Fascynujące Andy


Jestem pewien, że gdy po raz pierwszy jako dziecko świadomie zagłębiałem się w kolejne strony atlasu świata, gdy zobaczyłem na mapie Ameryki Południowej długie czerwonawe pasmo, to miałem w sobie przeczucie, że tam pojadę. Późniejsze lektury i filmy górskie tylko to postanowienie utwierdzały.

Andy tworzą jakby kręgosłup całej Ameryki Południowej, jest to potężna bariera o długości około 9 tysięcy kilometrów i szerokości od 200 do 800 km. Ten najdłuższy na świecie nieprzerwany łańcuch gór wysokich wznosi się na wysokość 3000 m, a szczyty przekraczają 5, a nawet 6 tysięcy metrów. Najwyższy z nich, Aconcagua, mierzy 6962 m n.p.m.

El Misti – wulkan o wysokości 5822 m, górujący nad miastem Arequipa na południu Peru. O Arequpie potoczne mówi się Ciudad Blanca – Białe Miasto, gdyż większość domów zbudowana jest z jasnego tufu wulkanicznego.

Wiele z tych wysokich szczytów to stożki wulkaniczne. Do najsłynniejszych wulkanów należą Sangay, Cotopaxi i Chimborazo, uznawany do 1818 roku za najwyższą górę na świecie. Andy nie mają niskich przełęczy, co stwarza ogromne trudności dla budowy poprzecznych linii komunikacyjnych.

Łańcuchy górskie północnych Andów rozgałęziają się, a pomiędzy nie wnikają otwarte ku północy głębokie obniżenia. W południowej Kolumbii pojawiają się dwa główne łańcuchy: Kordyliera Zachodnia i Kordyliera Wschodnia. Między nimi znajdują się wysoko położone kotliny, porozdzielane węzłami górskimi. W środkowych Andach obie Kordyliery rozchodzą się, obejmując szereg nieckowatych obniżeń, zwanych łącznie Altiplano. Na terenie Boliwii Andy rozszerzają się na ponad 600 km. Wiele szczytów andyjskich wznosi się ponad granicę śniegu, która w strefie równikowej znajduje się na wysokości 4600 m, w strefie zwrotnikowej – z powodu braku opadów – podnosi się do 6000 m, a następnie opada w kierunku południowym, dochodząc do 1000 m w Cieśninie Magellana i 600 m na Ziemi Ognistej.

Słynne Altiplano, płaskowyż w Andach Środkowych, zdjęcie z pociągu kursującego na trasie Cuzco – Puno.

W swej dużej rozciągłości i orientacji południkowej Andy przebiegają przez szereg stref klimatycznych – od klimatu równikowego poprzez zwrotnikowy suchy, umiarkowany ciepły i chłodny, do subpolarnego na południu. We wszystkich strefach warunki klimatyczne ulegają zaostrzeniu w miarę wzrostu wysokości. W strefie równikowej występują obfite opady na wschodnich stokach Andów, a w północnej części, w Wenezueli i Kolumbii, na stokach zachodnich. Klimat Andów Środkowych (od południowego Peru po Aconcaguę) odznacza się surowością i skąpymi opadami. Pasaty południowo-wschodnie wiejące znad Oceanu Atlantyckiego oddają resztę wilgoci na wschodnich zboczach Andów. Wzdłuż wybrzeży Oceanu Spokojnego przepływa chłodny Prąd Peruwiański, dlatego parowanie wody jest minimalne i nie dochodzi do większych opadów nad lądem. Setkami kilometrów od zachodniego wybrzeża w głąb Andów ciągną się ubogie w roślinność pustkowia o nagich skałach, rumowiskach skalnych, obszarach pokrytych otoczakami i solniskami (salares) o wyschniętych, błyszczących w słońcu powierzchniach.

W czasie naszych wypraw często spotykaliśmy w krasowym wapiennym terenie urokliwe zagłębienia wypełnione ciepłą wodą termalną. Mimo że na dworze temperatury były bliskie zera, cieszyliśmy się kąpielą w ciepłej wodzie, podziwiając endemiczną, bujną roślinność…

Piękno tych gór skrywa przerażającą siłę. Andy ciągną się wzdłuż linii granicznej pomiędzy dwiema płytami tektonicznymi, przez co trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów wielokroć wyrządzały olbrzymie szkody. Najbardziej tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi w 1970 roku wystąpiło wzdłuż tysiąckilometrowego wybrzeża w Peru oraz na sporej części obszaru kraju w głębi lądu, pozostawiając 60 tysięcy zabitych i około 800 tysięcy bezdomnych. W Cordillera Blanca zapadła się lodowa czapa szczytu Huascaran, zsyłając olbrzymią lawinę błotną, pędzącą w dno doliny z prędkością 320 kilometrów na godzinę. Dwudziestotysięczne miasteczko Yungay, ośrodek turystyczny, zniknęło w ciągu kilku sekund pod wielometrową warstwą błota. Nie uchował się tam ani jeden dom, ocalały tylko trzy palmy na rynku i pomnik Chrystusa. Gdy czternaście lat później byłem na miejscu katastrofy, nic nie wskazywało, że na zarośniętej trawą dolinie rozegrała się tak wielka tragedia.

W lipcu 1983 roku, w małej osadzie Tinqui na wysokości ok. 4100 m n.p.m. u podnóża Cordillera Vilcanota w Peru czekaliśmy kilka dni na muły, które miały zabrać nasz bagaż. Mieszkańcy wioski spontanicznie zaproponowali rozegranie meczu piłkarskiego. Wszak byliśmy obywatelami Polski, tej właśnie Polonii, z którą ich reprezentacja przegrała mecz na mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku. To było świeże wspomnienie wszystkich Peruwiańczyków, wszelkie pierwsze skojarzenie z Polską zaczynało się zazwyczaj od słów: cinco uno, czyli 5 : 1, bo właśnie takie baty dostali Peruwiańczycy. Teraz wioska domagała się rewanżu. Dzielnie stanęliśmy do gry i… przegraliśmy sromotnie 2 : 12. Lepiej zaaklimatyzowani, szybsi, bardziej zwinni Indianie rozgromili nas doszczętnie. I dopiero po meczu dotarło do nas, jakie to było dla nich ważne. Cała wioska dosłownie pijana ze szczęścia cieszyła się zwycięstwem na pełnej braterstwa imprezie do białego rana. Widzieliśmy prawdziwą radość tych ubogich ludzi. Czuliśmy, że mimowolnie daliśmy im bardzo dużo dobrego.

Wędrując wysoko w Andach wąskimi ścieżkami, miałem wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Spotykałem Indian ubranych w tradycyjne, kolorowe, wełniane stroje, kobiety tkające materiał na starych, prymitywnych krosnach, mijałem się z karawanami lam objuczonymi żywnością, ubogich pasterzy, wypasających alpaki i wikunie na wysokogórskich pastwiskach. Jedynie mecze piłkarskie rozgrywane, hen bardzo wysoko, dowodziły przyjęcia się tutaj nowinek innej cywilizacji.

Taką nowinką również stały się kapelusze nakładane na wełniane czapki. Tradycję noszenia kapeluszy przynieśli angielscy inżynierowie, budujący linie kolejowe w dziewiętnastym wieku. Spodobało się Indianom to okrycie głowy i na stałe zadomowiło się w Andach. Do dziś w niektórych rejonach Andów kapelusze mają przepaski, których kolor oznacza stan cywilny kobiety. Na przykład w miejscowościach Carhuaz, Caraz i Recuay w Peru kolor różowy noszą panny na wydaniu, czarny – wdowy, a brązowa opaska jest znakiem, iż wdowa ponownie zamierza wyjść za mąż.

W Andach nie spotkamy matek wożących dzieci w wózku. Dzieci noszone są najczęściej na plecach w kocach plecionych z wełny lamy lub alpaki. Te zdjęcie zrobiłem Indiance z plemienia Keczua w Cuzco w Peru.

Dla nas Polaków linie kolejowe w Ameryce Południowej kojarzą się ze słynnym inżynierem Ernestem Malinowskim, który w połowie dziewiętnastego wieku przeprowadził niezwykle śmiałe przedsięwzięcie inżynierskie. Zbudował najwyższą wówczas na świecie transkontynentalną linię kolejową, przekraczającą główny grzbiet Andów, wspinającą się na przełęcz Ticilio na wysokość 4818 m, pokonującą przeszkody 120 mostami i tunelami. Po linii tej, uchodzącej za arcydzieło sztuki inżynieryjnej, od pewnego czasu ponownie jeżdżą turystyczne i towarowe pociągi.

W wielu miejscach w Andach wydobywa się cenne minerały. Spotykałem olbrzymie kopalnie, natrafiałem też na sztolnie, gdzie urobek wydobywa się tak jak przed setkami lat. Góry kryją znaczne bogactwa minerałów. Na przykład ocenia się, że posiadane przez Peru rezerwy miedzi, cynku i ołowiu mogłyby przez co najmniej sto lat pokrywać zapotrzebowanie całego świata.

Wymarsz z karawaną mułów z wioski Tingui w kierunku Cordillera Vilcanota. Na wysokości ponad 4000 metrów na poziomem morza spotykaliśmy jeszcze pola z uprawą ziemniaków. Przychodziły mi wówczas do głowy refleksje. Wszak ziemniaki pochodzą stąd, właśnie z Peru, Hiszpanie dotarlii tutaj w latach trzydziestych szesnastego wieku, a trzeba było czekać aż prawie trzysta lat, by w Polsce w latach dwudziestych XIX wieku w wyniku masowej kultury uprawy ziemniaka zniknął problem głodu na polskiej wsi.

Jednak najbardziej niesamowite były dla mnie uprawy ziemniaków na wysokości ponad 4300 m n.p.m. Na jałowej, kamienistej ziemi, gdzie nawet trawa nie chciała rosnąć, Indianie pracowicie uprawiali ziemię. Uboga dieta tych ludzi gór: zbierane ziemniaki i quinoa (komosa ryżowa) – uprawy najbardziej odporne na zimno – stanowią podstawę wyżywienia. Lamy, alpaki, wikunie hoduje się ze względu na wełnę, ale część hodowli przeznaczona jest też ubój. Na niżej położonych północnych stokach Andów uprawia się też kawę w celach eksportowych.

Ludzie w wioskach żyją w ubogich krytych strzechą chatach zbudowanych ze ścian z wysuszonej na słońcu gliny. Niemalże w każdej wiosce znajduje się kościół katolicki, ale często mszę odprawia się w nich raz na rok, a może i na kilka lat. Powołań w andyjskich krajach jest bardzo mało. Mimo że dociera tam sporo misjonarzy z Europy, ze względu na utrudnienia komunikacyjne, księża nie są w stanie dostać się do wszystkich osad ludzkich.

Pociag na trasie Potosi – Sucre, na południu Boliwii. „Zdezelowany pociąg majestatycznie pokonywał górskie przełęcze, powolutku piął się serpentynami po zboczach górskich. W czasie jazdy usiłował się ze mną zaprzyjaźnić komendant lokalnej policji. Grzecznie podtrzymywałem rozmowę. W połowie drogi na stacji Villa Villa była dłuższa przerwa i komendant zaprosił mnie na rosół z kury z wielką wkładką mięsną. Gdy jeszcze jadłem, zawiadowca dał sygnał do odjazdu pociągu. W “mojego” komendanta jakby piorun strzelił. Poderwał się i omalże nie zaaresztował zawiadowcę stacji, za to że przerywa jego przyjacielowi konsumpcję rosołu: “Czy Ty wiesz??? Mój amigo Polaco przecież je zupę!!!” Znalazłem się w głupiej sytuacji. Ściągnąłem na siebie uwagę wszystkich ludzi z pociągu, gdy “spokojnie” usiłowałem poradzić sobie z kurczakiem. Tymczasem komendant był wniebowzięty. Wszak wszyscy dostrzegli, jak ważny z niego jegomość – ma znajomego gringo z dalekiej Polski!”

Wioski zazwyczaj otoczone są szpalerem wysokich eukaliptusów. Wędrowanie przez osady ludzkie wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem. O ile ludzie są przyjaźnie nastawieni do wędrowców, to przyjezdny może się natknąć na stada bezpańskich psów. Jedynie skuteczne rzucanie kamieniami odgoni psy na bezpieczną odległość.

Pomimo trudów życia na tak dużych wysokościach, w Andach rozwinęła się jedna z największych starożytnych cywilizacji: inkaska. W wielu miejscach można spotkać coraz gorzej zachowane ruiny oraz słynne drogi Inków. Dobra łączność była ważnym czynnikiem w ustanowieniu i zarządzaniu imperium Inków. Całe ich terytorium, od Amazonii na wschodzie do równin nadbrzeżnych na zachodzie, od terenów obecnej Kolumbii na północy do Argentyny na południu, przecinało ponad 40 tysięcy kilometrów dróg o szerokości od 50 centymetrów na górskich stokach do 6 metrów na płaskim terenie.

Wszystkie drogi prowadziły do Cuzco, inkaskiej solicy. Stąd wysyłano sztafety posłańców do najdalszych krańców imperium. Sztafeta nawet w górskim terenie była w stanie przemierzyć 320 kilometrów w ciągu doby, a posłańcy przekazywali sobie pałeczkę w rozmieszczonych na trasie wartowniach. Pałeczką było kipu, czyli wełniane sznureczki wiązane w określony sposób. Wiadomości były zaznaczane za pomocą liczby węzłów, kolorów i grubości wełny.

Kipu zawierała wiadomości gospodarcze. Posiadacze szyfrów mogli odczytać wielkość plonów zbóż, zapasów srebra i złota, liczebność lam. Inkowie nie znali pisma, podobnie jak nie znali koła ani nie mieli koni. Wszędzie docierali na lamach albo pieszo.

Gwoli prawdzie nie można Inkom przypisywać wszystkich wybrukowanych tamtejszych ścieżek. Inkowie odziedziczyli także drogi wybudowane przez wcześniejsze cywilizacje.

W dniu 11 lipca 1983 roku założyliśmy bazę wyprawy nad jeziorem Ticclacocha na wysokości 4820 m n.p.m. W głębi widoczny masyw Jatumhumy.

Wędrowałem tymi drogami, kamiennymi chodnikami zarośniętymi trawą. Mimo upływu czasu, w wielu miejscach nadal pełnią funkcję komunikacyjną pomiędzy wioskami.

W moich wspomnieniach wspinaczek w Andach Peruwiańskich najbardziej ciepło zapisało się nasze pierwsze polskie wejście na Nevado Auzangate (6372 m n.p.m.) w Cordillera Vilcanota w południowym Peru. Przed nami było tam aż pięć polskich wypraw, ale żadnej nie starczyło czasu i szczęścia na zdobycie góry.

Po trzydniowej karawanie założyliśmy naszą bazę nad Laguną Ticllacocha (w języku keczua – Kaczy Staw) na wysokości 4810 m n.p.m., czyli wyżej niż Mont Blanc. Miejsce bazy na trawiastych halach było bardzo przytulne. Wokół namiotów pasły się liczne stada lam i alpak, para kaczek codziennie wieczorem gościła na stawie. Oprócz problemów aklimatyzacyjnych, musieliśmy też przyzwyczaić się do dużej dobowej amplitudy. W ciągu dnia w bazie było bardzo gorąco, nocą temperatura spadała znacznie poniżej zera.

Jedno z jezior spotkanych podczas karawany poniżej przełęczy Pachispate w Cordillera Vilcanota w południowym Peru. Kolor wody w jeziorze świadczy wyraźnie o zawartościach związków miedzi w wodzie.

W ramach wejść aklimatyzacyjnych zdobyliśmy otaczające bazę szczyty: Campo Uno 5424 m, Nevado Hayruro Punco 5550 m oraz południowy wierzchołek Nevado Jatumjuma 5815 m.

Oczywiście najbardziej korciło nas wejście na Nevado Auzangate. Wybrałem się tam z Witkiem Giejsztowtem i Bogusiem Urbańskim. Przez dwa dni podchodziliśmy pod południową ścianę. Biwak przed atakiem szczytowym w lodowej ścianie góry był bardzo nieprzyjemny. Silny wiatr tarmosił ściankami namiotu i tej nocy nie mogliśmy spać. Nad ranem pogoda poprawiła się i wyruszyliśmy o świcie w góry. Pokonaliśmy kilkusetmetrową lodową ścianę, gdzie mieliśmy duże trudności z wkręcaniem śrub lodowych. Po wyjściu na grań mieliśmy przed sobą widok na rozległą długą śnieżną grań kopuły szczytowej. Przejście tej grani w śniegu głębokim po kolana zajęło nam równe cztery godziny. Bardzo zmęczeni dotarliśmy o drugiej po południu na wierzchołek. Nie mogliśmy cieszyć się widokiem ze szczytu. Przyszły mgły, a właściwy wierzchołek był wielkim nawisem śnieżnym, ograniczającym widoczność.  Dopiero siedzając tuż pod nim, mogliśmy przez chwilę radować się z wejścia na ten nieprzystępny wierzchołek.

Bogdan Urbanski (z lewej) i Witold Giejsztowt w „gąszczu” penitentów podczas aklimatyzacyjnego wejście na Campa Uno (5424 m) w Cordillera de Vilcanota. Penitenty to osobliwe formy śnieżno-lodowe powstałe w warunkach silnego promieniowania słonecznego i wytapiania się zlodowaciałego śniegu w zaglębieniach, wypełnionym drobnym gruzem skalnym. Są charakterystyczne dla Andów, ale można je też spotkać w górach Azji, między innymi w Hindukuszu.

Zejście ze szczytu poszło nam sprawnie, złapaliśmy “drugi oddech” i przed zmrokiem dotarliśmy do namiotu. Następnego dnia wróciliśmy do bazy, szczęśliwie tuż przed wielkim załamaniem pogody.
Po kilku dniach oczekiwania w bazie dotarli do nas wcześniej zamówieni mulicy i w ciągu jednego dnia udało nam się dostać do osady Ocongate.

Wszyscy mieszkańcy wioski rozprawiali tylko o jednym – o corridzie. Następnego dnia 29 lipca było święto narodowe Peru, a jako główną atrakcję uroczystości zorganizowano walkę z bykami.

Rzeczywiście nazajutrz już od rana z pobliskich wiosek do osady przybywały wielotysięczne tłumy Indian, by podziwiać śmiałków, ważących się na walkę z bykami. Społecznym wysiłkiem wielu mężczyzn, postawiono barykady z grubych eukaliptusowych pni. Podziwialiśmy dorodne byki, zapędzone do specjalnie przygotowanej zagrody. Oczekiwaliśmy na wielkie widowisko.

23 lipca 1983 roku ma śnieżnej grani Auzangate (6374 m m.p.m.), najwyższego szczytu Cordillera Vilcanota na południu Peru. (fot: Bogdan Urbański)

Spotkała nas niespodzianka. Byki wypędzone na rozległy plac rynku nie za bardzo wiedziały, o co chodzi i zamiast atakować domorosłych torreadorów, ganiały za psami. Z kolei odważni indiańscy chłopcy, zbiorowo wychodzili na plac boju, a że byli po spożyciu zbyt dużej ilości piwa, toteż potykali się i wpadali na siebie, ku dużej uciesze obserwatorów. W końcu jeden energiczny byk poturbował nieznacznie jednego z współzawodników i oczekiwaniom entuzjastycznie zachowującej się publiczności stało się zadość. Wszyscy traktowali to jako jedną, wielką zabawę.

Wspinałem się tutaj w najwyższych partiach górskich, przemierzałem znaczne obszary ciężarówką, konno, na piechotę z karawaną koni i mułów, przeprawiałem się przez rwące potoki, przeprowadzałem stada owiec, korzystałem z gościnności mieszkańców tych gór. Z pobytu w tych rozległych masywach górskich zachowałem wiele pięknych wspomnień w moim życiu.

Tekst i zdjęcia (poza ostatnim): Michał Kochańczyk – podróżnik, alpinista, polarnik, organizator wielu wypraw w najróżniejsze zakątki świata. Prezes Klubu Wysokogórskiego „Trójmiasto”.

tierralatina.pl opublikowała wcześniej tekst Michała o wyprawie do Wenezueli.

Prześlij dalej:

Jedna reakcja na "Fascynujące Andy"

  1. Pingback: Andy'83, czyli z Gdańska do Peru w stanie wojennym. | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.