Będzie szlaban pod Aconcaguą?


Lokalne władze argentyńskiej prowincji Mendoza, na terenie której znajduje się masyw Aconcagua, zapowiadają że od przyszłego sezonu policja będzie miała najprawdopodobniej prawo zakazywania wchodzenia na szczyt w przypadku złej pogody.

Proszę sobie wyobrazić co by się działo, gdyby na popularnych plażach – w sezonie – nie było systemu z kolorowymi chorągiewkami, które informują czy można się kąpać.– tłumaczy minister bezpieczeństwa prowincji, Carlos Aranda. –Doszliśmy do wniosku, że musimy zrobić coś podobnego na Aconcagui. Bo w chwili obecniej policjanci z Patrolu Ratowniczego, czy strażnicy parkowi mogą jedynie ostrzegać, nie mają prawa niczego zakazywać. Niestety coraz częściej ludzie te ostrzeżenia ignorują. I idą w górę przy złej pogodzie.– dodaje.

Aconcagua (fot: Sergio Schmiegelow)

W miniony weekend, pomimo zaleceń ratowników aby czekać na lepszą pogodę, na najwyższy szczyt Ameryk ruszyło kilkanaście zespołów. I zginął Australijczyk oraz Czech, a Polaka wciąż szukają. A raczej już tylko jego ciała – wczoraj ratowniczy śmigłowiec ponownie przeleciał nad miejscami w których mógłby się znajdować zaginiony rodak. Bezskutecznie. –Musiał upaść i został przysypany śniegiem. W partii szczytowej mamy do pół metra świeżego śniegu. Póki nie zacznie topnieć, raczej go nie znajdziemy– szef ratowników z Mendozy, David Spinelli, nie pozostawia już złudzeń.

On także opowiada się za tym, aby wchodzenia na Aconcaguę przy złej pogodzie można byłoby po prostu zakazać. I karać tych, którzy do pogodowego zakazu by się nie dostosowywali. Jedną z rozważanych, ewentualnych sankcji wobec niesubordynowanych turystów, byłoby obciążanie ich wszelkimi kosztami akcji ratowniczych. Obecnie, na terenie Parku Prowincjonalnego Aconcagua, są one zawsze darmowe. Inne brane pod uwagę rozwiązanie, to dawanie do podpisania tym, którzy chcieliby pójść w górę mimo pogodowego zakau, zwolnienia państwowych służb z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Czyli, jeśli cokoliwiek Ci się turysto stanie, to radź sobie sam i załatwiaj ewentualną pomoc prywatnie, na komercyjnych warunkach.

Napiszcie, co sądzicie o takich zakazach? A może góry powinny zostać oazą wolności, w której każdy robi to na co ma ochotę? Z narażaniem własnego życia włącznie?

Prześlij dalej:

33 reakcje na "Będzie szlaban pod Aconcaguą?"

  1. Zofia  17/02/2011 o 14:50

    Przecież tak robili. W ub roku cofnęli mojego syna. W tym roku udało się. Wszedł 10 lutego. Szczęśliwie wstrzelił sie w pogodę nieco śnieżną ale praktycznie bezwietrzną co tam sie prawie nie zdarza.

    Odpowiedz
    • BsAs  17/02/2011 o 14:59

      Cofneli go? Siłą? Pewnie mu po prostu powiedzieli żeby nie szedł i on, na szczęście, ich posłuchał. Wielu jednak nie słucha. Wiele razy słyszałem tłumaczenia, że „nie po to kupiłem taki drogi permit, aby go nie wykorzystać z powodu pogody”. Skoro są tacy, którzy uważają, że ich życie mniej jest warte niż te 800 USD, które teraz chyba kosztuje cudzoziemca permit, to trudno. Nie jest mi ich specjalnie żal.
      I dobrze jeśli rzeczywiście wprowadzone zostaną zakazy z jasno określonymi konsekwencjami. Wydaje mi się wręcz, że zamiast straszyć nieodpowiedzialnych turystów tym, że będą musieli płacić za akcje ratunkową, to powinno sie jasno powiedzieć – jeśli jest zła pogoda, to żadnej akcji ratunkowej po prostu nie będzie. Nikt nawet nie będzie próbował kiwnąć palcem, jeśli się wam cokolwiek stanie.

      Odpowiedz
      • Zofia  17/02/2011 o 18:41

        Oczywiscie ,że nie siłą. Ktos kto chodzi po górach musi zachować zdrowy rozsądek. Nie ma pogody- rezygnuje. Kiedyś zrezygnował z Cho Oyu a z Matterhornu to juz kilka razy.

        Odpowiedz
      • sdf  06/03/2013 o 10:53

        Pisz po polsku – nie żaden „permit’, tylko pozwolenie.

        Odpowiedz
        • BsAs  11/03/2013 o 19:41

          Na szczęście, Panie Mądraliński, nie muszę mieć twojego POZWOLENIA, aby używać słowa PERMIT. Jeśli go nie rozumiesz, bądź Cię drażni, to tylko i wyłącznie Twój problem.

          Odpowiedz
  2. Jendrek  17/02/2011 o 15:47

    Nie należy zakazywać chodzenia w złą pogodę. Jeśli nie robię nikomu krzywdy, pozwólcie mi umrzeć (zabawić się, dostać strzał adrenaliny, czy łotewer) jak mam na to ochotę. Możecie nakazać, bym się ubezpieczył, możecie sprawdzać, czy to uczyniłem, możecie mnie ukarać jeśli tego nie zrobię. Jeśli ratownicy nie chcą po mnie chodzić w złą pogodę – niech nie chodzą (proszę mnie tylko o tym uprzedzić, żebym wiedział na co mogę liczyć). Akcje ratunkowe nie powinny być oczywiście bezpłatne, a problem odzyskiwania pieniędzy należy rozwiązać obowiązkowym ubezpieczeniem. Do czego prowadzą zakazy poruszania się po górach widzimy w Tatrach Słowackich. Ludzie potrafią się znaleźć zimą w berdzo nieprawdopodobnych miejscach. Mimo zakazu. Dużą rolę odgrywać powinna edukacja. Nie wszyscy podejmują ryzyko, bo nie podobają im się zakazy. Niektórzy po prostu nie maja jego świadomości. Trzeba ich uświadamiać i wbijać im w głowy oczywiste nawet (dla niektórych) prawdy. Przepraszam za dryf w kierunku turystyki, ale wyczynowi lepiej umieją słuchać, a i rzadziej sobie robią krzywdę, choć jeśli już, to bardziej spektakularnie.

    Odpowiedz
    • BsAs  17/02/2011 o 16:24

      Porównanie z Tatrami słowackimi nie do końca trafione. Bo tutaj nikt nie mówi o reglamentowaniu ruchu w całych Andach, a jedynie w masywie Aconcagua. Gdzie jest w sumie tylko jedna droga podejścia i kontrolować ruch można znacznie sprawniej, a w szczególności efektywniej.

      Niby masz rację, że każdy powinien móc sobie żyć i umierać jak mu to gra w duszy. Ale pamiętajmy, że nawet jeśli ktoś pójdzie na szczyt z samobójczym zamiarem, to jednak, później, tak czy inaczej inne osoby będą miały z tym problemy. Bo chociażby ktoś będzie musiał pójść i znieść to ciało na dół. No chyba, że założymy iż będziemy zostawiać takie zamrożone mumie przy szlaku, jako przestrogę dla innych. Jak te „Czarne Miejsca”, czy jak to się tam nazywa, przy drogach w Polsce.
      Sorry, że tak turpistycznie, ale trudno tu posługiwać się eufemizmami.

      Odpowiedz
  3. Piotr Koszuliński  17/02/2011 o 16:22

    Ja uważam, że obydwie zaproponowane opcje są wyjściem z sytuacji. Jeśli zezwalamy – kazać się ubezpieczyć i olewać takich, którzy wyszli w góry mimo „niepolecanej” pogody. Jeśli zakazujemy również jasno określić co ci grozi za wyjście i że nikt za tobą nie będzie latać jeśli się zgubisz.
    Oczywiście każdy sposób ma swoje minusy. Jak egzekwować zakazy, jak sprawdzać czy kogoś należy szukać, bo mógł wyjść przy zakazie, czy może szukać i ratować każdego, ale kazać mu płacić tak dużo żeby to było nieopłacalne, itd, itd. Ważne żeby to co władze postanowiły miało ręce i nogi.

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  17/02/2011 o 16:39

      Ubezpieczenie ratownicze jest zawarte w cenie permitu. Więc wszyscy, którzy wchodzą na teren Parku są ubezpieczeni. Ale czy to nie daje właśnie fałszywego poczucia bezpieczeństwa? Nie prowokuje (niektórych) do myślenia w stylu: Idę, mimo złej pogody idę, spróbuję, w najgorszym wypadku po mnie przyjdą i zwiozą mnie śmigłem na dół…

      Rozwiązanie w stylu jasnego powiedzenia: jeśli dzisiaj pójdziecie w górę, to na żadną pomoc, pod żadnym pozorem nie liczcie, ma pewien sens. Choć stawia ratowników w trudnej moralnie i psychologicznej sytuacji – bo co mają robić, jeśli jednak otrzymają radiowe wezwanie o pomoc? Udać, że go nie słyszą? Czy może jednak spróbować ratować? Nie wiem… Może jednak ten tytułowy szlaban jest najlepszym (najmniej gorszym) rozwiązaniem? Może rzeczywiście, w tych dniach ze złą pogodą, policja górska powinna fizycznie uniemożliwiać wyjście z obozów?
      No ale co, jeśli jednak ktoś się uprze. Bić się z nim? Kajdanki i do aresztu? Trudna sprawa…

      Odpowiedz
      • Bulderowiec  17/02/2011 o 17:08

        Coś w tym jest, że ta pewność iż nadejdzie ratunek jest czasami demoralizująca. Mam kumpla, który wszedł w ubiegłym roku na Aconcaguę i w drodze powrotnej troszkę celowo się przymroził, tochę posymulował, a wszystko po to aby spełnić swe marzenie o locie helikopterem. No i ten lot rzeczywiście sobie wysymulował. Co najgorsze teraz często się tym chwali i jest z tego dumny (że „naciął” naiwnych Argentyńczyków). Jak dla mnie totalny idiotyzm i nieodpowiedzialność. Ale co tam – Polak ma fantazję i potrafi!

        Odpowiedz
        • górołaz  19/02/2011 o 15:07

          Jak czytam takie historie, o tym Twoim koledze-cwaniaczku (na usta cisną mi się znacznie gorsze słowa) to mi sie niedobrze robi. I, choć zakazom w górach jestem przeciwny, to w sumie rozumiem Argentyńczyków.
          Niektórzy tu piszą – niech obciążają kosztami akcji turystów, którzy idą w góry wbrew zaleceniom. Ale, przepraszam, jak sobie wyobrażacie ściągalność tych często niemałych sum? Taki idiota jak kumpel Boulderowca pewnie tylko wzruszyłby ramionami i powiedział, że nic nie zapłaci. Nawet jeśli byłoby go na to stać. I wyjechał z Argentyny. I co wtedy? Bo jakoś nie wyobrażam sobie zamykania w areszcie do czasu uregulowania należności.

          Odpowiedz
  4. Jendrek  17/02/2011 o 19:40

    BsAs, nie porównywałem gór, tylko zachowania. Nie chcę kontroli ruchu.
    Tomek, masz pomysł iść mimo złej pogody? Idź. Twój problem rozwiązał BsAs. Ratownicy po Ciebie nie pójdą, bo zasady są takie, że oni poniżej pewnych warunków nie wychodzą. To jak w lotnictwie cywilnym. Są określone warunki, w których samolot startuje. Jeśli jest gorzej, lot się odwołuje. Śmigło poleci po łojanta w dużo gorszych warunkach. Bo leci po życie. Ale też nie poleci w warunkach nieskończenie złych, a więc nie poleci _ZAWSZE_. Ratownicy nie muszą udawać, że nie słyszą, Wszyscy wiedzą, że ich zasady mówią kiedy nie idą walczyć o ludzkie życie. Żeby nie narażać swego niepotrzebnie. Ja wiem kiedy nie mogę liczyć, że oni przyjdą mnie ratować i jeśli pójdę w górę w takich warunkach, to liczę się z tym, ze po moje szczątki pójdą chłopaki z workiem dopiero wtedy, gdy się poprawi i _ONI_ nie będą nic ryzykować.

    Odpowiedz
    • exGOPRowiec  17/02/2011 o 21:06

      @Jednrek: Punkt widzenia, jak zawsze, zależy od punktu siedzenia. Ty masz optykę turysty, ja – po kilkunastu latach służby w GOPR – zupełnie inną. I zdecydowanie jestem za kontrolą ruchu w górach. Nawet nie masz pojęcia jakie to frustrujące gdy spotykasz na szlaku turystów zupełnie nieprzygotowanych do panujących warunków, czy jego trudności. I ta frustracja potrafi się szybko zmienić w agresję (którą trzeba jednak w sobie stłamsić), gdy taki idiota, któremu grzecznie zwracasz uwagę, śmieje ci sie w twarz, czasem nawet zwyzywa i idzie dalej. A ty już wiesz, że najparawdopodobniej za jakiś czas będziesz musiał iść go ratować, Bo sobie cos złamie, albo, w najlepszym razie gdzieś utknie. I nadal trzeba być wobec niego grzecznym.

      Nie wiem jak jest w Andach, ale w Polsce góry bardzo sie w ostatnich latach zmieniły. Turystów jest coraz więcej i są coraz gorzej przygotowani. I nie mówię wyłącznie o sprzęcie, bo często zdarzają się tacy co mają na sobie kilka tysięcy złotych w najlepszych kurtkach i spodniach z gore i wierzą, że właśnie dzięki temu są niezniszczalni. Góry wymagają pokory, tymczasem młode pokolenie ma coraz częściej postawę roszczeniową. Ja płacę, ja wymagam.

      Mimo, że sprzęt to nie wszystko, to jednak jestem np. zdecydowanie za tym aby na terenie PN wprowadzać minima sprzętowe. Z prostymi zasadami – nie masz butów za kostke na dobrej podeszwie, nie wchodzisz. Nie masz nakrycia przeciwdeszczowego, także nie. W zimie nie masz rękawiczek, także nie wejdziesz. Itd. To byłby już jakiś filtr. Nie idealny, ale już odsiewający część kretynów co myślą np., że góry to tartanowa bieżnia.

      Teraz wracając do tematu tego tekstu i symbolicznego „szlabanu”. Też jestem za, zdecydowanie. Mówisz, Jendrek, że chcesz sam decydować kiedy idziesz w góry, kiedy nie. Jednak jeśli jesteś przyjezdnym i miejscowy ci mówi, że dzisiaj to lepiej byłoby nie iść, to może go jednak lepiej posłuchać. I w razie potrzeby być nawer zmuszonym do posłuchania go. Bo na pewno wie lepiej od ciebie.

      Piszesz: „jeśli pójdę w górę w takich warunkach, to liczę się z tym, ze po moje szczątki pójdą chłopaki z workiem dopiero wtedy, gdy się poprawi i _ONI_ nie będą nic ryzykować”. Ryzyko tymczasem jest zawsze, a zwłaszcza na wysokościach takich jak Aconcagua. Poza tym pamiętaj, że ciało to jednak nie worek kartofli. I transportowanie zwłok przyjemnością nigdy nie jest.

      I jeszcze: „Ratownicy nie muszą udawać, że nie słyszą, Wszyscy wiedzą, że ich zasady mówią kiedy nie idą walczyć o ludzkie życie.” To tylko pozornie wydaje sie proste i oczywiste. Nie życzę Ci abyś kiedyś miał okazje słuchać nawoływań o pomoc ze świadomością, że nic zrobić nie może. Ale zapewniam Cie, to nie jest łatwe ani przyjemnie i zostawia ślady w człowieku.

      Odpowiedz
      • Inżynier  18/02/2011 o 12:45

        >Punkt widzenia, jak zawsze, zależy od punktu siedzenia. Ty masz optykę >turysty, ja – po kilkunastu latach służby w GOPR – zupełnie inną. I >zdecydowanie jestem za kontrolą ruchu w górach.

        To oczywiste. Jeśli byłeś etatowym ratownikiem, to przecież logiczne, że nikt nie chce się wysilać ani narażać niepotrzebnie. Im mniej akcji ratunkowych, tym spokojniejsza praca, lepszy stosunek płacy do wysiłku. A jeśli byłeś ochotnikiem, to też jasne – romantyka ratownicza bez specjalnego wysiłku. Panienki na to lecą. 🙂
        Jestem zdecydowanie przeciw ograniczaniu/kontrolą ruchu w górach, za wyjątkiem względów ochrony przyrody.
        A piszesz o kontroli ruchu turystycznego w górach a nie o całkowitym zamknięciu dostępu, bo wtedy straciłyby sens służby ratownicze typu GOPR/TOPR a i ratownicy ochotnicy byliby niepotrzebni.

        >Turystów jest coraz więcej i są coraz gorzej przygotowani.

        Sprecyzowałbym to tak: turystów w górach jest coraz mnie, ludzi być może więcej.

        >I nie mówię wyłącznie o sprzęcie, bo często zdarzają się tacy co mają na >sobie kilka tysięcy złotych w najlepszych kurtkach i spodniach z gore i >wierzą, że właśnie dzięki temu są niezniszczalni.

        Kurtka z Gore nie zaszkodzi, najwyżej gość się spoci i będzie śmierdział na podejściu. Gorzej, że ludzie idący w góry, potencjalni turyści nie posiadają podstawowych umiejętności czytania posługiwania się mapą, orientacji w terenie, nie znają fundamentalnych podstaw meteorologii i nie umieją posługiwać się posiadanym sprzętem.
        Ale czy to powód, żeby zakazywać im wyjścia w góry? Należy ostrzegać, edukować, obciążać kosztami akcji ratunkowej (lub ubezpieczyciela) a nie zakazywać.

        >Mimo, że sprzęt to nie wszystko, to jednak jestem np. zdecydowanie za tym >aby na terenie PN wprowadzać minima sprzętowe. Z prostymi zasadami – >nie masz butów za kostke na dobrej podeszwie, nie wchodzisz. Nie masz >nakrycia przeciwdeszczowego, także nie. W zimie nie masz rękawiczek, >także nie wejdziesz. Itd.

        Niebezpiecznie zbliżasz się do klimatu orwellowskiego „Roku 1984”. Czyli na przykład nie wejdę latem do PN w sandałach trekingowych? A może zimą powinienem mieć specjalne sandały trekingowe w wersji zimowej (z futerkiem ocieplającym pod paskami). Buty za kostkę – ha, ile centymetrów powyżej kostki, cholewka ¾ czy full? A może wprowadzić na ‘bramkach poboru opłat’ do PN’ów szybkie testowe egzaminy z topografii rejonu. I certyfikaty ukończenia szkolenia z bezpieczeństwa w górach. No i oczywiście stopnie turystyczne – na przykład „Straszny Łazik”. To już było i szczęśliwie minęło razem z odznaką „Alpinista Sowietskiego Sojuza”.

        >Teraz wracając do tematu tego tekstu i symbolicznego „szlabanu”. Też j>estem za, zdecydowanie.

        A ja zdecydowanie przeciw.
        Państwo, władza, organizacja może wprowadzać zakazy i nakazy, jeśli ich przekroczenie naraża życie, zdrowie lub mienie innych osób. Dlatego przepisy Kodeksu Drogowego powinny być przestrzegane bezwzględnie.
        Przytoczony w artykule przykład z plażą i kolorowymi chorągiewkami nie jest adekwatny do ‘szlabanu’, ponieważ jest to system informacyjny a nie zakazowo-nakazowy.
        Bardzo proszę, informacja o 6 stopniu lawinowym (lawiny zap…rzają pod górę) a nie zakaz wyjścia w góry. Ostrzeżenie – w tych warunkach atmosferycznych żadna akcja ratunkowa nie będzie podejmowana – w porządku, chyba, że masz specjalnie wysokie ubezpieczenie i zapewnienie firmy, że będą cię ratować w każdych warunkach.
        >Jednak jeśli jesteś przyjezdnym i miejscowy ci mówi, że dzisiaj to lepiej >byłoby nie iść, to może go jednak lepiej posłuchać. I w razie potrzeby być >nawer zmuszonym do posłuchania go. Bo na pewno wie lepiej od ciebie.

        Czyżby? Może trzeba będzie wprowadzić legitymacje i egzaminy na „Najstarszego Górala”. Stasek spod Gubałówki sprzedający ‘scypki’ na straganie przewiduje na pewno lepiej pogodę od doświadczonego meteorologa (będącego na miejscu). Ma też ogromne doświadczenie z lawinami. 🙂
        Podsumowując: ostrzegać, edukować, szkolić, nakłaniać do ‘dobrowolnych’ ubezpieczeń, ale nie zakazywać. I na pewno nie sprawdzać, czy mam podeszwę marki Vibram czy ‘no name’.

        Odpowiedz
        • exGOPRowiec  19/02/2011 o 14:29

          „Jeśli byłeś etatowym ratownikiem, to przecież logiczne, że nikt nie chce się wysilać ani narażać niepotrzebnie. Im mniej akcji ratunkowych, tym spokojniejsza praca, lepszy stosunek płacy do wysiłku. A jeśli byłeś ochotnikiem, to też jasne – romantyka ratownicza bez specjalnego wysiłku. Panienki na to lecą.”

          @inżynier: Wybacz, ale nie zniżę się do twojego poziomu argumentacji. Powiem ci jedynie, że nie masz pojęcia o pracy GOPRowców i ich motywacji. Zupełnie nie masz.

          Odpowiedz
          • Inżynier  19/02/2011 o 16:45

            @exGOPRowiec: Wybacz, ale nie zniżę się do twojego poziomu argumentacji. Powiem ci jedynie, że nie masz pojęcia o pracy GOPRowców i ich motywacji. Zupełnie nie masz.

            Taką postawę przyjmuje się gdy brakuje argumentów merytorycznych.
            Emotikon widziałes?
            Jest takie przysłowie: „uderz w stół a nożyce sie odezwą”

      • Jendrek  18/02/2011 o 15:32

        Nie wiem, czy nie ciągnę w głęboki off-topic, ale brzmisz tak sympatycznie, że nie mogę sobie odmówić zamienienia kilku zdań z Tobą.

        > Punkt widzenia, jak zawsze, zależy od punktu siedzenia.

        Pewnie tak, ale uwierz mi, bardzo często bedziemy myśleć tak samo, a mówić inaczej, będziemy dążyć do tego samego, choć w inny sposób, czy może bardziej poetycko – na ten sam szczyt, tylko innymi drogami.

        > Nawet nie masz pojęcia jakie to frustrujące gdy spotykasz na szlaku
        > turystów zupełnie nieprzygotowanych do panujących warunków, czy jego
        > trudności.

        Wyobraź sobie, że mam takie pojęcie i to nawet rozległe 😀

        > I ta frustracja potrafi się szybko zmienić w agresję (którą trzeba jednak w
        > sobie stłamsić), gdy taki idiota, któremu grzecznie zwracasz uwagę, śmieje
        > ci sie w twarz, czasem nawet zwyzywa i idzie dalej.

        I tych odczuć doświadczałem setki razy w TPN, ponieważ miałem w poprzedniej epoce (przed rokiem 1990) przyjemność poznawać Tatry w zamian za pomoc w pilnowaniu tam porządku. Ponieważ jednym z wykroczeń przeciwko przepisom TPN było chodzenie poza znakowanymi szlakami, wiele interwencji tego dotyczyło. I ludzie reagowali różnie, jedni potrafili się opamiętać, drudzy wyzywali (mój przyjaciel dostał cios w zęby i wylądował w kosówce), inni brali na litość. Nie pamiętam natomiast, żebym miał przypadek nieudanego zawrócenia takiego turysty na szlak. Wylegitymowanie go, spisanie personaliów i zagrożenie wlepieniem mandatu przeważnie dawało skutek. Bardzo często posługiwałem się ratownikiem tłumacząc, gosciowi, iż on sobie bezmyślnie spadnie w przepaść, a potem niewinni ludzie będą narażali życie, żeby w czarnym worku przynieść jego rodzinie to, co z niego zostało.

        > A ty już wiesz, że najparawdopodobniej za jakiś czas będziesz musiał iść
        > go ratować, Bo sobie cos złamie, albo, w najlepszym razie gdzieś utknie. I
        > nadal trzeba być wobec niego grzecznym.

        No i właśnie dlatego podziwiam Cię i cenię, bo ja nie potrafiłbym narażać życia dla takiego … Pewnie podszedłbym do niego, sprawdził, czy ma całą kość ogonową i wymierzył siarczystego kopniaka podwójnym Zawratem, bo dziś chyba cięższych butów się nie używa 😀

        > Nie wiem jak jest w Andach

        Ja też nie wiem, ale wydaje mi się, że nie za bardzo podobnie, niż w Polsce.
        Bywam czasami w Alpach i przez ostatnie 10 lat trochę obserwacji poczyniłem.

        > w Polsce góry bardzo sie w ostatnich latach zmieniły.

        To prawda. Dla mnie to co prawda pierwsza miłość, ale i tak coraz rzadziej w nie jeżdżę, bo nie sprawia mi przyjemności obcowanie z górami wśród tysięcy ludzi niestety coraz mnie mi podobnych, ale jakichś takich innych, żeby nie powiedzieć wrednych, których być może jest już ponad 50%.

        > Turystów jest coraz więcej i są coraz gorzej przygotowani. I nie mówię
        > wyłącznie o sprzęcie, bo często zdarzają się tacy co mają na sobie kilka
        > tysięcy złotych w najlepszych kurtkach i spodniach z gore i wierzą, że
        > właśnie dzięki temu są niezniszczalni.

        No właśnie *tex nie zastąpi mózgu. Wielokrotnie zdarzało mi się zastanawiać, co myślą ludzie, których spotykam spierdzielając z Granatów, bo zaczyna się burza, a oni prą śmiało w górę. Czasami tylko, gdy wyglądają sympatycznie to im mówię „Chodźcie z nami, na górze nic nie widać i strasznie piździ.”. Ostatnio spieprzałem spod Polskiego Grzebienia, pioruny waliły w Gerlach i przeciwległą grań, a ludzie, którzy szli twardo pod górę pytali mnie, czy idę z Jaworowej. Toż przecież człowiek nawet śmiać się nie ma siły.

        > Góry wymagają pokory, tymczasem młode pokolenie ma coraz częściej
        > postawę roszczeniową.

        Zawsze tak było.

        > Ja płacę, ja wymagam.

        Kiedy to się w normalnych krajach udaje.
        Niestety i ludzie są tam normalni.

        > Mimo, że sprzęt to nie wszystko, to jednak jestem np. zdecydowanie za tym
        > aby na terenie PN wprowadzać minima sprzętowe. Z prostymi zasadami –
        > nie masz butów za kostke na dobrej podeszwie, nie wchodzisz.

        To przesada.
        Buty to problem umiejętności.
        Wiele lat chodziłem po Tatrach w wysokich butach na wibramie. Dziś chodzę w adidasach. Potrafię to robić bezpiecznie, a lepszych butów nie potrzebuję. Prędzej założę grube buty gdy w Sudetach idę z cięższym plecakiem.
        I nie wpuściłbyś mojego kolegi instruktora taternictwa prowadzącego grupę kursantów z Betlejemki pod Zamarłą?

        > Nie masz nakrycia przeciwdeszczowego, także nie.

        Tylko opisz dobrze w przepisach, żeby Ci z płaszczami foliowymi nie wchodzili.

        > W zimie nie masz rękawiczek, także nie wejdziesz. Itd.

        Mam i w lecie, ale nie pomyślałbym, że ktoś może nie mieć w zimie 😀

        > To byłby już jakiś filtr. Nie idealny, ale już odsiewający część kretynów co
        > myślą np., że góry to tartanowa bieżnia.

        Wydaje mi się, że to nie byłoby takie proste jak myślisz.

        > Jednak jeśli jesteś przyjezdnym i miejscowy ci mówi, że dzisiaj to lepiej
        > byłoby nie iść, to może go jednak lepiej posłuchać.

        Rozumiem, że „miejscowy” to synonim tego „co się zna” 😉
        Akurat w moim przypadku wiem to lepiej, niż niejeden miejscowy, ale gdyby mi to powiedział TOPR’owiec, czy dyżyrny z PIMH’u, czy instruktor z Betlejemki, to z pewnoscią bym posłuchał.

        > Bo na pewno wie lepiej od ciebie.

        I widzisz, właśnie tego nie lubię.
        Mówisz „na pewno wie lepiej od ciebie”, a nie znasz ani jego, ani mnie.
        A może jeszcze zakazać miałby urzędnik …
        A może jeszcze każdy, bo jak pracuje w urzędzie to mądry …

        > Ryzyko tymczasem jest zawsze, a zwłaszcza na wysokościach takich jak
        > Aconcagua.

        Mam tego świadomość. Był to pewnie skrót myślowy o nadmiernym ryzyku.

        > Poza tym pamiętaj, że ciało to jednak nie worek kartofli. I transportowanie
        > zwłok przyjemnością nigdy nie jest.

        Też mi tego nie musisz uświadamiać. Nie żądałbym od Ciebie, żebyś chodził pod Kazalnicę po worek kartofli. Jeśli zaginie worek kartofli, to następny można przywieźć do MOka 😉

        > Nie życzę Ci abyś kiedyś miał okazje słuchać nawoływań o pomoc ze
        > świadomością, że nic zrobić nie może. Ale zapewniam Cie, to nie jest
        > łatwe ani przyjemnie i zostawia ślady w człowieku.

        O tym już było. Wiem jaki jestem, z kilkoma ratownikami rozmawiałem, więc jakieś tam pojęcie o ich wnętrzach mam.
        Ja pewnie nie mógłbym być ratownikiem, a może mógłbym, bo gdybym był, to bym się zmienił.

        Do zobaczenia w górach.

        Odpowiedz
      • jgj  20/02/2011 o 18:57

        Jestem zdecydowanym przeciwnikiem kontrolowania czy wprowadzania „minimów sprzętowych”, problem raczej w uświadamianiu i nauczaniu (patrz na działania DAV), ale tu też zdecydowanie jestem przeciw narzucaniu przynależności, czy obligatoryjnemu uzyskaniu stosownego papierka.

        Odpowiedz
  5. Inżynier  19/02/2011 o 16:41

    Historyjka być może SF

    Base Camp Aconcagua February 2012

    Baza mocno zatłoczona mimo podniesienia opłaty za permit do 3000 $. Ale w końcu bezpieczeństwo ma swoją cenę, jak twierdzą władze argentyńskiej prowincji Mendoza. Chętnych ze Świata na zdobycie Aconcagua nie brakuje. Nieco na uboczu stoi przestronny i wygodny namiot kapitana Fernadeza Mendez’a y Garcia a obok niego namioty jego żołnierzy. To oni są odpowiedzialni za przestrzeganie rygorów bezpieczeństwa w rejonie Aconcagua. Uwagę zwraca też wysoka jadalnia w barwach wojskowych z zapleczem kuchennym i krzątającym się w nim kucharzem. Namioty Argentyńczyków są nieco oddalone od kolorowych, ale znacznie mniejszych namiotów potencjalnych zdobywców ‘dachu obu Ameryk’, tak, aby odgłosy codziennych imprez nie budziły wspinaczy ze wszystkich stron. Wszak ‘andyniści’ powinni wypocząć przed atakiem szczytowym.
    Ruch w bazie spory, jedni pakują sprzęt nie doczekawszy się odpowiednich warunków pogodowych na atak i szykują się do powroty, inni rozbijają namioty patrząc z nadzieją w wieczorne niebo. Kapitan nie wypuści nikogo w stronę szczytu, jeśli nie ma idealnych warunków – tak stanowi zarządzenie Gubernatora prowincji Mendoza. W bazie kwitnie życie towarzyskie. Wszak trzy tygodnie oczekiwania na dogodne warunki do akcji szczytowej trzeba sobie jakoś wypełnić. Z dołu docierają transporty cukru trzcinowego a ‘bazowa’ bimbrownia pracuje pełną parą. Za skromną, jak na warunki światowe, opłatą (tylko w dolarach lub Euro) można zamówić sobie damskie ( również męskie, aby nie być posądzonym o dyskryminację) towarzystwo. Tu o jakość dba, legalizująca dochody z innych dziedzin, organizacja z Medelin. Ogólnie, również na te wysokości dotarła w końcu komercja. Chyba ‘komercja’ w dobrym tego słowa znaczeniu.
    Wieczorna odprawa u kapitana Fernadeza Mendez’a y Garcia. Wspinacze patrzą z nadzieją w jego oblicze. Zachód słońca był piękny, pogoda bezśnieżna, prawie bezwietrzna. El Kapitan wygłasza wyrok: „Jeden dzień pogody, jeszcze nie wróży dobrych warunków na atak szczytowy, poza tym ciśnienie atmosferyczne podejrzanie niskie – czekamy do jutra na decyzję. Jak na razie wszyscy zostają w bazie”. Tłum rozchodzi się trochę rozczarowany. Ale cóż: „Dura led, sed lex”. Ktoś ze starych bywalców bazy co prawda wspomina, że ‘dobra’ pogoda utrzymuje się już od trzech dni, ale wszak ‘trzy jaskółki nie czynią wiosny’. Towarzystwo wraca do namiotów gdzie małe imprezki i ‘bunga-bunga’ nabierają powoli rumieńców.
    Następny dzień budzi się w ferii barw wschodzącego na bezchmurnym niebie słońca. No ale jest za późno na wyjście w góry. Dopiero wieczorna odprawa otworzy (lub nie) szlaban na ścieżce w stronę szczytu. Towarzystwo wylega na słońce. Zakutani w śpiwory – nie wieje, ale jest dosyć chłodno, wystawiają twarze w kierunku promieni słonecznych. Wszyscy pewni są zgody na wyjście jutro. Wszak barometry rosną, pogoda wyśmienita , prawie nie wieje. Ale wieczorem El Kapitano jest nieugięty: „Ja tu mam napisane w instrukcji, że ciśnienie ma być co najmniej 1050 hPa.”. Ktoś oponuje, że na poziomie Bazy takiego ciśnienia nie będzie nigdy. Chyba ustalający minimalne warunki atmosferyczne urzędnik popełnił błąd, podał ciśnienie zredukowane do poziomu morza. „Może” godzi się El Kapitano, „ale nic nie poradzę, takie mam wytyczne. Proponuję zgłosić poprawkę, jak wrócicie do Buenos Aires. Szlaban pozostaje zamknięty. Kto go przekroczy, zostanie zastrzelony bez ostrzeżenia przez moich żołnierzy. Bezpieczeństwo w górach jest najważniejsze”.
    Kolejny dzień pięknej pogody też nie skłania kapitana Mendez’a do udzielenia zgody na atak szczytowy. Tym razem argumentuje: „ciśnienie dalej niskie ale tu chyba macie rację, co do pomyłki wymaganych warunków, niemniej już trzy dni nie wieje, więc jutro na pewno pogoda się zmieni, wszak w rejonie wieje zawsze”. I szlaban dalej pozostaje zamknięty.
    Mijają kolejne dni w Bazie, zgody na atak szczytowy nadal nie ma. Podobno tak dobra pogoda nie zdarzyła się w tym rejonie od 100 lat. To też argument dla Kapitana – na pewno jutro się spieprzy.
    Dzień za dniem, trochę monotonne, ale okraszone zacnym bimbrem miejscowej produkcji pitym w miarę – wszak może jutro trzeba będzie wykrzesać z siebie wszystkie siły. Nowość, na skraju Bazy pojawiają się ‘tubylcy’ z ekstraktem z liści Coca, który podobno zapobiega chorobie wysokościowej. Idzie jak ciepłe bułeczki, dostawcy nie mogą nadążyć z towarem. Obserwujemy z moim partnerem wspinaczkowym Saszą z Ukrainy, że część towaru trafia do namiotów żołnierzy a ‘party’ u Kapitana stają się z dnia na dzień głośniejsze. Wszak służba tu nudna i czasem głosy żeńskie zyskują przewagę nad tembrami gitarowych śpiewaków.
    Ta sytuacja chyba w końcu daje pożywkę dla przemyśleń Saszy. Nie budząc mnie rano (ale i tak nie śpię) wymyka się gdzieś z flaszką bimbru. Wczoraj zepsuła się destylarka i do momentu przyniesienia z dołu kolejnej, bimber będzie w Bazie na wagę złota. Przez lufcik obserwuje dyskretnie Saszę, który prosto i bez skrepowania kieruje się w stronę namiotu El Kapitana. Nie pukając w połę wejścia znika w środku. Chyba przysypiam, bo dopiero po jakiejś godzinie Sasza na miękkich nogach wymyka się z namiotu El Kapitana.
    Przy śniadaniu Sasza informuje mnie konspiracyjnie, że jutro wszyscy ruszamy na szczyt. Dziwię się trochę jego pewności decyzji, ale posłusznie pakuję plecak. On zaś zaczyna obchodzić namioty innych wspinaczy, wszczyna dyskusje, jednak wszystkie lekko przyciszonym głosem.
    Wieczorem El Kapitano jest rozpromieniony: „Nareszcie nastały odpowiednie warunki do zaatakowania Aconcagua. Jutro wszystkie zespoły mogą rozpocząć zdobywanie szczytu”.
    Wschód słońca, tak, jak od tygodnia zapiera dech w piersiach. Troszkę niepokoją rozmyte cirrusy, ale cóż, szlaban w końcu otwarty. El Kapitano zapisuje w książce wszystkie wychodzące zespoły, idzie nas ponad setka ludzi.
    Podejście, pot, biwak, zimno – cóż tu opisywać – w końcu szczyt. Droga zejściowa szybka, bo zaczyna parszywie wiać i sypać śniegiem. Oj przetrzymał nas El Kapitano. Docieramy z Saszą do Bazy i z niepokojem liczymy wracających wspinaczy. Tym razem Góra nie chciała zabić – wracają wszyscy. Radość i odprężenie, zaczynamy powoli zbierać się do powrotu. Tylko Sasza jakiś dziwny. Tłumaczę mu, że wydaliśmy trochę więcej dolarów niż przewidywaliśmy, ale szczyt jest nasz, i że to się liczy. Sasza uśmiecha się krzywo i cichutko proponuje mi, żebyśmy jeszcze raz wyszli na Aconcague. Czyli zostali w Bazie jeszcze trochę czasu. Nic nie rozumiem, ale mam wakacje i mogę robić co chcę. Żegnamy schodzących w dół towarzyszy i spokojnie mościmy się w śpiworach. Z dołu, tym razem w śnieżycy podchodzą kolejne zastępy ‘zdobywców’. Trochę obawiam się, czy starczy kasy na kolejne dni w Bazie, wszak żarcie donoszone z dołu przez tubylców kosztuje słono a i i bimber, po naprawie destylarki nie jest za darmo. Zwierzam się Saszy z moich obaw ale on zbywa to śmiechem. Poczekaj do następnego okresu dobrej pogody – mówi i stawia flaszkę.
    Jest mi teraz wygodnie w namiocie, Sasza wraca dopiero nad ranem z imprez u EL Kapitano. Baza powoli zapełnia się ludźmi, pogoda poprawia. Jak informuje mnie Sasza, czas na kolejną akcję „Atak”.
    El Kapitano mąci jak zwykle, pierwsze kilka dni dobrej pogody marudzi, że nie ma warunków, piętrzy trudności. Tym razem już w piątym, a nie jak w naszym przypadku siódmym, dniu dobrej pogody Sasza zaczyna obchodzić namioty. Uroczyście obwieszcza, że jutro ruszamy na Szczyt.
    Rzeczywiście, wieczorem El Kapitano daje zgodę a rankiem następnego dnia zespoły ruszają do góry. A my z nimi. Ale już po 3 godzinach podejścia Sasza zaczyna marudzić, chyba jest chory. Zawracam z partnerem do pustej Bazy. Sasza idzie poradzić się wojskowego lekarza i wraca odmieniony, chyba dostał lekarstwo. Wieczorem z uśmiechniętą mina wręcza mi 5000 dolarów. Jestem zaskoczony, skąd to pytam. Z rozbrajającym uśmiechem Sasza tłumaczy: ”Kapitan bierze 100$ od pozwolenia na wyjście w góry a ja doliczam do tego marżę 50$ za załatwienie sprawy, czyli po 25$ od łba. On musi jeszcze opłacić żołnierzy i swojego El Jefe. To co? Zostajemy do końca sezonu w Bazie?”
    Zostajemy! To jest interes a i ekstrakt Coca coraz bardziej mi smakuje .

    Odpowiedz
    • górołaz  19/02/2011 o 19:16

      Fajnie piszesz i gratuluję wyobraźni. Szkoda tylko, że nic to w sumie nie wnosi do toczącej się tu, dość ważnej (bo stawką są ludzkie życia) dyskusji.

      Konkretnie – co proponujesz? Pozostawienie status quo? Czyli niech wchodzi każdy kto na to ma ochote, w każdych warunkach, a ratownicy będą w miarę swych możliwości próbować ratować tych, którzy jednak nie dadzą rady? Przecież wiadomo, że skończy się to tym, że cena i tak już nie taniego permitu pójdzie ostro w górę. Władze będą przecież chciały sobie jakoś odciągnąć ponoszone koszty, co jest zrozumiałe.
      Czyli, de facto, zostanie wprowadzony mocny filtr, ale ekonmiczny, czyli najbardziej niedemokratyczny ze wszystkich. Co mnie, doświadczonemu i wydaje mi się dość odpowiedzialnemu turyście górskiemu (który był już na Aconagua, i co nieco ludzkiej głupoty tam widział), który jednak ma kieszenie o ograniczonej głębokości, niezbyt się podoba.

      Piszesz „edukować”. Jak to sobie niby wyobrażasz? Zwłaszcza w przypadku takiej Aconcaguy, gdzie zjeżdżają się ludzie z całego świata i którzy chcą jak najszybciej wejść i wyjśc. Ma powstać szkółka na Plaza de Mulas, gdzie każdy przed dalszą drogą, powinien przejść kurs? Ile godzin lekcyjnych sugerujesz? No i co z tymi, którzy nie znają ani hiszpańskiego, ani angielskiego? Wymagać od nich posiadania tłumacza? 😉

      Żartuje oczywiście, ale zdaję sobie sprawę, że problem istnieje. Naprawdę na Aconcaguę porywa się wiele ludzi nie będących do tego zupełnie przygotowanych. Ani fizycznie, ani sprzętowo. Sam widziałem na 6 tysiącach metrów chłopaków w adidaskach.
      Ja wiem, że można się nauczyć chodzić po górach w innym obuwiu niż masywne trepy. Sam często chodze w trekingowych sandałach. Ale to są nie Tatry. Na Aconcagule temperatura spada poniżej -30 stopni i naprawdę nie widziałbym nic zdrożnego we wprowadzeniu minimum sprzętowego i wyszczególnieniu jakie obuwie jest wymagane. I żeby nie było wątpliwości podając nawet konkretne firmy i modele, bo wiele przecież ich nie ma.

      Odpowiedz
      • Inżynier  19/02/2011 o 20:41

        @górołaz: Fajnie piszesz i gratuluję wyobraźni. Szkoda tylko, że nic to w sumie nie wnosi do toczącej się tu, dość ważnej (bo stawką są ludzkie życia) dyskusji.

        Dzieki za uznanie, ale ot tak mi spłyneło na klawiaturę. A szkoda, że nie zrozumiałeś przesłania, chyba jednak było zbyt zawoalowane: każdy niezbyt precyzyjny zakaz administracyjny rodzi pokusę korupcji.
        I będą płacić droższy permit i będą płacić haracz za ‚dobre warunki’.

        Ot wyobraź sobie ‚bramkę’ do PN’u. Pracownik Parku pyta ‚turystę’ gdzie idzie i jak/którędy zamierza wrócic. Rozmowie przysłuchuje się znajomy parkowego Goprowiec (przewodnik). Turysta zna topografię, wygląda na doświadczonego turystę, ma odpowiedni sprzęt, ale Goprowiec (przewodnik) chce zarobić. No cóz, stwierdza pracownik PN’u, pogoda niepewna, wiedza Pana nie do końca wystarczająca, no może z przewodnikiem moglibyście wejść.
        Niemożliwe? wiara w uczciwość ludzką jest piękną sprawą, ale ułudną. Na tej bazie nie wolno stanowić prawa (nieprecyzyjnego).

        >Konkretnie – co proponujesz? Pozostawienie status quo? Czyli niech wchodzi każdy kto na to ma ochote, w każdych warunkach, a ratownicy będą w miarę swych możliwości próbować ratować tych, którzy jednak nie dadzą rady?

        Dokładnie tak, z drobną różnicą, proponowaną przez władze prowincji Mendoza. Ratownicy odradzają próbę ataku szczytowego, Ty jednak upierasz sie przy swoich prawach (niezbywalnych prawach do wolności).
        Proszę bardzo, Pan podpisze oświadczenie, że zrzeka się Pan praw do bezpłatnej akcji ratowniczej. A jesli jednak chce Pan, aby w razie wypadku Pana ratowano, prosze złożyć na ręce komendanta posterunku depozyt w wysokości 50 000$ lub prosze okazac poręczenie ubezpieczyciela (z wyraźnym opisem ‚nadmiernego’ ryzyka).

        >Przecież wiadomo, że skończy się to tym, że cena i tak już nie taniego permitu pójdzie ostro w górę. Władze będą przecież chciały sobie jakoś odciągnąć ponoszone koszty, co jest zrozumiałe.

        Nie, dlaczego?
        W proponowanym przezemnie rozwiązaniu koszty są refundowane przez depozyt lub ubezpieczyciela (a z państwem Argentyna ubezpieczyciel nie wygra).

        >Czyli, de facto, zostanie wprowadzony mocny filtr, ale ekonmiczny, czyli najbardziej niedemokratyczny ze wszystkich. Co mnie, doświadczonemu i wydaje mi się dość odpowiedzialnemu turyście górskiemu (który był już na Aconagua, i co nieco ludzkiej głupoty tam widział), który jednak ma kieszenie o ograniczonej głębokości, niezbyt się podoba.

        Nic podobnego, wręcz cena pemitu może spaść (w co słabo wierzę).

        >Piszesz „edukować”. Jak to sobie niby wyobrażasz? Zwłaszcza w przypadku takiej Aconcaguy, gdzie zjeżdżają się ludzie z całego świata i którzy chcą jak najszybciej wejść i wyjśc. Ma powstać szkółka na Plaza de Mulas, gdzie każdy przed dalszą drogą, powinien przejść kurs? Ile godzin lekcyjnych sugerujesz? No i co z tymi, którzy nie znają ani hiszpańskiego, ani angielskiego? Wymagać od nich posiadania tłumacza?

        Nie, nie. Edukować przed wyprawą, na miejscu to już nie ma prawie sensu. Ale poradzą sobie z tym ubezpieczyciele – stawka zależna od umiejętności (być może potwierdzonych egzaminami, Kartą Taternika
        🙂 , whatever). Tak jak teraz na przykład w Niemczech – stawka ubezpieczenia komunikacyjnego zależna od wieku kierowcy i stażu (nawet 180%).

        >Żartuje oczywiście, ale zdaję sobie sprawę, że problem istnieje.

        Istnieje, ale rozwiązania nie są proste.

        >Naprawdę na Aconcaguę porywa się wiele ludzi nie będących do tego zupełnie przygotowanych. Ani fizycznie, ani sprzętowo. Sam widziałem na 6 tysiącach metrów chłopaków w adidaskach.

        No rzeczywiście, na 6k bym się w sandałach nie wybrał, ale jest taki gość (nie pamietam nazwiska) co się wybrał na Everest w szortach, sandałach i podkoszulce. Musiał się wycofać, ale to nie ‚oszołom’, bo w takim ubiorze parę gór wysokich zdobył.

        >Ja wiem, że można się nauczyć chodzić po górach w innym obuwiu niż masywne trepy. Sam często chodze w trekingowych sandałach. Ale to są nie Tatry.

        Brawo, więc filtr ‚cholewka ponad kostkę’ w PN nie działa.

        >Na Aconcagule temperatura spada poniżej -30 stopni i naprawdę nie widziałbym nic zdrożnego we wprowadzeniu minimum sprzętowego i wyszczególnieniu jakie obuwie jest wymagane. I żeby nie było wątpliwości podając nawet konkretne firmy i modele, bo wiele przecież ich nie ma.

        Tu bym mocno polemizował (podobno jestem ekspertem (?) w dziedzinie sprzętu turystycznego) z tym wskazywaniem firm i modeli (znów korupcja), ale problem jest inny: modeli i firm jest dużo, jutro pojawia się nowe, trzeba by aktualizować listę co kwartał (jeśli taką listę by stworzono, to firmy sprzętowe zaraz się do tego dostosują = co miesiąc nowy model (nie będący na liście)). A poza tym, pewnie wiesz, że buty na te wysokości dobiera się w specyficzny sposób. Jaki? Może podasz na forum.

        Pozdrawiam

        Odpowiedz
  6. Inżynier  19/02/2011 o 18:39

    Zapomniałem dodać:
    „Wszelka zbieżność nazwisk i osób jest wyłącznie przypadkowa i niezamierzona. Sczególnie przepraszam Pana Fernadeza Mendez’a y Garcia, kartel z Medelin, ‚tubylców’ oraz Saszę za wymienienie ich personalnie w opowiadaniu. Wszyscy sa tworem mojej imaginacji i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami.”

    Odpowiedz
    • Jendrek  20/02/2011 o 01:16

      Jakie to szczęście, że Aconcagua to nie NagóŚ, a kapitan Fernandez (jego ojciec dosłużył się tylko stopnia sierżanta) nie wpadł na pomysł, żeby na górę puszczać tylko tych, którzy potrafią przerobić czołówkę z żarówek na LED’y 😀

      inżynier Jendrek

      Odpowiedz
      • Inżynier  20/02/2011 o 12:18

        Myślę, że chciałeś napisać o NaGóŚ, Górze, która chciała zabić.

        Myślę, że El Kapitano (jak go znam) jest bardzo podatny na wszelkie sugestie dotyczące ograniczania dostępu na Szczyt. Wystarczy mu tylko szepnąć słówko, wszak służba taka nudna i warto urozmaicać sobie wieczorne odprawy patrząc na bezgranicznie zdumione i zbulwersowane twarze potencjalnych Zdobywców wsłuchujące się w kolejne abstrakcyjne przeszkody. 🙂

        Pozdrawiam

        Odpowiedz
        • Jendrek  20/02/2011 o 14:49

          Oczywiście chodziło o NaGóŚ, to była zwykła literówka. Wstyd mi tym bardziej, że zadbałem o to, żeby podpisując się zacząć słowo „inżynier” od małej litery, a nie od wielkiej.
          Pomysł z El Kapitano chwytam, jeśli Ty go znasz, to tak, jakbym go znał ja sam. Spróbuję mu podpowiedzieć co trzeba. Jeśli odpali mi jakąś działę za wsparcie legislacyjne, to i Ty z pragnienia nie skonasz.

          Odpowiedz
          • Inżynier  20/02/2011 o 22:19

            >Oczywiście chodziło o NaGóŚ, to była zwykła literówka. Wstyd mi tym bardziej, że zadbałem o to, żeby podpisując się zacząć słowo „inżynier” od małej litery, a nie od wielkiej.

            I za to między innymi Kolegę cenię (na poważnie) 🙂

            >Pomysł z El Kapitano chwytam, jeśli Ty go znasz, to tak, jakbym go znał ja sam. Spróbuję mu podpowiedzieć co trzeba. Jeśli odpali mi jakąś działę za wsparcie legislacyjne, to i Ty z pragnienia nie skonasz.

            Alez oczywiście, po prostu podniesie się trochę ‚opłatę manipulacyjną’ i na legislację, a również na ekstrakt Coca starczy.

            Zresztą El Kapitano nie ma tu nic do gadania – obecnie negocjacje prowadzone sa z El Jefe. Obawiam sie jednak, że ceny wzrosną, ponieważ zainteresował się sprawa El Presidente – to już wysoki szczebel, chyba trzeba sobie sprawić frak.

  7. zawsze idę prosto  20/02/2011 o 15:22

    do BsAs i innych mu podobnych:

    Człowieku! Moje życie, moja sprawa! Policja może mi doradzać a nie zawracać siłą! Jak pójdę w złą pogodę i się zabiję, to moja sprawa, nie? Czemu chcesz dysponować moim życiem? Ja nie namawiam nikogo do nadmiernego ryzyka, jak jest zła pogoda to nie ma po co bez sensu ryzykować, jednak jeżeli uznam, że dam radę, to jest to moja sprawa!

    Niektórzy może powinni właśnie przez własną głupotę zginąć w górach, w ten sposób takie historie porządnie by odstraszały pragnąćych przygody. Bo obecnie, to niekt chyba nie postrzga nawet Tatr jako gór niebezpiecznych!

    Odpowiedz
  8. Antek  21/02/2011 o 22:10

    kiedys mowiono, ze nie da sie wejsc zima na 8 tys. obcnie juz kilka szczytow 8km zostalo zdobytych zima.
    mozna by bylo tez zamknac dostep do tych gor w okresie zimy, bo niebezpieczne.
    gory, szczegolnie te dzikie, to szczegolny rejon naszej planety. mozna sie tam wyciszyc i powalczyc ze swoimi slabosciami (fizycznymi i mentalnymi).
    niektorzy potrzebuja wiekszych wrazen i doznan by to poczuc.
    jestesmy ludzmi, ktorzy maja szeroki dostep do informacji i edukacji.
    niech zatem kazdy kieruje sie swoim rozsadkiem i punktem odniesienia.
    ja bym niechcial aby moje wyjscie w gory, uzaleznione bylo od widzimisie rangersow. tak samo jak nie chce aby panstwo ingerowalo w moje nocne wyjscie na miasto, uprawianie extremalnych sportow czy spozywanej ilosci alkoholu.
    co do aconcagua, to akcje ratownicze nie sa darmowe, bo placi sie wysoki permit. obecnie jest to suma 800usd.

    Odpowiedz
    • BsAs  21/02/2011 o 22:23

      Akcje _są_darmowe_. Przecież to 800 dolarów to pestka w porównaniu z realnymi kosztami ratunku z użyciem helikoptera.

      Odpowiedz
  9. jożin  22/02/2011 o 11:21

    Ogólnie popieram argumenty przeciwników zakazu. Takie zakazy to kolejny, smutny przykład podejścia do człowieka, próba zabrania mu jego wolności, a w sumie także człowieczeństwa. Nie wdając się w wielką filozofię – komuna i tyle.

    A druga rzecz – po prostu pójście na łatwiznę władz parku.

    @BsAs

    Jeśli permit to 800 USD, a wydaje sie powiedzmy 1000 permitów rocznie, czyli 800.000 USD (oprócz permitów na trekkingi, których dają pewnie drugą taką kwotę) – co daje kilka milionów USD – a akcje ratunkowe nie zdarzają się codziennie i przy każdym wejściu – spokojnie można za to utrzymać strażników parku, kasy biletowe, ekipę ratunkową i przynajmniej 2 helikoptery (koszt jednego ok. 1 mln USD, amortyzacja jakieś 10 lat). Oczywiście zostaje z tego jeszcze całkiem spory zysk. Swoją drogą wydaje mi się, że tych permitów na sam atak szczytowy wydaje się nawet więcej niż 1000 rocznie….

    Więc podsumowując – akcje ratunkowe nie są darmowe.

    Odpowiedz
    • BsAs  23/02/2011 o 17:31

      Widać, że małe masz pojęcie od sytuacji pod Aconcagua. Akcji ratunkowych jest, średnio, kilka dziennnie. Tylko w tym sezonie, który rozpoczął się w połowie listopada, helikopter startował do akcji ratunkowych na Aconcagua już ponad 300 razy. I do dnia dzisiejszego 161 turystów zostało tam ewakuowanych drogą lotniczą. Dla każdego z nich akcja była, de facto, darmowa. Bo gdyby mieli zapłacić rzeczywiste koszty byłoby to znacznie, znacznie więcej niż owe 800 USD. Zresztą nie wszyscy tyle płacą. 800 USD to cena w pełni sezonu, czyli od połowy grudnia do końca stycznia. Trochę później i wcześniej kosztuje to 550 USD, a na samym początku i końcu sezonu 350.

      Tyle płacą cudzoziemcy, bo w przypadku Argentyńczyków (i cudzoziemców mieszkających w tym kraju) ceny permitów są jeszcze bardziej symboliczne – od 60 do 180 USD.

      Odpowiedz
  10. Antek  22/02/2011 o 13:38

    @Jozin, dokladnie to chcialem napisac.
    permitow wydaje sie rocznie kilka tysiecy.
    do tego dochodza zyski z transportu i brania ludzi na gore. park z tego tez czerpie zyski.
    jest to fabryka do robienia pieniedzy.

    Odpowiedz
    • Inżynier  26/02/2011 o 12:03

      @Antek park z tego tez czerpie zyski.
      jest to fabryka do robienia pieniedzy.

      A teraz chce podnieść sobie rentowność przedsięwzięcia obniżając koszty, czyli zmniejszając ilość koniecznych akcji ratunkowych (bo znacznego podniesienia cen permitu może nie wytrzymali by klienci i przestali przyjeżdżać, lub byłoby ich mniej).

      Klasyczny przykład podnoszenia rentowności przedsięwzięcia przez redukcję kosztów własnych.

      Pozdrawiam

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.