Ollanta Humala będzie prezydentem Peru


Nowym prezydentem Peru będzie Ollanta Humala – były wojskowy, były przywódca nieudanego zamachu stanu i były, zapatrzony w Hugo Chaveza, lewicowiec. –Nie bójcie się. Nie jestem ani lewicowcem, ani prawicowcem. Jestem nacjonalistą!– zapewniał jednak Peruwiańczyków przed wyborami. I – najwyraźniej – przekonał większość z nich.

Ostatecznych, oficjalnych wyników II tury prezydenckich wyborów w Peru jeszcze nie ma, ale tendencja jest już nieodwracalna – po przeliczeniu 87,8 proc. oddanych wczoraj głosów Ollanta Humala ma 51,25 proc. poparcia, a jego przeciwniczka, prawicowa populistka i córka byłego, siedzącego obecnie w więzieniu dyktatora, Keiko Fujimori, ma 48,74 proc.

Różnica w poparciu nie jest, jak widać, porażająca, ale zdecydowanie wystarczająca aby już stwierdzić, że 28 lipca w Casa Pizarro w Limie – rezydencji peruwiańskich prezydentów, Alana Garcię zastąpi właśnie ten, który przegrał z nim w II turze wyborów w 2006 roku, czyli 48-letni były podporucznik peruwiańskiej armi, Ollanta Humala.

Przyszły nowy prezydent Peru prawie całą swą kampanię oparł zresztą na zapewnianiu wyborców, że nie jest już tą samą osobą, która starała się o władzę 5 lat temu. Instruowany przez brazylijskich specjalistów od wizerunku, poleconych mu przez samego ex-prezydenta Lulę, Humala wersja 2.0.11 porzucił czerwone podkoszulki i wojskowe kurtki na rzecz niebieskich koszul i marynarek, słowo rewolucja zastąpił „rozwojem” i nie przestawał we wszystkich swych wywiadach i wystąpieniach zapewniać, że nie zamierza kopiować wenezuelskich rozwiązań. „Z Hugo Chavezem mam takie same stosunki, jak z jakimkolwiek innym przywódcą w regionie, czyli np. Lulą, badź Evo Moralesem. Jest to wzajemny szacunek, oznaczający m.in. że żaden z nas nie miesza się w wewnętrzne sprdawy drugiego kraju. Poza tym wielokrotnie juz zapewniałem, że modelu wenezuelskiego do Peru przenieść się nie da.” – stwierdził chociażby Humala w niedawnym wywiadzie udzielonym hiszpańskiemu dziennikowi El Pais. Wielokrotnie zapewniał też, że obiecywane przez niego „wzmocnienie Państwa” nie oznacza w żadnym wypadku nacjonalizacji, że będzie respektował własność prywatną i że zupełnie mu nie w głowie zakładanie jakichkolwiek kagańców na media. Co więcej, deklarował, „nie zmienia się konia, który wygrywa”, odnosząć się do wolkorynkowej gospodarki, przynoszącej w ostatnich latach Peru bezprecedensowy wzrost wskaźników ekonomicznych. Zapowiedział jedynie „bardziej sprawiedliwą” redystrybucje produktów tej państwowej prosperity.

Mimo tych wszystkich zapewnień i obietnic, wielu Peruwiańczyków wciąż odnosi sie do Humali z nieufnością. Boją się jego dawnych kontaktów z prezydentem Wenezueli (który finansował jego kampanię w 2006 r.), lękają się nigdy do końca niewyjaśnionych zarzutów o udział oddziałów dowodzonych przez niego w masakrach chłopów podejrzanych o kontakty z Świetlistym Szlakiem, czy nawet o związki z handlarzami narkotyków. Niepokoi także brak jednoznacznej odpowiedzi na stosunek przyszłego prezydenta do idei głoszonych przez jego własnego ojca, Isaaca Humalę, głównego ideologa peruwiańskiego etnonacjonalizmu, głoszącego supremację „indiańskiej rasy”.

W efekcie, wczorajszy wybór był dla bardzo wielu wyborców, wyborem mniejszego zła, koniecznością – jak stwierdził noblista Mario Vargas Llosa – „opowiedzenia się za rakiem, bądź AIDS”. Głosowaniem przeciw gorszemu kandydatowi, a nie popieraniem lepszego.

I wielu Peruwiańczyków, w tym właśnie wspomniany Vargas Llosa, choć sam przed pierwszą turą nazywał Humalę zagrożeniem dla Peru, zdecydowało się w końcu poprzeć byłego wojskowego. –Może rzeczywiście się zmienił? Może jego obietnice są prawdziwe? Może można mu zaufać? Tymczasem zwycięstwo Fujimori na pewno byłoby powrotem do czasów dyktatury, korupcji i biedy. Keiko Fujimori nigdy przecież nie odcięła się od barbarzyństw swego ojca! – tłumaczył pisarz.

Mimo to, wynik wczorajszych wyborów do samego końca był niewiadomą. Większość peruwiańskich mediów prawie przez cały czas zapewniała, że najprawdopodobniej wybory wygra Keiko. Bo rzeczywiście w sondażach jej przewaga przekraczała jeszcze niedawno nawet 5 proc.

Ale ją także, i nawet jeszcze silniej niż konkurenta, dopadły „demony przeszłości”. Jednym z punktów zwrotnych jej kampanii, momentem w którym zaczęła tracić poparcie, był telewizyjny wywiad Jorge Trellesa, ongiś bliskiego współpracownika Alberto Fujimoriego, a tym razem rzecznika prasowego Fuerza 2011, ugrupowania politycznego jego córki. Przyciskany przez dziennikarzy w temacie tzw. szwadronów śmierci podczas prezydentury ojca kandydatki, Trelles odparł z nienacka: „ale my wcale nie zabiliśmy najwięcej, poprzednie więcej zabijały jeszcze więcej”. Równie kontrowersyjne były tłumaczenia doradców Keiko w sprawie przymusowych sterylizacji, którym – podczas rządów jej ojca – poddawane były ubogie kobiety. „Te operacje nie były przeprowadzane wbrew ich woli. Co najwyżej bez ich zgody!” – wyjaśniano. Mimo tego wszystkiego, jak widać po wynikach, poparcie dla Fujimori dalekie było od marginalnego. Córkę skazanego za malwersacje i liczne zbrodnie prezydenta popierali głównie bogaci mieszkańcy miast i przedsiębiorcy. Cieszyła się też wsparciem, wcale nie dyskretnym, wielu hierarchów Kościoła katolickiego.

Jedno jest pewne. Nowy prezydent nie będzie miał łatwego zadania – będzie musiał rządzić krajem, który podzielił się na pół. I są to zupełnie przeciwstawne, otwarcie wrogie sobie połowy. Humala najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo już zapowiedział, że będzie tworzył „rząd porozumienia narodowego”, w którym mieliby zasiąść przedstawiciele jak największej ilości ugrupowań politycznych, oraz społeczeństwa obywatelskiego.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

5 reakcji na "Ollanta Humala będzie prezydentem Peru"

  1. major  06/06/2011 o 22:30

    Nie rozumiem tego wytykania ludziom, że są wojskowymi, czy byłymi wojskowymi. Czy to jakaś ujma?

    Odpowiedz
  2. mój_debil  06/06/2011 o 23:26

    @major – to nie jest ujma, ani wytykanie ze strony autora artykulu, to raczej czyste kopiowanie tego co prasa oraz media – jak najbardziej sklaniajaca sie i przez caly okres kampani i popierajaca pania Keiko F. – uzywala jako argumentu wobec kandydatury Ollanty (poza la republica)…trzeba przyznac, ze wiekszosc dotychczasowych rzadow w A.P., ktore pozostawily po sobie pewien powiedzmy sobie „niesmak” to rzady wojskowych, wiec termin „wojskowy” wydaje sie byc calkiem niezlym argumentem przeciw…ale jak widac nie zdal egzaminu

    …wygral lepszy z dwojga zlego…jak juz wspominalem w normalnym kraju oboje nie powinni wogole znalezc sie na zadnej liscie kandydatow, ale Peru do normalnych krajow nie nalezy…
    Przez przypadek dzis mialem przyjemnosc wizytowac ministerstwo turystyki w towarzystwie 3 peruwianczykow, ktorzy jak zdecydowana wiekszosc mieszkancow Limy, poparli w wyborach corke bandyty…po wyjsciu z ministerstwa i bezowocnej wizycie, wszyscy 3 sklonili sie ku stwierdzeniu, iz dobrze ze wygral Ollanta…jak widac na czystym z zycia wzietym przykladzie nie uwazam ze spoleczenstwo peruwianskie jest w jakims stopniu podzielone na dwa obozy…do podzialu i do pogladow trzeba dojrzec…by dojrzec do pogladow potrzebna jest w peru jakakolwiek stabilna w miare formacja polityczna a takowej raczej brak…juz sama nazwa partii „sila 2011” wskazuje iz formacje tu tworzy sie czysto na potrzeby wyborow a nie z zamiarem kontynuacji jakiegokolwiek nurtu…
    W sumie mimo krytycznego podejscia popieram Humale…z czysto prozaicznej przyczyny – sasiadka zapytala mnie w sobote, czy wiem kto moze wygrac – stwierdzilem, ze nie? – ona powiedziala, ze komunista…a ja urodzilem sie w komunizmie i nie mam za zle swoim rodzicom iz poczeli mnie w tym okresie…
    pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  06/06/2011 o 23:50

      @major @mój_debil: To nie jest ani wytykanie, ani kopiowanie kogoś, czy czegoś. Jest to po prostu informacja.

      Politycy latynoamerykańscy nie są generalnie znani polskiemu czytelnikowi, więc pisząc dla tego czytelnika trzeba ich jakoś przedstawić. I ich zawód, uprawiany przed wejściem do polityki, jest częścią obrazka – daje jakieś tam wskazówki na temat pochodzenia, czy życiowych wyborów danej osoby. Dlatego Lula to „były związkowiec”, Lugo to „były biskup”, Bachelet to „ex-lekarka”, Evo Morales to „były hodowca koki”, Pinera to „przedsiębiorca i jeden z najbogatszych Chilijczyków”, Correa to „wykształcony na zachodnich uczelniach ekonomista”.

      I nic nie poradze na to, że Humala to „były wojskowy”. Taki jest po prostu jego wyuczony zawód. Którego on zresztą wcale nie kryje. Więc co? Dlaczego niby miałbym to przemilczeć? Tym bardziej, że służba w wojsku zajmuje bodajże największą część jego życiorysu. I nie była to bynajmniej służba za biurkiem (poza krótkim epizodem podczas którego przyszły prezydent był attache wojskowym przy ambasadzie Peru w Paryżu) – żołnierz Humala brał udział w dwóch wojnach i stanął na czele dość dziwnej próby zamachu stanu…

      Odpowiedz
  3. mój_debil  07/06/2011 o 03:29

    Dobrze, zgoda, przepraszam, ze pana urazilem…nie mialem takich intencji…kwoli scislosci i poinformowania polskiego czytelnika – Jaki zamach stanu ma pan na mysli? – Andahuaylas? – znaczy dosc sprawnie przeprowadzony bandycki napad na posterunek policji (jedyny chyba na tym zadupiu) grupy „popaprancow” na ktorej czele stal Antauro Humala – brat pana prezydenta electa lub jak dalej trabia, prezydenta virtualnego:)…tak by polski czytelnik mial jasnosc, tam zgineli policjanci…ale trzeba wiedziec, ze tego typu napady to raczej normalka w tym regionie…Poinformujmy czytelnika, ze Peru to Lima, a Lima to Peru i poza nia w zasadzie zadne panstwo nie funkcjonuje…moze tam troche w Cuzco czy w Arequipie…ale generalnie jak ktos zostaje alkadem na prowincji to tak jakby zostal wlascicielem tej prowincji i robi co chce… o tym wszyscy wiedza…
    Dla czego nie wspomnial pan slowem o Kuczynskim – byl w sumie 3 w tej gonitwie- jego dziadkowie pochodzili z Wielkopolski…warto chyba nadmienic dla polskiego czytelnika ze facet mial szanse zostac prezydentem Peru…, ale…jak to dziadzio, przespal troche kampanie i wszystko zostawil facebookowi miast ruszyc tylek…no i na koniec sie zblaznil zupelnie popierajac corke bandyty – mozna smialo stwierdzic, ze Ollanta wygral dzieki Fujimori, gdyz no moze nie wiekszosc ale z pewnoscia polowa z glosow oddanych na niego byly to glosy przeciwko Keiko a nie za Ollanta…z Kuczynskim mogla byc zupelnie inna historia – nie ciagnal za soba ogona fujimorizmu…
    pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Tomek Surdel  07/06/2011 o 04:09

      Nie, zupełnie nie poczułem się urażony. 🙂 I może nie „panujmy” sobie, co?

      Nie, nie miałem Andahuaylas na myśli. Nie dość, że trudno tamte wydarzenia nazwać zamachem stanu, to w dodatku – z tego co pamiętam – Ollanty wcale tam nie było.

      Pisząc o „zamachu stanu” miałem na myśli wydarzenia z października 2000 roku, kiedy to Ollanta, jako szef oddziału obrony przeciwlotniczej, gdzieś z okolic Tacny, wyprowadził z koszar +50 żołnierzy, w większości niczego nie świadomych, którym po jakimś czasie zakomunikował, że będą obalać rząd Fujimoriego.

      Lokalny generał dowiadując co się dzieje odnalazł Humalę i jego żołnierzy i próbował wytłumaczyć im żeby się jednak nie wygłupiali. Ollanta nie dał się przekonać, przystawił pistolet do głowy generała i wziął go „jako jeńca”. Potem, ze swymi żołnierzami (tymi co mu wcześniej nie uciekli) i swym bratem który do niego dołączył razem z jakimiś zbuntowanymi chłopami zajął lokalną kopalnię należącą do jakiegoś amerykańskiego koncernu. Wziął kilku jej pracowników jako zakładników i wydzwaniał do mediów w Limie, że się nie podda póki Fujimori nie odda władzy. Co ciekawe wszystko to działo się w już w kilka tygodni po tym jak Fujimori zapowiedział, że urządzi wybory i odejdzie… No i rzeczywiście kilkanaśnie dni później Fujimori uciekł z kraju. Oczywiście nie z powodu żądań Humali.

      Bracia Humalowie, opuszczeni już przez wszystkich żołnierzy, jakiś czas się jeszcze ukrywali, po czym – gdy tymczasową władzę objął prezydent Paniagua – przedostali się do Limy i tam oddali się w ręce żandarmerii wojskowej. Postawiono im zarzuty zbrojnej rebelii, niesubordynacji i obrażania przełożonych. Nie zostali jednak skazani bo wcześniej Parlament objął ich amnestią o którą poprosili.

      Oczywiście cała ta historia jest dość anegdotyczna, by nie powiedzieć śmieszna, ale to właśnie to wydarzenie sprawiło, że Peru po raz pierwszy wtedy usłyszało o braciach Humala.

      PS. O PPK było trochę tutaj.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.