Andy 1983. Mimo stanu wojennego!


Lato 1982 roku, lato stanu wojennego w Polsce, zastało nas, wszystkich wspinaczy z Klubu Wysokogórskiego „Trójmiasto”, w kraju. Władze uniemożliwiły wyjazdy za granicę, nawet w słowackich Tatrach nie można było się wspinać. Środowisko wspinaczkowe szczególnie odczuło tę formę upodlenia społeczeństwa. Stan wojenny uniemożliwił wiele inicjatyw, ja sam odczułem to boleśnie, bowiem przymierzałem się do wyprawy z duńskimi alpinistami na Gasherbrum I.

Tylko niektóre polskie wyprawy, przygotowane odpowiednio wcześniej, z pewnością też dla poprawienia wizerunku reżimu Jaruzelskiego za granicą Polski, dostały pozwolenia. Między innymi wyruszyła kobieca wyprawa Wandy Rutkiewicz na K2,  Wojtek Kurtyka i Jurek Kukuczka zdobyli Broad Peak w Karakorum, w Peru działała wyprawa zakopiańska. Reżimowi sprawozdawcy sportowi głosili potem: „Polscy alpiniści zrealizowali zadania”.

Z Witkiem Giejsztowtem, moim serdecznym przyjacielem, podjęliśmy już wiosną 1982 roku decyzję, że trzeba zorganizować zaniechaną w 1981 roku wyprawę w Andy Peruwiańskie. Stan wojenny w Polsce mógł trwać jeszcze wiele lat, zatem jedynym sposobem by wyjechać w góry Ameryki Południowej było „przeprowadzenie” wyprawy w ramach struktur Polskiego Związku Alpinizmu i Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu.

Skład wyprawy krystalizował się przez kilka miesięcy. Zaproponowaliśmy Andrzejowi Posiewnikowi oficjalne kierownictwo wyprawy, będąc pewnymi, że Polski Związek Alpinizmu zatwierdzi takiego wyśmienitego alpinistę jako kierownika. Okazało się, że jak tylko w listopadzie 1982 roku złożyliśmy pierwszy wniosek do PZA, Janusz Kurczab, przewodniczący Komisji Sportowej PZA, widząc moje zaangażowanie w organizację wyprawy, zaproponował, bym to ja został kierownikiem, bo posiadam wystarczające kwalifikacje. Andrzej przyjął to normalnie, nie palił się do „kierownikowania”. Uczestnikami wyprawy zostali także Czesław Jakubczyk „Kuba”, Bogdan Urbański i lekarz Piotr Juszkiewicz.

Oficjalna lista uczestników, złożona do urzędów, była o wiele większa. Przewidując duże koszty przewozu bagażu, porozumieliśmy się  z trzema pracownikami Polskich Linii Lotniczych „LOT”  w Gdańsku, że polecą z nami do Peru. My mieliśmy, dzięki ich przywilejom pracowniczym, otrzymać możliwość darmowego przewozu bagażu, oni mogli otrzymać paszporty i udać się na wycieczkę.

Z tej współpracy nic dobrego dla nas nie wyszło. Pracownicy LOT dostali wprawdzie, jako oficjalni członkowie wyprawy, paszporty, ale nie dolecieli do Peru. Dwójka z nich wręcz nie powróciła do kraju, przez co, po wyprawie, musiałem gęsto tłumaczyć się w Wydziale Kultury Fizycznej i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego Gdańsku.

Kilka miesięcy trwała sama procedura zatwierdzania wyprawy i załatwiania paszportów. Uczyliśmy się pokory. Jako komitet organizacyjny wyprawy zgłosiliśmy w październiku 1982 roku wniosek do naszego Klubu Wysokogórskiego „Trójmiasto” o jej zatwierdzenie. To akurat była formalność – pozytywną decyzję zarząd Klubu podjął na pierwszym zebraniu. Następnie musieliśmy jednak czekać na akceptację Wojewódzkiej Federacji Sportu, oraz pozytywną opinię Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku.

Konieczne było też złożenie wniosku do Polskiego Związku Alpinizmu o umieszczenie wyprawy w oficjalnym kalendarzu imprez na 1983 rok. Opinia PZA była krótka: „Polski Związek Alpinizmu popiera wystąpienie Klubu – proponowany skład gwarantuje realizację celów wyprawy”. Procedury w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu nie poszły już tak sprawnie. Urzędnicy, może pod wpływem komisarzy wojskowych, czujnie zauważyli, że ilość wypraw alpinistycznych jest zbyt duża i że trzeba te wyjazdy ograniczyć.

W związku z tym procedury rozpoczęły się od nowa i Polski Związek Alpinizmu skomasował nas z wyprawą Klubu Wysokogórskiego w Katowicach, kierowaną przez Marka Łukaszewskiego, która także wybierała się do Peru. Dla władz z GKKFiS byliśmy od tej pory tylko jedną wyprawą.

W marcu 1983 roku GKKFiS zatwierdził naszą wyprawę, złożyliśmy wnioski paszportowe do Centralnego Ośrodka Sportu i z niepokojem czekaliśmy na decyzje.

Przewidując możliwość odmowy wydania uczestnikom wyjazdu paszportu, poprosiłem znajomego Wojtka K., pracownika Służby Bezpieczeństwa, by spytał się swoich kolegów z paszportówki, jak się mają nasze sprawy. Po kilku dniach Wojtek przekazał nam informację, że Piotr Juszkiewicz, lekarz wyprawy, nie dostanie paszportu. Wojtek, widać świeżo indoktrynowany przez kolegów, zwrócił mi uwagę, bym bacznie przygotowywał skład wyprawy. Nie chciałem zadzierać z moim informatorem, ale uwagę tę puściłem między uszami. Domyśliłem się, że była to kara za działalność Piotra, który jesienią 1981 roku był w kierownictwie strajku studentów Akademii Medycznej w Gdańsku.

Mając już wgląd w sprawę, zaczęliśmy zastanawiać się nad rozwiązaniem tej niemiłej sytuacji. Jakoś sobie nie wyobrażałem wyjazdu na wyprawę bez Piotrka. Pojechalibyśmy tam bez dobrego kolegi, ale także bez opieki lekarskiej. Niestety wszystkie nasze starania okazały się bezskuteczne. Gdy w końcu przyszła oficjalna wiadomość, zaczęliśmy ostro działać. Oczywiście skreśliliśmy odwołanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wyraźnie napisaliśmy o skutkach braku lekarza podczas takiej niebezpiecznej ekspedycji. Odpowiedź negatywna przyszła wręcz natychmiast. Profesor Zdzisław Wajda, kierownik II Kliniki Chirurgii Ogólnej Akademii Medycznej w Gdańsku, gdzie Piotr pracował, zadzwonił w tej sprawie do generała Jerzego Andrzejewskiego szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku, którego poprzednio operował. Cóż, już było po operacji, generał rozłożył tylko ręce. Sam osobiście poszedłem do wojewody gdańskiego Mieczysława Cygana. W urzędzie spotkałem asystenta wojewody, kolegę ze studiów, który w studenckich czasach pełnił funkcję przewodniczącego Rady Uczelnianej Socjalistycznego Związku Studentów Polskich w Gdańsku. Kolega dał mi wyraźnie do zrozumienia, że w takich sprawach generał ma „za chude uszy” i nic nie da rady zrobić. Jola Patynowska, nasza koleżanka klubowa, także miała jakiegoś znajomego, który był kapitanem w milicji i znał ludzi z paszportówki. Ale nawet ten kontakt okazał się bezskuteczny.

W połowie maja odprowadzałem Piotra Kwieka, fizyka, mojego dobrego kolegę do hotelu asystenckiego przy ulicy Polanki w Oliwie. Piotr znał dobrze nasze sprawy (po latach się okazało, że był zaangażowany po uszy w konspiracyjnej działalności i organizował przerzuty maszyn poligraficznych z zagranicy) i niespodziewanie powiedział:

No nie, bez lekarza nie możecie pojechać na wyprawę, chyba jedynie w tej sprawie może pomóc Lucky.

  Jaki Lucky? – uśmiałem się wręcz – Myśmy już poruszyli niemal niebo i ziemię.

 – A jednak trzeba będzie poprosić o pomoc Luckiego – zawyrokował Piotr.

I tak trafiłem niemal w sam środek afery szpiegowskiej.

Piotr wyjaśnił mi, że w hotelu Novotel w Gdańsku rezyduje Grek Vasilis Nasidis, znany przez znajomych jako Lucky, oficjalnie reprezentujący greckiego armatora i rekrutujący polskich oficerów i marynarzy na greckie statki. Lucky ponoć ma niesamowite znajomości i warto go poprosić o pomoc. Piotr uważał, że da się coś w tej sprawie zrobić, gdyż słabym punktem Luckiego są dziewczyny. Ten starszy, bogaty pan robił spustoszenia w sercach gdańskich studentek i z jedną z nich ma dziecko. Dziewczyna, matka dziecka, nie chce widzieć Luckiego na oczy, ale koleżanka Piotra ma kontakt z dziewczyną i z Luckim i może za jednym razem w obydwu sprawach da się pomóc.

Wydawało mi się to bez sensu. Ale przecież tonący chwyta się brzytwy…

Na spotkanie z Luckim do Novotelu pojechali najbardziej zainteresowany, czyli Piotr Juszkiewicz oraz Piotr Kwiek z koleżanką. Przebieg spotkania znam tylko z ich opowieści.

Lucky okazał się sympatycznym, wielgachnym starszym panem, opowiadającym z werwą o swoim komunistyczno-partyzanckim rodowodzie podczas niemieckiej okupacji w Grecji. W rozmowie wytykał swoim braciom, obecnie piastującym wysokie stanowiska w Grecji, że to tylko on walczył z Niemcami. Obiecał pomoc w sprawie i skutki tej wizyty dały mi wyraźnie do zrozumienia, że Lucky był co najmniej wysokim oficerem jeśli nie generałem wywiadu radzieckiego w Polsce.

Za dwa dni otrzymaliśmy wiadomość od Luckiego. Mieliśmy pojechać z Piotrem do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych do Warszawy i zgłosić się do generała Rybaka. Ja miałem napisać list gwarantujący, że Piotr po wyprawie wróci do kraju. Pojechaliśmy do Warszawy. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych przyjęła nas na korytarzu elegancka, inteligentna pani o sterylnym wyglądzie zasadniczej urzędniczki. Znała sprawę, surowym głosem obwieściła:

– Decyzja odmowy wydania paszportu jest konsekwencją pobytu Andrzeja Juszkiewicza, brata Piotra w Szwajcarii.

Widziałem tylko, że Piotr się wstrzymuje, by wygarnąć pani, że tak właśnie wygląda odpowiedzialność zbiorowa. Ja natomiast miałem w czasie tej krótkiej rozmowy wielką satysfakcję, bo czułem wyraźnie bezsilność tej wrednej baby. Ona by z całej swoje duszy, jeśli miała duszę, po raz kolejny odmówiła wydania paszportu, jednak wpływy Luckiego u jej szefów były tak duże, że w końcu po całej ideologicznej tyradzie z goryczą musiała rzec, iż paszport będzie wydany.

Rzeczywiście Piotr otrzymał paszport, wyleciał tydzień po naszym wyjeździe, spotkaliśmy się w Limie.

Absurdów tamtej rzeczywistości było wiele. By dostać wizę, Ambasada Peru w Warszawie wymagała posiadania biletów lotniczych, z kolei Polskie Linie Lotnicze LOT, ówczesny monopolista biletów lotniczych, wymagały wizy kraju docelowego. Prawdziwa kwadratura koła. Na szczęście pani Walentyna Szuszkiewicz, „dobry duszek wyprawy”, kierowniczka działu sprzedaży biletów lotniczych LOT w Gdańsku, bez problemu wystawiła nam bilety bez posiadania wizy i tym sposobem dało nam się pokonać biurokrację peruwiańską.

Teraz, gdy piszę te słowa w 2011 roku, Polakom, wędrującym po świecie, powyższe zdarzenia wydają się czczą abstrakcją. Paszport wszak mamy w szufladzie w domu, do Peru można polecieć bez wizy…

Sprawy formalne nie zwalniały nas z obowiązku zdobycia środków finansowych na wyprawę. Nasz Klub Wysokogórski „Trójmiasto”, świetnie prosperujący na rynku robót wysokościowych, gros swoich środków wydawał wówczas na remont swojej przyszłej siedziby klubowej – zabytkowej Białej Baszty. Priorytetowa wyprawa klubowa, organizowana z klubem toruńskim, ekspedycja na Dhaulaghiri w Nepalu, pochłaniała resztę wolnych pieniędzy. Dotacji z Klubu Wysokogórskiego nie dostaliśmy.

Na szczęście były środki z prac wysokościowych formalnie prowadzonych przez Speleoklub Gdański PTTK przy Oddziale Miejskim PTTK, który był tylko atrapą Klubu Wysokogórskiego w strukturach PTTK. Po długich negocjacjach z zarządem OM PTTK w Gdańsku, przy formalnym zatwierdzeniu wyprawy przez Zarząd Główny PTTK, dostaliśmy część tych pieniędzy, które zostały przeznaczone na bilety lotnicze do Peru. Ale stanowiły one przecież tylko część kosztów wyprawy. Potrzebowaliśmy jeszcze środki na żywność, sprzęt, ubezpieczenie, no i na dewizy, konieczne na pokrycie kosztów działania w Peru!

Pomogli nam Koledzy ze Speleoklubu Morskiego PTTK w Gdyni, przekazując nam do olkitowania jeden z długich wysokościowców na Zaspie. Robotę tę załatwił dla nas Kuba Jakubczyk, dużą życzliwością wykazał się Marek Kaniewski, wiceprezes Speleoklubu.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Polsce wybudowano wiele budynków z tzw. „wielkiej płyty”. Domy stawały jak na drożdżach, jednakże projektanci i wykonawcy nie pomyśleli o uszczelnieniu podczas budowania wielkich szpar między płytami, przez które hulał wiatr w mieszkaniach i na klatkach schodowych. Stawianie rusztowań okazało się bardzo drogie, toteż spółdzielnie mieszkaniowe, poruszane apelami marznących mieszkańców, zatrudniały alpinistów, którzy podczas zjazdów na linach, upychali masę plastyczną, zwaną w żargonie olkitem. Prace te były bardzo dobrze płatne: wisząc na linie i wciskając olkit w szczeliny, potrafiłem w ciągu dnia zarobić trzykrotną wartość mojej miesięcznej pensji w biurze.

Pod koniec kwietnia z zapałem zabraliśmy się do uszczelniania budynku. Ustaliliśmy front robót, przywieźliśmy beczki z kitem oraz liny, załatwiliśmy pomieszczenie na magazynowanie materiałów i sprzętu. Juz pierwszego dnia pracy okazało się jednak, że coś nie tak jest z naszym budynkiem, a właściwie z jego lokatorami. Zazwyczaj, gdy tylko pojawialiśmy się za oknami mieszkań, spotykaliśmy się z życzliwym zainteresowaniem, zadawano nam wiele pytań, częstowano kanapkami, słodyczami, czy nalewkami własnej roboty, czasami zapraszano na obiad. Tymczasem w tym domu jego mieszkańcy, gdy tylko nas zobaczyli, zamykali okna i zasłaniali wnętrza zasłonami. Tą niecodzienną sytuację zaczeliśmy rozumieć, gdy spostrzegliśmy iż na balkonach znajdują się drewniane skrzynie z wojskowymi numerami inwentaryzacyjnymi. Nasze podejrzenia bardzo szybko zostały potwierdzone przez dzieci z bloku, które z ciekawością przyglądały się naszym zabiegom wyciągania olkitu z wielkich beczek i moszczenia go wiadrach. Dzieciaki od razu się pochwaliły:

A mój tata jest wojskowym.

– A mój tata pracuje w milicji.

Szlag nas mało nie trafił. Dostaliśmy do roboty wojskowo-milicyjny blok. To my mamy ocieplać blok tym draniom, którzy pilnują stanu wojennego i aresztują ludzi podczas demonstracji solidarnościowych!? Zastanawialiśmy się, czy aby nie robić w tej sytuacji fuszerki, wszak na wysokości siódmego piętra nikt nie był w stanie sprawdzić naszego wykonania, ale wzgląd na dzieci przeważył, że podjęliśmy decyzję o solidnej robocie.

Przez ponad miesiąc pracowaliśmy ciężko na tym bloku, wpychając całe tony olkitu w szczeliny często grube na dwie dłonie. Kontakt z mieszkańcami był żaden. Niespodziewanie przedostatniego dnia pracy na balkonie drugiego piętra pojawiła się piękna dziewczyna w długiej kwiecistej sukni i widząc nas, wiszących na linach w pobliżu jej balkonu, spontanicznie zapytała:

– A może panowie macie ochotę na kompot?

Jak sępy zjechaliśmy na drugie piętro i przymocowaliśmy się do barierek balkonu.

Kompot smakował jak nigdy. Dziewczyna okazała się maturzystką, właśnie była w trakcie egzaminów maturalnych. Okazało się, że kończyła dziewiąte liceum w Gdańsku, którego Witek, Piotrek i ja byliśmy absolwentami. Znaleźliśmy sporo wspólnych tematów do pogadania, wypiliśmy prawie całe wiadro wyśmienitego kompotu. Nasza rozmówczyni podzieliła się z nami dylematem, mianowicie jeszcze nie podjęła decyzji czy składać papiery na psychologię czy próbować swoich sił na egzaminach do szkoły teatralnej w Warszawie.

To był jeden jedyny miły akcent podczas tej roboty.

W listopadzie, gdy już wróciliśmy z Peru, zdobyliśmy się na odwagę i poszliśmy zaprosić dziewczynę z balkonu na prezentację z naszej andyjskiej wyprawy do siedziby Klubu Wysokogórskiego. Pamiętaliśmy lokalizację balkonu i na tej podstawie trafiliśmy do odpowiedniej klatki schodowej i właściwych drzwi.

Rodzice dziewczyny otworzyli drzwi i po naszym przedstawieniu się, powiedzieli krótko:

–  Nie ma Beaty, studiuje w Warszawie, dostała się do szkoły teatralnej.

Wydawało mi się, że nigdy nie spotkam w życiu dziewczyny z balkonu, a jednak dziesięć lat później spotkałem ją w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach. Ale to już temat na osobną opowieść.

Mimo że posiadaliśmy środki na wyprawę, które i tak wpłynęły na konto klubowe już po wyruszeniu wyprawy z kraju, przed nami było zadanie załatwienia sprzętu, wyposażenia, żywności. Tak, słowo załatwianie oddawało tutaj istotę sprawy. Praktycznie niczego nie można było kupić normalnie, większość rzeczy trzeba było po prostu załatwić, poprzez znajomości, własny spryt, występowanie o przydziały, wyjazdowy zakup bezpośrednio u producenta, który mógł znajdować na drugim krańcu Polski.

Jednym z pierwszych zadań, z jakim mieliśmy się zmierzyć, było zdobycie dużych worków, koniecznych do spakowania bagażu wyprawy. Mocnych tkanin technicznych nie było w sklepach, za to zauważyliśmy, że czerwone flagi wywieszane na święto pierwszego maja są wykonane z solidnego materiału. Kilka razy późnymi wieczorami przymierzaliśmy się do zerwania tych flag, ale natrafialiśmy na wzmocnione patrole milicyjne i nasze „zbiory” okazały się dość znikome. Szczęśliwie jakimś zbiegiem okoliczności dostaliśmy wiadomość o beli solidnego niebieskiego materiału i rzutem na taśmę kupiliśmy ten materiał. Dobre duszki, czyli nauczycielki uczące krawiectwa w szkole przy ulicy Polnej w Sopocie uszyły nam worki według dostarczonego wzoru. Te niebieskie worki załadowane potem na muły podczas marszu do bazy bardzo dobrze się prezentowały na tle ośnieżonych szczytów andyjskich.

Nauczeni doświadczeniami wyprawy w Himalaje Garhwalu w 1981 roku, już jako oficjalna polska wyprawa w Andy, występowaliśmy do Wydziału Handlu Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku o przydział czekolady, konserw mięsnych i rybnych, płatków kukurydzianych i owsianych, serów, miodu, cukierków i dżemów. Dostaliśmy pozytywne odpowiedzi, Wydział Handlu wytypował hurtownie i sklepy, w których mogliśmy na podstawie przydziałów wykupić żywność. O przydział cukru zmuszeni byliśmy wystąpić do Urzędu Miejskiego. Wiedzieliśmy, że pozwolenie na cukier jest bardzo rzadko wydawane. Gdy Andrzej Posiewnik i Bogdan Urbański pełni obaw zjawili się z pismem podpisanym przeze mnie do kierownika Wydziału Handlu Urzędu Miejskiego w Gdańsku, ten wnikliwe spojrzał na podanie i od razu przybił pozytywną opinię i powiedział:

Ooo Kochańczyk, to dobre nazwisko.

Koledzy nie mogli się nadziwić. A ja dopiero po latach dowiedziałem się, że urzędnikiem tym był Marek Kowalski, z którym w latach siedemdziesiątych współdziałałem w Biurze Podróży „Almatur” w Gdańsku jako wiceprezes Akademickiego Klub Alpinistycznego.

Właściwie każdy sprzęt musieliśmy załatwiać w nietypowy sposób. Sympatyczne panie w Wojewódzkiej Hurtowni Handlu Wewnętrznego zjednaliśmy czekoladami, których dzięki specjalnym pozwoleniom mieliśmy stosunkowo dużo. Otrzymaliśmy przydział na śpiwory anilanowe i plecaki. Zdzisiek Wylężek, kolega ze Studenckiego Koła Przewodników Turystycznych w Gdańsku, pracujący w Spółdzielni Pracy „Żagiel” w Gdyni umożliwił nam zakup większej ilości namiotów. Dla naszej wyprawy Zdzisiek zaprojektował i wykonał kilka prototypów nowych namiotów, które potem testowaliśmy na wyprawie. Namioty otrzymaliśmy niekompletne. Po pręty z włókna szklanego, potrzebne do konstrukcji namiotowych pałąków, Witek Giejsztowt i Bogdan Urbański musieli jechać aż do Krosna nad Wisłokiem. Koledzy z rafinerii załatwili cienkościenne rurki stalowe, które jako skuwki Witek montował na prętach z włókna szklanego, kompletując poszczególne elementy pałąków. Orwowskie przeźrocza dostaliśmy spod lady dzięki uprzejmości znajomych pań ze sklepów fotograficznych. Andrzej Posiewnik od Leszka Pękalskiego, który był członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, nabył dla wyprawy dziesięć filmów diapozytywowych „Sakura”.

Musieliśmy jeszcze zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem. Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu, akceptując naszą wyprawę w części swojej aprobaty napisał: „Wnioskowany wyjazd zatwierdzono… bez skutków dewizowych dla GKKFiS”. Znaczyło to tylko: uczestnicy wyprawy muszą sobie dewizy załatwić sami. Nie stać nas było na zakup dolarów na czarnym rynku, zatem zmuszeni byliśmy zakupić większą ilość śpiworów, namiotów, plecaków, by potem sprzedać je w Peru i mieć środki na zrealizowanie działalności górskiej.

Odpowiednio wcześniej wystąpiliśmy do Urzędu Celnego w Gdańsku o zgodę na wywóz z kraju sprzętu i żywności. Przyznana nam ilość żywności, na które dostaliśmy pozwolenie, nie pozwoliłaby nam przeżyć nawet dwóch tygodni w górach. Napisaliśmy odwołanie do Głównego Urzędu Celnego. Niektóre fragmenty pisma brzmiały patetycznie: „…ekstremalny wysiłek psychofizyczny, do którego będą zmuszeni uczestnicy ekspedycji, wymagać będzie wysokokalorycznej i wysokobiałkowej diety”. O dziwo, w Głównym Urzędzie Celnym musieli być jacyś rozsądni ludzie, bo dostaliśmy pozwolenie na wszystko, o co prosiliśmy. Wywołało to głębokie zdziwienie wśród gdańskich celników.

Odprawę celną zamówiliśmy na dzień 3 czerwca 1983 roku. Odbywała się ona w mieszkaniu Bogdana Urbańskiego we Wrzeszczu, które na ten czas oficjalnie otrzymało nazwę magazynu wyprawy Klubu Wysokogórskiego.

Przybyli dwaj poważni celnicy i z miejsca zabrali się do sprawdzenia zawartości worów wyprawowych. Gdy już docierali do dna pakunków, gdzie mieliśmy ukryte radzieckie aparaty fotograficzne, nieśmiało zaproponowaliśmy im malutką przerwę na przekąszenie przygotowanych kanapek. Ten posiłek, obficie zakrapiany alkoholem, ożywiony politycznymi rozmowami, trwał do późnego wieczora. Często rozlewane trunki sprawiły, że atmosfera odprawy się rozluźniła, nastąpiła fraternizacja, po godzinie wspólnie wznosiliśmy toasty za Solidarność i Lecha Wałęsę. Celnicy, zgodnie z przygotowanymi naszymi listami sprzętu i żywności, ochoczo wypełnili formularze odpraw warunkowych i bezwarunkowych, my z kolei na ochotnika sami zaplombowaliśmy ładunki wyprawy.

Spodziewaliśmy się takiego scenariusza odprawy, toteż Sławek Bartkowski, kolega Witka czekał przed domem w samochodzie, by odwieźć celników po domach. Pragnąc, by nasza nowa znajomość wypadła jak najlepiej, pojechałem dla towarzystwa z celnikami. Jednego z celników, który z trudem utrzymywał się na nogach, doprowadziliśmy do jego mieszkania w jednym z nowych wielkich osiedli w Gdyni. Drzwi otworzyła żona celnika. Do jej spódnicy przytulała się trójka małych dzieci i z niepokojem przyglądała się ojcu, który nie potrafił trafić w drzwi. Kobieta powiedziała z bólem:

– I znów schlał się jak świnia.

To był prawdziwy zimny prysznic dla mnie. Naszła mnie cała masa wątpliwości i refleksji. No bo niby my to wszystko robimy po to, by pojechać na wyprawę, by zdobyć niezdobyte ściany, by biało-czerwona flaga trzepotała jak najwyżej, że mamy takie wspaniałe ideały, a tu wyszło na to, że przyłożyliśmy się do pogłębienia dramatu rodzinnego, że nie popisaliśmy się wyobraźnią, że wyszło to bardzo świńsko. Moralnego kaca miałem jeszcze przez wiele dni. Niestety taki był model załatwiania odpraw celnych. Koledzy z Krakowa czy Warszawy opowiadali, że zdarzało się, że następnego dnia po odprawie celnicy zgłaszali się, bo zapomnieli zabrać plombownicy, która zawieruszyła się pod łóżkiem.

Mimo że mieliśmy jeszcze wiele spraw mniej lub bardziej skomplikowanych do załatwienia, do radzenia z nimi podchodziliśmy jako do czegoś bardzo oczywistego, normalnego, wiedząc, że po prostu musimy to załatwić, bo takie są realia. Nie narzekaliśmy na nic, cieszyliśmy się z każdego postępu przybliżającego nas do upragnionego wyjazdu na wyprawę.

Dla mnie to był trudny okres. Drugiego marca niespodziewanie zmarł mój Ojciec, z którym byłem bardzo blisko. Moja aktywność przy organizacji wyprawy była po części spowodowana wypełnieniem pustki, jaka została po Jego odejściu. Często miałem wrażenie, że Ojciec z góry patrzy na mnie i sprawdza mnie, jak też ja sobie radzę.

W tym czasie pracowałem jako handlowiec Centrali Eksportowo-Importowej „Centromor” w Gdańsku. Zajmowałem się importem pomp pokładowych i siłowni na statki budowane w polskich stoczniach. Część spraw wyprawowych wykonywałem w pracy, korzystając z telefonu, a także z dobrych elektrycznych maszyn do pisania. Moje kierowniczki Ada Strychacka i Wanda Bułakowska, wpadając do pokoju, pytały: – Michał, czy jeszcze jesteśmy w komitecie organizacyjnym wyprawy czy już w Centromorze? Wówczas nie było telefonów komórkowych, chcąc załatwić wiele spraw w różnych instytucjach, musiałem w czasie godzin pracy dzwonić z firmowych telefonów. Szefowie „Centromoru” z wyrozumieniem podeszli do mojej pasji, dostałem urlop bezpłatny na trzy miesiące, który później, już z Peru, przedłużyłem o kolejne dwa miesiące.

Po wielu miesiącach intensywnych przygotowań, nie dane mi było odpoczywać po przylocie do Limy. Przez kilka dni walczyłem z peruwiańską biurokracją, by wydostać nasz bagaż z komory celnej. Moi Koledzy z wyprawy mieli trochę lepiej, wybrali się na wspinaczkę w podlimańskie skałki razem z peruwiańską młodzieżą z andyjskiego klubu. Trzeci od lewej Piotr Juszkiewicz, czwarty od lewej Bogdan Urbański, pierwszy z prawej Witold Giejsztowt (fot. Andrzej Posiewnik)

 

Na wyprawę wyruszyliśmy 15 czerwca w czwórkę: Witek Giejsztowt, Andrzej Posiewnik, Bogdan Urbański i ja. Piotr Juszkiewicz wyleciał tydzień po nas i spotkaliśmy się w Limie. Kuba Jakubczyk uczestniczył wiosną w wyprawie na Himalchuli w Himalajach Nepalu, dopiero w lipcu doleciał do Peru, nie dał rady dotrzeć do nas i przyłączył się do wyprawy śląskiej, działającej w Cordillera Huayhuash.

Autorem tekstu jest Michał Kochańczyk – alpinista, podróżnik, eksplorator, wieloletni Prezes Klubu Wysokogórskiego „Trójmiasto”.

tierralatina.pl publikowała już jego wspomnienia z wyprawy do Wenezueli w 2002 r., oraz tekst w którym tłumaczył swą fascynację Andami.




Prześlij dalej:

6 reakcji na "Andy 1983. Mimo stanu wojennego!"

  1. MT  20/07/2011 o 12:57

    Interesujący tekst o czasach, które pamiętam z perspektywy dziecka. A z tym celnikiem? Nachlał się w dobrej sprawie:)

    Odpowiedz
  2. jaś  20/07/2011 o 16:31

    I pomyśleć że jeszcze teraz nazywają tego typa spod ciemnej gwiazdy
    „Generałem”

    Odpowiedz
  3. Ofca  20/07/2011 o 21:12

    Piękne pióro! Czytałam już kilka artykułów Pana Kochańczyka. A teraz pewnie zabrzmię banalnie, ale co mi tam… Jak się skończyła historia z Beatą? 🙂

    Odpowiedz
  4. Karol  25/11/2011 o 01:11

    Michas,
    wspaniala historia z czasow ktore tez pamietam z perspektywy dziecka. Dobrze ze mozna sobie przypomniec. I smiesznie ze po latach czytam to na portalu Ameryki Poludniowej… czekam na nastepny odcinek! Pozdrawiam serdecznie.

    Odpowiedz
  5. Pingback: Szukając mitycznego Eldorado | tierralatina.pl

  6. helmut  31/10/2012 o 01:51

    Ciekawa historia, a Luckiego znalem osobiście bo się faktycznie kręcił po klubach studenckich i dziewczyny nagabywał, zawsze jednak twierdził, że już sam „nie mógł”. Zapraszał też „młodzież” do siebie do domu na pijaństwa, czasem nawet gotował greckie potrawy, a mieszkał w nowym bloku okolicach Lastadii. Facet miał faktycznie niesamowite znajomości i ogólnie podejrzewano, że był agentem, może rosyjskim, a może innym. Był oficjalnie głównym mechanikiem i czasem wyjeżdżał na rejsy na greckich statkach, jak mu się pieniądze skończyły. Poza tym ciekawostka, miał doktorat z Uniwersytetu Gdańskiego. Po polsku mówił płynnie, jakiś drobny błąd zdarzał mu się rzadko.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.