Życie pod wulkanem…

W Bariloche, 70 kilometrów od chilijskiego wulkanu Puyehue, który niedawno wzbudził się po ponad 50-letniej drzemce, mieszka Andrzej Ziarko, były ratownik TOPRu, a obecnie konsultant przy organizacji Dakaru i twórca przygodowych wypraw we wszystkie prawie zakątki Ziemi. tierralatina.pl ma przywilej publikacji jego dziennika z pierwszych dni po wulkanicznej pobudce...


04.06.11

Rano poczułem delikatne trzęsienie ziemi, parę godzin później nieco już mocniejsze – takie kołyszące lampą. Psy były trochę niespokojne, pomyślałem, że może jakiś wulkan. Kolo 16 zaczęło  grzmieć i robić się ciemno. Coś dziwnego czuło się w przyrodzie, psy siedziały ciche jak nigdy , skulone przy drzwiach domu, ptaki przestały latać, zapanowała jakaś dziwna cisza. Wyszedłem z Kubą na pole, bo wyglądało jak przed wielka nawałnicą. Kolor nieba stał się zupełnie niespotykany, ciemno-granatowy ale z niebiesko-srebrzystą poświatą. Zaczęło padać. W pierwszej chwili myślałem że deszcz, ale chwilę potem okazało się ze to gruby popiół, przypominający pokruszony pumeks, który z szelestem zaczął wszystko zasypywać.

Teraz siedzimy w domu i patrzymy jak spada go coraz więcej, wszystko przykrywając. Okna pouszczelniałem szmatami, bo na zewnątrz smród starej kotłowni, generalnie powietrze niezdrowe. Spodziewam się pojutrze gości z Polski, ale raczej nie przylecą bo unoszący się wszędzie pyl wulkaniczny uniemożliwi ruch samolotowy.

Minęła godzina od pierwszych opadów. Prawie jak śnieg… tylko kolor trochę inny…

W radio powiedzieli, że wybuchł wulkan Puyehue, odległy 70 km w linii prostej od nas. Właściwie jeszcze nie wybuchł, na razie wyrzuca na wysokość 10000 m olbrzymie ilości popiołu. Na samochodzie mam go już ze dwa centymetry. Zobaczymy co będzie rano.  Radio cały czas nadaje komunikaty: z rejonu wulkanu ewakuowano wszystkich mieszkańców, alerta roja, czyli najwyższy stopień zagrożenia. Zamknęli wszystkie stacje benzynowe, paliwo tylko do dyspozycji służb specjalnych. Cholera mam pusty bak, starczy na 50km, ale i tak nie bardzo można jeździć  bo popiół zatyka filtr.

Trzy godziny później z nieba cały czas leci szary „śnieg”, na samochodzie już około 5 cm. Wszyscy martwią się o zwierzęta w stepie, tutaj nie gromadzi się na zimę siana, a popiół przykrywa wszystko.  Moje konie są w rejonie częściowo porośniętym lasem, mam nadzieje, że sobie poradzą. Gorzej z olbrzymimi stadami krów i owiec na hodowlanych farmach…

W domu mamy na szczęście znaczny zapas wody, to istotne, bo przez jakiś czas na pewno nie będzie można używać tej, którą ciągniemy z jeziora, popiół tak nasyca wodę, że staje się niezdatna do spożycia.

Opadowi popiołu cały czas towarzyszy dziwna sucha burza, wyładowania dość gwałtowne, ale bez krztyny wiatru i deszczu.

Na razie jest wszystko ok., nie ma żadnego poważnego zagrożenia. Gdyby jednak opad trwał dłużej, to wszystko zacznie się mocno komplikować.

Podano analizę substancji, która leci z nieba, nie jest to popiół, tylko – tak jak myślałem – sproszkowany pumeks, podobno nie zawiera mikroskopijnych kwarców, które jak igiełki waty szklanej są niebezpieczne dla płuc.

Idziemy spać.

05.06.11

W nocy chyba nic specjalnego się nie działo, spaliśmy twardo. Kubie  udzielił się trochę nasz wieczorny niepokój, bo przyszedł do nas do łóżka. Swoją drogą w takich sytuacjach widać w jakiej iluzji bezpieczeństwa żyjemy, jak niewiele możemy wobec sił natury. Istniejemy sobie zajęci naszymi codziennymi kłopotami i radościami, a tu wystarczy zwykła, naturalna erupcja wulkanu i wszystko staje do góry nogami. Nagle się okazuje, że auto nie służy do niczego, bo filtr szybko się zatyka, a szybę pokrywa błotnista maź mieszanki popiołu z deszczem, z którą wycieraczki absolutnie sobie nie radzą. Wody nie da się pić bo skażona wulkaniczną siarką. Na piechotę nie ma gdzie, bo wszędzie daleko, nawet do moich koni mam 50km. Zapas jedzenia w domu normalny, typu jakaś kasza, makaron, trochę maki, bo przecież nikt nie gromadzi zapasów na taką okoliczność. Idę zaraz do sklepu, mam do niego około 5km, zawsze w niedziele był otwarty, dobrze, że mam trochę gotówki, bo w tym najbliższym kartą się nie płaci.

Na szczęście jest prąd i z radio wiemy co się dzieje. Telewizja satelitarna nie funkcjonuje, bo popiół zalepia anteny.

Nie słychać szelestu na dachu, więc na razie nic z nieba nie leci. Ale jest wyjątkowo ciemno jak na tą godzinę.  Normalnie o tej porze robi się już szaro, a teraz jest ciemno absolutnie, nie widzę na razie jak dużo popiołu nagromadziło się przez noc.

samochód pod wulkaniczną „kołderką”

To coś pokryło wszystko 5 – 10cm warstwą. Wygląda jak mokry, gruboziarnisty piasek. Po chmurach widać, że wiatr się zmienił, wieje z zachodu, a wulkan jest na północny-zachód od nas, dlatego na razie z opadem spokój. Czyszczę auto i jadę polować na paliwo, przy okazji spróbuje zrobić zakupy. Biorę  plecak, czołówkę, wodę – tak na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że znowu popiół unieruchomi auto, albo nie znajdę paliwa. Do stacji benzynowej mam 25km.

pumeksowy kożuch na jeziorze Nahel Huapi

Na asfalcie gruby pokład jakby szutru, i jedzie się jak po szutrze. Na jeziorze Nahuel Huapi pływają ogromne łachy pumeksu, wszystko jest w jednym kolorze szarości, niesamowite…

Pierwsza stacja zamknięta, trochę się denerwuję. Na drugiej na szczęście udaje się zatankować, ale tylko auto. Kanistry tankuje na następnej, jestem już spokojniejszy, mam paliwa na 1000km, z tym na pewno uda się uciec jakby co.

W Bariloche, poza stacjami gdzie każdy tankuje, jest spokojnie. Nie widać pospiechu. Ludzie poruszają się w maskach, odgarniają pumeks z przed domów  jakby odśnieżali.

Zrobiłem duże „wojenne” zakupy. Teraz jadę do domu i będziemy myśleć, co dalej? Sądzę, że ze względu na bezpieczeństwo Kuby i Doroty, wyjedziemy do przyjaciół do Cordoby. Ja chętnie bym został, bo wszystko co się tu dzieje jest niezmiernie ciekawe.

Wieczorem w radio zapowiedzieli na jutro rano zmiane kierunku wiatru, a więc kolejny opad .

Do Cordoby nie da się wyjechać, bo już 50km na północ, z powodu totalnego braku widoczności drogi są nieprzejezdne. Wiadomości podaja, że najlżejsze frakcje popiołu dotarły już do Atlantyku. To znaczy, że cała północna Patagonia ma problem z wulkanicznym pyłem. Jutro wszystkie szkoły i urzędy mają być zamknięte. Kuba się cieszy.

06.06.11

Jeżdżę i szukam zapasowego filtra do samochodu. Ogólnie panuje spokój. Ludzie zajęci oczyszczaniem domów z piasku, urzędy i szkoły nieczynne. Cisza, nie ma opadu popiołu i zapowiadanego wiatru. Materiał, który spadł już z nieba to piasek wulkaniczny z dodatkiem drobnego pumeksu. Spadło go w naszej okolicy 5 – 10 cm, co daje  200 – 400kg na metr kwadratowy. W Villa Angostura, miejscowości położonej bliżej wulkanu, spadło 15cm. A 20km od wulkanu, w rejonie chilijskiego hotelu Puyehye, do którego bardzo lubimy jeździć ze względu na świetne wody termalne, spadła już 50cm warstwa piasku z znacznie większymi niż u nas kawałkami pumeksu.

Nawiasem mówiąc piasek wydaje się być wyśmienitej jakości, idealny na budowy, doskonały do posypywania w zimie dróg.

Ta droga, wbrew pozorom, jest dobrze wyasfaltowana…

Aktywność wulkanu nieco zelżała tzn. wczoraj wyrzucał materie na wysokość 12000 m, a dzisiaj na 8000. Nie wyrzucił jeszcze lawy i nikt nie jest w stanie powiedzieć kiedy i czy to nastąpi.

Na noc, kolejny raz  zapowiadają zmianę kierunku wiatru i w związku z tym opad popiołu. Popiół jest bardziej niebezpieczny niż piasek bo oblepia wszystko, często niesie ze sobą substancje toksyczne, które są szkodliwe dla płuc i zatruwają wodę.

Cały czas jesteśmy gotowi do wyjazdu, ale sytuacja wulkaniczno-meteorologiczna go uniemożliwia.

07.06.11

Obudziliśmy się w ciemnym, zimnym domu. Nie ma prądu. Tym razem prognoza się sprawdziła. W nocy był silny wiatr i opad popiołu. Wszystko przykryte cienką warstwa lepkiego, szarobiałego błota. Mieszkamy 25km od miasta – zimą czasem się zdarza,  że wiatr zrywa druty i przez pół lub trzy dni nie ma prądu. Sądząc, że i tym razem jest podobnie, jadę w kierunku miasta szukać internetu. Okazuje się, że niestety cały region nie ma prądu, bo popiół oblepił linie przesyłowe i pozrywał je w wielu miejscach. W radio mówią, że ten popiół na szczęście nie zawiera substancji toksycznych.
Uprzedzają też, że naprawa awarii może potrwać i trzy, cztery dni. Nam w domu specjalne nie przeszkadza, pełny zbiornik na strychu, czyli bieżącą wodę mam. Co prawda bez prądu nie działa centralne ogrzewanie, ale duży kominek w zupełności wystarcza. Gorzej w mieście. Bariloche ma ponad 100 tys. mieszkańców i system rozprowadzania wody oparty jest na wieżach  ciśnień, do których pompowana jest woda z jeziora.

błoto wulkaniczne przed domem

Bariloche zostało bez prądu i wody, stacje benzynowe nie pracują, nieczynna jest większość sklepów, bo nie działają kasy fiskalne, nie można wybrać gotówki z bankomatu i tym bardziej płacić kartą, miasto jest unieruchomione i ogromnie zaniepokojone.

Ni stąd, ni zowąd, po południu pojawia się prąd, okazuje się, że awaria nie była tak poważna.  Jest kolo 20, siedzimy przy kolacji i nagle słychać kolejne pomruki wulkanu, szklanki zaczynają dzwonić.

Od razu uruchamia się wyobraźnia – pewnie zaraz wybuchnie, tym razem już z lawą. Wiem, że brzmi to trochę panicznie, ale tak naprawdę siedzimy na beczce prochu, erupcja lawy  niesie ze sobą ogromne zagrożenie dla miasta, nawet jeśli jest ono odlegle o 70 km. Przede wszystkim trujące gazy i opad gorącego popiołu, ponadto duży ruch na drodze uciekających i wszystkie tego konsekwencje. Biorąc pod uwagę stan techniczny większości pojazdów, które tylko z nazwy przypominają samochody, to można się spodziewać wielu korków.

Stawiam kilka szklanek koło łóżka, tak żeby słyszeć najlżejsze poruszenie ziemi, sprawdzam auto i idziemy spać, w razie czego jesteśmy w stanie zebrać się w pięć minut i po kolejnych 15 minutach jazdy zaczyniemy się oddalać w stepy, na południe od wulkanu.

08.06.11

W nocy nic się nie wydarzyło…

****

Autorem tekstu i zdjęć jest Andrzej Ziarko, były zawodowy ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, instruktor w eliminacjach polskich edycji Camel Trophy, w 1994 r. uczestnik Rajdu Gauloises – 600-kilometrowego wyścigu na orientację pieszo, konno i łodziami w Andach Patagońskich, podróżnik, autor, organizator wypraw. Założyciel biura Tatra Extreme.

Prześlij dalej:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.