Rapa Nui trafi do szkół


Najmłodsze dzieci mieszkające na należącej do Chile Wyspie Wielkanocnej będą mogły w końcu uczyć się w Rapa Nui, tradycyjnym języku tego miejsca.

Na fladze Wyspy Wielkanocnej znajduj się Reimiro, czyli tradycyjny dla jej mieszkańców rzeźbiony, drewniany napierśnik

O spełnieniu odwiecznego postulatu rdzennych mieszkańców wyspy poinformował, podczas swej wizyty tamże, chilijski minister edukacji Joaquin Lavín. Nowy rządowy program Inmersión en Lengua Rapa Nui, czyli Zanurzenie w Języku Rapa Nui, wystrartuje już w najbliższych tygodniach. Przewiduje on, że w Colegio Lorenzo Baeza Vega, największej instytycji edukacyjnej w Hanga Roa – jedynym mieście na wyspie, część zajęć dla przedszkolaków, oraz nauka niemal wszystkich przedmiotów w pierwszych czterech klasach podstawówki odbywać się będzie w języku pascuense, bo taka jest też hiszpańska nazwa Rapa Nui. Poza tym, oczywiście, zgodnie z chilijskim programem nauczania wszyscy będą mieli normalne lekcje hiszpańskiego.

Począwszy od piątej klasy podstawówki, aż po maturę, nauczanie będzie się odbywało, jak dotąd, po hiszpańsku, ale – dodatkowo – uczniowie będą mieli 4 godziny lekcyjne tygodniowo tradycyjnego języka wyspy.

Naprwdę chcemy tym programem uratować język Rapa Nui, oraz rdzenne tradycje mieszkańców tej wyspy– stwierdził minister Lavín.

Stworzenie programu nauczania w języku Rapa Nui oznacza zdecydowaną zmianę polityki władz w Santiago w stosunku do Wyspy Wielkanocnej i jej mieszkańców, którzy przez dekady traktowani byli jako obywatele drugiej kategorii. I tak, choć wyspa należy do Chile od 1888 roku, jej rdzenni mieszkańcy otrzymali prawo do posiadania chilijskiego obywatelstwa, a co za tym idzie dokumentów niezbędnych do jakiegokolwiek podróżowania, dopiero w 1966 roku.

Wcześniej wyspa była zamkniętą przed przybyszami z zewnątrz chilijską bazą wojskową, na terenie której rdzenni mieszkańcy mieszkali w specjalnym obozie w Hanga Roa. I mogli go opuszczać wyłącznie ci, którym rząd w Santiago „wypożyczał” do pracy w owczych farmach należącej do mieszkających w Chile Szkotów spółki Williamson-Balfour Company. Od 1895 aż do 1953 roku miała ona bowiem wyłączność na gospodarczą ekploatację kontrolowanej przez armię wyspy. A jej mieszkańcy mieli formalny zakaz używania swego tradycyjnego języka.

Tajemnicze kamienne posągi zwane moai są magnesem przyciągającym turystów z całego świata (fot: Ian Sewell)

Problemy rdzennych mieszkańców wyspy nie skończyły się bynajmniej wraz z uznaniem ich, przez rząd Eduardo Freia Montalvy, za pełnoprawnych obywateli Chile. Ani z otwarciem wyspy na turystykę, czy uruchomieniem – w 1967 roku – pierwszych regularnych połączeń lotniczych z Santiago. Przeciwnie – centralna władza patrzyła niechętnym okiem na kultywowanie tradycji przez rdzennych mieszkańców. Próbowano ich usilnie „zchilenizować”, z góry odrzucając wszelkie postulaty zwiększonej autonomii. Przez długie lata zachęcano także kontynentalnych Chilijczyków do relokacji na wyspę i otwierania tam firm, najlepiej turystycznych.

Wyspa odczuła także boleśnie okres wojskowej dyktratury gen. Augusto Pinocheta, a zwłaszcza przyjęty w 1979 roku dekret o prywatnej własności ziem, którego celem było precyzyjne określenie do kogo należy każdy skrawek chilijskiej ziemi. Zachęcano wówczas do kupowania działek także na Wyspie Wielkanocnej, co – w zamyśle władz – miało doprowadzić do jeszcze bardziej dynamicznego rozwoju turystyki. Gwałciło jednak tradycyjną dla rdzennych mieszkańców wyspy formę własności kolektywnej, wg. której wyspa od zawsze podzielona była międzu lokalne klany.

Konsekwencje „prywatyzacji” wyspy odczuwane są do tej pory – rdzenni mieszkańcy regularnie próbują okupować znajdujące się w prywatnych rękach tereny, czy wybudowane na nich hotele. Twierdzą, że Państwo bezprawnie sprzedało należącą do nich „od zawsze” ziemię. Zdarza się nawet, że protesty kończą się zamieszkami, jak w grudniu ubiegłego roku, gdy podczas siłowego „uwalniania” okupowanych przez trzy miesiące budynków, carabiñeros użyli gumowych kul i gazów łzawiących. Rannych zostało ponad 20 osób.

W ostatnich latach jednak coraz więcej postulatów rdzennych mieszkańców jest wysłuchiwana. Zmiany następują powoli, ale jednak są. Przełomowym momentem było nowelizacja, w 2007 roku, chilijskiej Konstytucji. Znalazł się bowiem w niej zapis, że Wyspa Wielkanocna i Archipelag Juan Fernández są „terytoriami specjalnymi”. Daje to podstawy do zwiększenia ich autonomii i stosowania specyficznych, lokalnych rozwiązań, jak chociażby nauka w języku Rapa Nui.

tabliczka zapisana rongorongo

Jezyk Rapa Nui zaliczany jest do grupy języków polinezyjskich, zdaniem lingwistów najbardziej spokrewniony jest z hawajskim, rarotonga (język, którym posługują się rdzenni mieszkańcy wysp Cooka) i markizyjskim. Rapa Nui korzysta obecnie z alfabetu łacińskiego, choć najprawdopodobniej historycznym alfabetem było rongorongo, dotąd nieodszyfrowane pismo piktogramowe, uważane za jedną z pierwszych prób zapisu w historii ludzkości.

Na położonej 3500 km od kontynentalnego wybrzeża Chile  Wyspie Wielkanocnej mieszka obecnie niecałe 5 tys. osób., z których ok. 60 proc. identyfikuje się jako Rapa Nui (nazwa ta oznacza zarówno samą wyspę, ich rdzennych mieszkańców, oraz ich język). Większość z nich zna przynajmniej biernie język przodków, lecz ilość posługujących się nim płynnie szacuje się na zaledwie 800.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Rapa Nui trafi do szkół"

  1. Grzegorz  27/02/2011 o 16:58

    Mieszkam od przeszło dwóch lat w Limie. Uwielbiam Peru, niebawem będę starać się o obywatelstwo tego kraju, co nie przeszkadza mi uwielbiać jednocześnie Chile (we wtorek ruszam na wyprawę rowerową z Santiago do Coyhaique, ponad 2 tys km). Dla niewtajemniczonych – z powodu konfliktu sprzed 150 lat Peruwiańczycy i Chilijczycy – sąsiedzi – nie znoszą się. Szczegónie ci pierwsi tych drugich. Sporo rozmawiałem z ludźmi z obydwu krajów i wydawało mi się, że problem leży po stronie peruwiańczyków, problem w zaakceptowaniu rzeczywistości, w przezwyciężeniu żalu po utraconej pustynii, itp. Chile jawiło mi się jako kraj znacznie bardziej dojrzały – ekonomicznie – to jasne, ale też społecznie, o większej świadomości, bardziej ‚europejski’. Ale to nie do końca tak… Wygląda na to,że w krajach Ameryki Łaciskiej dużym problemem jest nacjonalizm. Nacjonalizm, który tutaj postrzegany jest jako cos pozytywnego, jako synonizm patriotyzmu. Nacjonalizm który, często na siłę, każe szukać różnic pomiędzy sąsiadującymi krajami, a który jednocześnie ‚kastruje’ ich wewnętrzną różnorodność.Dzieje się tak w Peru np. z keczua, które w miastach jest postrzegane jako język górali (‚serranos’ – określenie wybitnie pejoratywne), zacofania, ludzi prostych, ale też i w Chile, gdzie używanie języków mapuczy było ponoć do niedawna prawnie zakazane (sic!), gdzie wobec protestujących indian policja używa broni. O ile zatem w ‚zacofanym’ Peru sankcje za manfestowanie swojej kulturowej odrębności są ‚jedynie’ społeczne (alienacja, wyśmiewanie, presja) o tyle ‚europejskie’ Chile w służbie nacjonalizmu zaprzęga swój nieźle zorganizowany państwowy aparat (policja, prawo). To drugie wydaje mi się znacznie gosze. Obydwa społeczeństwa muszą się jeszcze sporo nauczyć…

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.