Solanusem dookoła Ameryk


Załoga jachtu Solanus już w przyszłym tygodniu świętować będzie rocznicę rozpoczęcia swego bardzo nietypowego rejsu. Rok czasu od wyjścia z gdańskich Górek Zachodnich, rok czasu na na morzach i oceanach północy i południa, żeglowania w strefach polarnych i tropikalnych. Rok czasu Morskimi śladami Polonii.

To naprawdę nie jest typowy rejs. Jego kapitan, Bronisław Radliński, ma 60 lat i jest… najmłodszym członkiem stałej 3-osobowej załogi jachtu. I oficer, Roman Nowak, będzie wkrótce obchodził 62 urodziny, a III oficer Witold Kantak skończy w tym roku 72 lata. I nie są bynajmniej milionerami. Ich wyczyn pokazuje, że żeglarstwo to nie tylko sport dla bogatych. –Ja jestem prawie bezrobotny, bo musiałem wziąć bezpłatny urlop, Romek jest rencistą, a Tolek emerytowanym nauczycielem!– śmieje się kapitan. Ale zaraz dodaje poważnie: –No ale mamy na szczęście bardzo prężnie działający klub, Bydgostię, który nie tylko wybudował ten jacht, ale też potrafił przekonać sponsorów, aby sfinansowali taki rejs, takich dziadków jak my!

Rejs Morskim szlakiem Polonii jest rzeczywiście odważnym przedsięwzięciem. Mówiąc geograficznie to opłynięcie obu Ameryk. Od strony nawigacyjnej to, jak mówi kapitan Radliński, „pokonanie dwóch żeglarskich Everestów” – tzw. Przejścia Północno-Zachodniego, czyli zamarzających wód północy Ameryki Północnej i opłynięcie mitycznego przylądka Horn na południu Ameryki Południowej.

Nietypowy jest także sam jacht. Dwumasztowy, stalowy Solanus, stara sprawdzona konstrukcja z lat 60-tych, wybudowany został w 1992 r., nie w nadmorskiej jachtowej stoczni, lecz… w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Bydgoszczy (obecna Pesa). I Bydgoszcz jest widniejącym na rufie jego portem macierzystym.

Załoga, zgodnie z hasłem swego rejsu, przy każdym zawinięciu do portu stara się spotykać z żyjącą tam Polonią. –Polacy są prawie wszędzie. Od Grenlandii, po Chile. I te spotkania są często bardzo wzruszające – niektórzy przyjeżdżają z daleka aby nas zobaczyć i zazwyczaj też bezinteresownie pomóc. Czy to językowo, w załatwianiu portowych formalności, czy w naprawianiu drobnych usterek na jachcie, czy nawet ofiarowując nam jedzenie na dalszą część rejsu. Co szczególnie cieszy, prawie w każdym kraju spotykamy też Polaków-żeglarzy.– opowiada kapitan Radliński.

W Ameryce Łacińskiej Solanus zawijał do tej pory portów w Meksyku, Ekwadorze (Galapagos), Chile, Argentynie i Urugwaju. I tej chwili płynie do Florianopolis w Brazylii. Potem będzie jeszcze Rio de Janeiro, Salvador de Bahia i być może Natal. Później jacht obierze kurs na Karaiby, a po planowanym postoju na Martynice, popłynie w kierunku Azorów i dalej Europy. Planowany powrót do Gdańska to przełom września i października. Co ciekawe, Solanus płynąc dookoła Ameryk pokona w sumie dłuższą trasę, niż gdyby płynął dookoła świata!

Kapitan Radliński, zapytany co najbardziej mu się najbardziej w Latynoameryce podobało, nie wie co odpowiedzieć: –Mnie się wszystko podoba. Bo wszystko jest inne – od kuchni, przez krajobrazy i zapachy, po ludzi. Ja należę do pokolenia PRL-u, które przez większość swego życia nie miała zbyt wielkich możliwości podróżowania za granicę. Żeglarskim sukcesem było wówczas uzyskanie zezwolenia na wyjście na Bałtyk! Więc teraz cieszę się wszystkim!– mówi. Ale po chwili namysłu dodaje: –Na pewno na zawsze zapamiętam święta Bożego Narodzenia spędzone w, nomen-omen, Barra de Navidad w Meksyku. Tam też ugościli nas Polacy. Były nawet śledzie i kiszone ogórki! Piękne jest też chilijskie Valparaiso, i choć mieliśmy tam mało czasu, można było poczuć niesamowitą historię tego miasta – spuścizna po okresie gdy był to, zanim wybudowano Kanał Panamski, najważniejszy port południowego Pacyfiku, jest wciąż widoczna. No i, oczywiście, Galapagos ze swymi wielkimi żółwiami i wulkanami – to naprawdę piękne miejsce- tłumaczy kapitan Solanusa.

-Zaskoczyła mnie też nowoczesność Ameryki Południowej. Do tej pory miałem głowę wypełnioną stereotypami z historii, czy telewizji. Spodziewałem się, może troche naiwnie, dzikiego kontynentu, a tymczasem najczęściej zawijamy do portów w wielkich, nowoczesnych, tętniących życiem metropoliach- dodaje Bronisław Radliński.

Od strony czystko żeglarskiej ekipa bydgoskiego jachtu z Ameryki Południowej wspominać będzie najbardziej, oczywiście, opłynięcie przylądka Horn. –Mieliśmy trochę opóźnienia w stosunku do planu rejsu i z Valparaiso wypływaliśmy już bardzo późno, bo 10 marca. Niektórzy Chilijczycy, zwłaszcza widząc nasz wiek, sugerowali wręcz, że może powinniśmy jednak odpuścić. Bo zaczynał się już sezon jesiennych, na tej półkuli, sztormów. Ale Naptun najwyraźniej nam sprzyjał – potężne sztormy przytrafiły się nam po drodze, ale samo opłynięcie przylądka odbywało się w idealnych wręcz warunkach. Mogliśmy podpłynąć bardzo bliziutko, wydawało się wręcz, że uda się nam go dotknąć– wspomina kapitan.

Dość paradoksalnie sporym nawigacyjnym wyzwaniem okazało się też wejście do portu San Fernando pod Buenos Aires i późniejszy rejs do Colonii de Sacramento w Urugwaju. –Naprawdę nie spodziewałem się, że La Plata, największe na świecie lejkowe ujście rzeki, po której pływają przecież oceaniczne statki, jest tak płytka! Oczywiście one mają swoje pogłębiane tory wodne, ale poza nimi są potworne, zamulone płycizny. Głebokość jest zazwyczaj mniejsza niż wskazują to nawigacyjne mapy. Chwilami byłem trochę przerażony, Solanus ma 2 metry zanurzenia i zdarzało się, że szorowaliśmy po dnie!– tłumaczy kapitan Radliński.

Załogę Solanusa przeraziła też trochę latynoamerykańska biurokracja. –Nawet w pilnie strzeżącym swych granic USA jest łatwiej. Tutaj tylko w Chile było to sprawne. Bo Meksyk i Argentyna to kandydaci do mistrzostwa świata w papierologii. Trzeba uprzedzić żeglarzy, że w tej części świata muszą być psychicznie przygotowani na cierpliwe wypełnianie formularzy w 5 identycznych egzemplarzach, zbieranie pieczątek po różnych urzędach, a nawet wzywanie celnika, aby sporządził odpowiedni protokół przy slipowaniu jachtu. W Buenos Aires załatwienie formalności związanych z wypłynięciem zajęło nam pół dnia. I to tylko dlatego, że pomagał nam mieszkający tam Janusz Ptak – taki dobry duch od lat pomagający polskim żeglarzom, doskonale znający meandry tamtejszej biurokracji. Bez niego chyba wcale nie udałoby się nam wyjechać!– wyjaśnia kpt. Radliński. –Chyba zacząłem rozumieć tych żeglarzy, którzy decydują się na długie rejsy bez zawijania do portów. Nie ma nic bardziej wyczerpującego niż postoje w nich- dodaje. Pół żartem, pół serio?

P.S. Inną wersję mojej relacji z kilku dni spędzonych na Solanusie przeczytać można w bydgoskim wydaniu Gazety Wyborczej.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

2 reakcje na "Solanusem dookoła Ameryk"

  1. Pingback: Pożegnanie z załogą Solanusa | Sur del Sur

  2. zuercher  21/05/2011 o 14:52

    Wyrazy głębokiego szacunku dla załogi Solanusa. Fantastyczne, że w ich wieku nie tylko chce im się robic takie rzeczy, ale i że mają siłę i sprawnośc do ich robienia. Będę śledził teraz ich rejs!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.