstwa podróżowania po „poskim systemie” drogowym, którego ilość NIE wystarcza pod wzgledem ilościowym i JAKOŚCIOWYM, dlatego statsyczna wypadkowość w Polcse MUSI być co najmniej 50 razy GORSZA w porównaniu do Ameryki Północnej + 50 razy gorsza dyscyplina drogowa w Polsce.
        Gdy jadę w Polsce samochodem to się czuję, jakby za mną na tylnym siedzeniu siedziała KOSTUCHA z KOSĄ, która czycha na moje życie, tak lekkomylśnie polscy kierowcy poruszają się po polskich drogach nie mający szacunku do WŁASNEGO życia nie mówiąć códzym życiu.

        Odpowiedz
        • zuercher  30/12/2010 o 14:22

          No ale Tobie zdecydowanie brakuje szacunku do polskiej ortografii. To też jest straszne!

          Odpowiedz
          • SkipperUSA  30/12/2010 o 15:03

            Mieszkam poza Krajem 35 lat i na codzeń nie urzywam polskiego języka, więc czas zrobił „swoje” NIE posługiwaniem się PISANYM polskim językiem.
            Zdaję sobie z tego sprawe, że mam kłopoty z pisanym językiem polskim oraz też mam już kłopoty z polską składnią budowania zdań, ale najważniejsze jest to, że ludzie w Polsce doskonale mnie rozumieją o czym piszę. Ten atak na mnie przez niejakiego „zuercher” traktuję jako część składową obecnego stosowanego „tuskowego języka” nienawiści w mafijno-gangsterskiej III RP w zdemoralizowanej Polsce.
            Spokojniejszego myślenia i WZAJEMNEJ życzliwości życzę „zuercher” w 2011 roku. Z całą pewnością „zuercher” NIE jest żeglarzem, gdyż żeglarze mają zupełnie inna naturę nawet w tej „tuskowo-bandyckiej” obecnej gangsterskiej III RP.

          • sternik ze Szczecina  30/12/2010 o 18:03

            Wybasz SkipperUSA ale Twoje polityczne wkręty są zupełnie nie na miejscu, zwłaszcza pod tekstem o żeglarskiej tragedii. Aż mi nie chce się wierzyć, że jesteś żeglarzem, bo to właśnie Twoja wypowiedź, jest pełna nienawiści i niezrozumiałych obelg. Zarówno wobec zuerchera, który jedynie zwrócił Ci uwagę na rzeczywiście koszmarną ortografię (mieszkanie poza granicami kraju nie jest żadnym wytłumaczeniem w dobie elektronicznych słowników), jak i większości Polaków, którzy wybrali takie a nie inne władze. Więc daj sobie na wstrzymanie bo jedynie potwierdzasz jak najgorszy stereotyp o części Polonii z USA.

  31. Anonymusek  17/12/2010 o 19:07

    Hanno, Ty z pewnością nie jesteś arogancką i zadufaną w sobie osobą, pisząc powyższy post. Bezgranicznie wierzysz w swoje umiejętności naciskania klawisza ENTER… i dobrze – tacy nielekkomyślni i z wyobraźnią (zwłaszcza do pisania podobnych postów) ludzie także istnieją na tym Świecie, tylko odpowiedz sobie po co?.
    Są ludzie którzy przez całe dni oglądają ogłupiające seriale i to prędzej tych ludzi zaliczyłbym do: osób bez wyobraźni. Wydaje mi się, że kpt. Radwański zdawał sobie sprawę z zagrożenia. W takie wyprawy nie wybierają się przeciętni ludzie.
    Osobiście nie znałem braci Radwańskich, jednak solidaryzuję się z bracią żeglarską. Tym ludziom nie brakowało wyobraźni. Potrafili zrealizować własną podróż na Antarktydę. Brali pod uwagę ryzyko tych marzeń, decydując się na tę wyprawę, zamiast przełączać ją pilotem TV – to właśnie dlatego ludzie nazywają ich odważnymi.

    Ogromne współczucie dla rodzin. Pamiętajcie, że ludzi których się Kocha – Żyją Wiecznie!

    Odpowiedz
  32. AdamDD  18/12/2010 o 11:53

    Ja do Hanny… oczywiście masz rację.
    Oczywiście, nie byli to superżeglarze, jak nie ma supermanów.
    To czy byli „zadufani w sobie”, czy aroganccy.. to pytania do Ich ewentualnych psychologów, może do bliskich. Oczywiscie, nie „zwyciężył Ich Ocean, bo Ocean nikogo nie zwycięża”. Oczywiście nie są bohaterami tylko ofiarami. Są ofiarami wypadku i teraz już jest mniej ważne, czy zawiódł silnik, profil, czy człowiek. Miejmy nadzieję, że Ich rodziny przetrwają, że ból Ich nie złamie. Obydwaj żeglarze to ofiary wypadku.
    Komentarz „fair winds” to zbiór frazesów ale w kwestii „krótkich lin” w czasie złej pogody, wyrazy szacunku.
    (co do kombinezonów.. no proszę, „fair winds”…ubierałeś się w to w czasie sztormu?, albo robiłeś cokolwiek na pokładzie w tych rękawicołapach?.. w łodzi żaglowej załoga zamienia się w bezbronne, oczekujące na kontakt z wodą teletubisie).

    Adam Dawczak-Dębicki

    Odpowiedz
  33. Bogdan Serowik  20/12/2010 o 14:56

    Jednak przy calym wspolczucie dla rodzin ofiar najwazniejsze jest pytanie jak do katastrofy doszlo. Tylko wtedy mozna takim przypadkom w przyszlosci zapobiec.Przepraszam, ale barokowa dyskusja o odwadze i polska poetyka nieszczescia do tego nie przybliza. Brakuje jak gdyby w Polsce kultury uczenia sie na bledach. Samoloty spadaja, maszty sie lamia bez konca, a odpowiedzia na to jest modlitwa i poetycki belkot o nieszczeciu, zlym losie
    podstepnych wrogach. Proste pytania: kiedy jacht wyplynal z portu? nazwa portu? jaka byla wtedy prognoza pogody? kierunek wiatru? w jakim byl stanie technicznym? jakie doswiadczenie zeglarskie mieli bracia? wywiad z czlonkiem poprzedniej zalogi? kiedy Bracia przejeli jacht? nazwa stoczni, ktora wybudowala jacht? plywa wiecej takich lodek na Swiecie? tez stranduja? itd. Moze ktos potrafi odpowiedziec na te pytania. Wtedy posuniemy sie troszeczke do przodu. Ktos dal do zrozumienia na innym forum, ze strandowanie to jest normalny manewr navigacyjny, na Mazurach, w szuwarach byc moze, ale 18-metrowym statkiem na skalistym wybrzezu?!
    be cool. Bogdan Serowik

    Odpowiedz
  34. seadog  20/12/2010 o 23:40

    ARA = Armada Argentina
    Aviso to nie holownik lecz okręt łacznikowy.Garruchaga akurat zajmował sie dostawą zaopatrzenia do brzegowych stacji kontroli ruchu.Nie jest to okręt argentyńskiego SAR-u.Sygnał wzywania pomocy odebrano w Chile ale sprawę przekazano do Argentyny ponieważ jacht znajdował sie w argentyńskiej strefie odpowiedzialności SAR.Garruchaga został skierowany do akcji,ponieważ znajdował sie najbliżej miejsca zdarzenia.

    Odpowiedz
    • tierralatina.pl  21/12/2010 o 01:12

      Przede wszystkim nie „Garruchaga” lecz Gurruchaga, tak jak jest w tekście. Francisco de Gurruchaga to jeden z ojców argentyńskiej niepodległości. Po drugie ARA, to wcale nie Armada Argentina Aviso, lecz po prostu Armada Argentina. Nazwy wszystkich argentyńskich okrętów zaczynają się, oficjalnie, od tych trzech liter. Wszystkich – od łodzi podwodnych i granicznych patrolówek, po największy argentyński niszczyciel ARA Almirante Brown.
      Wracając zaś do Gurruchagi, to że jest on skalsyfikowany przez argentyńską armię jako okręt pomocniczy (awizo), nie zmienia w niczym faktu, że jest on – technicznie – holownikiem oceanicznym. Gurruchaga to zwodowany w 1944 roku ex- USS Luiseno, holownik klasy Abnaki. Zresztą sama armia argentyńska mówi o nim jako o aviso-remolcador.
      Wreszcie, jest to jak najbardziej okręt argentyńskiego SAR. Oto cytat z komunikatu argentyńskiej marynarki wojennej z września tego roku:

      „Szef sztabu generalnego Argentyńskiej Marynarki Wojennej postanowił przekazać ARA Francisco de Gurruchaga pod ospowiedzialność operacyjną Dowództwa Zgrupowania Jednostek Szybkich, aby dowództwo Obszaru Południowego posiadało skuteczną jednostkę do poszukiwania i ratunku morskiego”.

      Odpowiedz
      • seadog  21/12/2010 o 07:20

        Racja to jest Gurruchaga.Istotą sprawy jest to ,że udzielił pomocy.
        Tłumaczyłem osobno znaczenie ARA i osobno znaczenie AVISO.
        Ta zbitka Armada Argentyna Aviso to już Wasz wymysł.Proponuję zestawić słowa ”Jednostek Szybkich” z datą wodowania

        Odpowiedz
  35. Anonymusek  27/12/2010 o 15:06

    Bogdan Serowik zapytuje bardzo rozsądnie. Jak do tego doszło? Ktoś ma więcej informacji n/t? Wiecie gdzie można już o tym poczytać?

    Odpowiedz
    • tierralatina.pl  27/12/2010 o 15:36

      Z oficjalnej, argentyńskiej strony, sprawa wygląda następująco: Prefektura Morska w Ushuaia sporządziła wstępny raport, który został – w ubiegłym tygodniu – przekazany do lokalnego sądu prowadzącego dochodzenie w sprawie wypadku polskiego jachtu. Śledczy przesłuchali pozostałych członków załogi zanim opuścili oni Argentynę, przesłuchali armatora, będą przesłuchiwać ratowników, mogą zlecić kolejne ekspertyzy. Dopiero wtedy sąd wyda orzeczenie – jak dokładnie doszło do wypadku, kto (co) zawiniło, etc.
      Jednak trzeba uzbroić się w cierpliwość – jak poinformował nas rzecznik sądu w Ushuaia, orzeczenie to będzie gotowe za… 6 do 12 miesięcy.

      Odpowiedz
  36. SkipperJack  05/01/2011 o 19:56

    Witajcie.
    Wklejam poniżej relację Zbyszka Jałochy, właściciela Nashachata, którą przysłał z Ushuaia. Myślę, że zawiera sporo nowych elementów i uściśleń i jest na pewno ciekawym głosem w dyskusji o przyczynach wypadku, która mimo bólu z powodu śmierci osób, które niektórzy z nas znali, na pewno powinna się toczyć:

    Niestety dopiero teraz znalazłem czas aby napisać parę słów na temat tragicznej katastrofy s/y Nashachata.

    Jak zwykle przyczyn było kilka ( i nie mnie je osądzać) ale decydującym momentem wg. mnie była instrukcja przekazana radio z Port Williams aby jacht czekał na pomoc w Sloggett Bay.

    Część relacji oparłem na rozmowach z Wojtkem, bosmanem , z którym spędziłem ostatnie kilka dni w Ushuaia , (kapitan jachtowy z dużym doświadczeniem zeglarskim).

    Ale oto kilka faktów z ostatnich godzin przed katastrofa.

    W Niedziele 12 grudnia rano przesłałem przez Iridium kolejna prognozę pogody na poniedziałek rano 13 grudnia z ostrzeżeniem o bardzo silnym wietrze , w porywach powyżej 100 mph w rejonie przyladka Horn. Prognoza pochodziła ze stacji pogodowej na Dg. Ramirez, tuż obok przyladka Horn. Marek ( kapitan) przesłał mi Sms-em informacje że maja do Hornu 85 Nm i że wieje 7-10 w skali Beuforta i że w nocy z 12 grudnia około 23:00 lokalnego czasu powinni być na trawersie przyladka.
    Wyglądało na to że głęboki niż zaczął się przemieszczać się szybciej niż prognozowano i już w nocy na jachcie zanotowali wiatr w porywach do 120 węzłów. To jest już huragan i skala Beuforta się skonczyla!
    Cała załoga walczyła bardzo dzielnie przez cała noc i rano wycienczeni dotarli szczęśliwie w okolice zatoki Sloggett, tuż przed wejściem do kanału Beagla. Tam postanowili się schronić na parę godzin aby chwile odpoczac i wezwac na pomoc statek z Port Wiliams. Jacht był w ogólnie dobrym stanie, jak na ekstremalne warunki przez ktore przeszli. Działało radio, silnik, agregat. Jedna z want kolumnowych była luźno z powodu wypadniecia sworznia sciagacza, ale nie była peknieta. Oslonieta od zachodu wysokim klifem zatoka wydawała im się bezpiecznym schronieniem.
    Ponieważ już wiedzieli że nie wystarczy im paliwa do Port Williams, poprosili przez telefon satelitarny o pomoc z koordynacji ruchu ( taki chilijski VTS) . Chodziło im o paliwo lub hol do Port Williams, lub przynajmniej o asyste. W tym samym czasie tj 14:58 CET ( tzn 10:58 , poniedziałek rano ich lokalnego czasu) dostałem maila od VTS Puerto Williams aby im przesłać ich numer telefonu satelitarnego, bo potrzebują skontaktować się z jachtem. Natychmiast odpisałem i poprosiłem o dalsze informacje. Mimo usilnych prób jachtowy telefon iridium nie odpowiadał. Otrzymałem takie info emailem: ” WE NEED THE FOLOW INFORMATION

    ALL YOUR SAFETY ELEMENT YOU HAVE ON BOARD
    IN THIS MOMENT IS GOIN TO YOUR HELP CHILEAN SHIP „ALACALUFE”
    WILL STAY IN YOUR POSITION TO DAY AT 13:20 HRS.
    ALL CREW MUST STAY WITH YOUR LIFE JACKET PERMANENTLY ” czyli że zamierzają do nich aby im udzielić pomocy.

    Z informacji załogi wynika że statek Chilijski nakazał im pozostanie w zatoce, rownoczesnie informując że ze względu na to że są na wodach terytorialnych Argentyny nie mogą im udzielić pomocy . Ja otrzymałem też informacje z Ushuaia, po skontaktowaniu się telefonicznym , że o 19:00 czasu lokalnego dotrze do nich statek marynarki argentyńskiej. Napisałem maila do MRCC Ushuaia ( maritime rescu cordination center) do kapitana Lopeza że prosimy o jak najszybsze odholowanie jachtu i że akceptujemy podane koszty.
    Pozostawienie jachtu na noc było zbyt niebezpieczne. Niestety nie wiedzieli że na raunek jest już za pozno.

    Tymczasem na jachcie o dwu lub trzech godzinach postoju sytuacja w zatoce uległa gwałtowne pogorszeniu. Najpierw stracili dwie kotwice rzucone w tandemie, krążyły na silniku około 2h , rzucili następna kotwice ale niestety przy bardzo szybko rosnącym zafalowaniu, skalistym dnie nie byli się w stanie się utrzymać. Zaczął się odpływ i wtedy zaczęły się budować kilkunastometrowe fale ( nawet do 10 metrów) . W tym momencie znaleźli się z pułapce. Na płytkiej wodzie powstał olbrzymi przybój. Wiatr ich spytał na skały, manewry ograniczała rzucona wczeniej trzecia i ostatnia kotwica i fala. Kolo godziny 15:00 kiedy przez moment znaleźli się bokiem do fali, olbrzymia fala przywróciła jacht, zrobili przewrót o 360 stopni .
    Na pokładzie w tym czasie był kapitan z bratem. Obydwaj wypadli do morza. Trawa ratunkowa uruchomiła się automatyczne i dryfowala nieopodal jachtu. Wojtek , ranny w głowę, wyskoczył na pokład, zdążył jeszcze rzucić koło ratunkowe w stronę Marka.
    Po paru sekundach przy huraganowych porywach wiatru zniknęli wśród fal. Niestety w tych warunkach nie byli w stanie dopłacać do tratwy ratunkowej.

    Warunki uległy takiemu pogorszeniu że marynarze na statku marynarki argentyński nie byli w stanie tego wieczora dotrzeć do jachtu i załogi.
    Przez cała noc byliśmy w kontakcie ze służbami ratownictwa w Polsce ( odebrali sygnał MayDay z EPIRBA) jak też z centrum koordynacji ratownictwa w Ushuaia,( MRCC)
    Rano 14 grudnia wynajęlismy mały prywatny śmigłowiec ( niestety centrum ratownictwa nie dysponuje żadnymi smiglowcami w tamtym rejonie) który poleciał na pomoc do Sloggett Bay. Wiatr w zatoce ucichl na tyle że mogli leciec. Marynarze zdążyli już wylądować na plaży , tracąc jeden ponton a drugi zrobił wywrotke przez dziob lądują na brzegu.
    Śmigłowiec odnalazł ciała tragicznie zmarłych Marka i Pawła.

    Po paru godzinach udało się ewakuować cala ocala załogę na statek marynarki argentyńskiej.
    Rano 15 grudnia byli już bezpieczni w
    Ushuaia.

    Pisze te parę słów aby środowisko zeglarskie nie opierała swoich informacji na nie sprawdzonych danych z internetu. Jest to moja osobista relacja oparta na rozmowie z dwoma uczestnikami rejsu.

    Na pewno nasza Izba Morska i służby argentyński podadzą szczegółowe informacje po zakończeniu dochodzenia.
    Wstrzymajmy się proszę z naszymi pochopnych osądami i opiniami.

    Cześć Pamięci tragicznie poległych żeglarzy Marka i Pawła Radwanskich.
    Byli dzielni do końca walcząc o życie swoich kolegów i o uratowanie jachtu.
    Dla mnie zawsze będą bohaterami
    Mam nadzieje że dla Was też.

    Poklon Hornowi

    Ps. Pisze tego maila z Blackberry wiec przepraszam za ortografie (brak polskich czcionek)
    Zbigniew Jalocha

    Odpowiedz
  37. Bogdan Serowik  22/01/2011 o 22:53

    Czy nie mozna bylo wplynac sprawnym jachtem do kanalu Beagle, gdzie w niedalekiej odleglosci znajduje sie Puerto Toro z kutrami rybackim, gdzie na pewno mozna bylo kupic paliwo?

    Odpowiedz
  38. Wojciech  26/04/2011 o 01:35

    Czy gdzieś można zobaczyć aktualne zdjęcia wraku jachtu Nashachata ?
    Z tego co wiem jacht pozostanie w miejscu wypadku.

    Odpowiedz
    • tierralatina.pl  03/05/2011 o 04:56

      Staramy się załatwic aktualne zdjęcie wraku jachtu. Cierpliwości,

      Odpowiedz
      • Wojciech  17/07/2011 o 03:58

        Czy coś się robi w sprawie zdjęć wraku, czy pozostanie to tajemnicą ?

        Odpowiedz
  39. PG  21/06/2011 o 09:34

    How fargile we are… [*]

    Odpowiedz
  40. Pingback: Nashachata rozmontowana | tierralatina.pl

  41. Wojciech  22/07/2011 o 20:06

    Dziękuję za dodatkowe informacje.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  42. Wojciech  18/12/2013 o 21:47

    Ahoj
    Minęły trzy lata od tragedii jachtu Nashachata.
    Czy coś pozostało z ograbionego jachtu?
    Może ktoś tam był i ma aktualne zdjęcia.
    Jeżeli tak, to proszę o przesłanie na mój adres e-mail bosmansalata@wp.pl
    Pozdrawiam

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.