Drugie „życie” Nashachaty

W języku hiszpańskim istnieje powiedzienie "Desgracia de uno, fortuna para otros", co dosłownie znaczy "Nieszczęście jednych, majątkiem dla innych". Doskonale ono pasuje do losów polskiego jachtu Nashachata, który w grudniu ubiegłego roku rozbił się na południu Argentyny.


W języku hiszpańskim istnieje przysłowie Desgracia de uno, fortuna para otros, co dosłownie znaczy Nieszczęście jednych, majątkiem dla innych. Doskonale ono pasuje do losów polskiego jachtu Nashachata, który w grudniu ubiegłego roku rozbił się na południu Argentyny.s/y Nashachata to jacht z Gdańska, który w połowie grudnia ubiegłego roku rozbił się, płynąc z Antarktydy do Ushuaia, w znajdującej się u wejścia do kanału Beaggle, zatoce Sloggett. W wypadku tym zginął kapitan Marek Radwański i jego brat Paweł. Tragedia ta odbiła się szerokim echem także poza żeglarskim środowiskiem, m.in. dlatego, że kapitan jachtu był wiceprezesem dużej giełdowej spółki, a wśród członków uratowanej załogi znajdowały sie inne znane osobistości polskiego biznesu.

Ze względu na niedostępność miejsca, w którym doszło do wypadku, armator jachtu Zbigniew Jałocha, po konsultacjach z ubezpieczycielem jednostki, podjął decyzję o porzuceniu jego wraku. Informacja ta szybko dotarła do wodniackiego środowiska w Ushuaia i – gdy tylko pogoda na to pozwoliła – pierwsi ciekawscy śmiałkowie wyruszyli w okolice tragedii.

Słowo „śmiałkowie” nie zostało tu użyte przez przypadek. Do miejsca wypadku nie można dostać się od strony lądu, a zatoka jest zbyt płytka aby wpłynąć do niej jakąkolwiek większą jednostką. Dlatego pierwszymi, którzy odwiedzili wrak Nashachaty byli… morscy kajakarze. I od razu zdali sobie sprawę, że polski wrak jest niemalże kopalnią złota.

To był jeden z najnowocześniejszych jachtów jakie dane mi było zobaczyć. Właściwie wszystko co można sobie wymarzyć na jednostce takiego typu, wchodziło w skład jej wyposażenia. Wszystko było nowe, w świetnym stanie.– opowiada autor publikowanych poniżej zdjęć.

Jak łatwo się domyślić, odwiedzający jacht szybko zaczęli go nie tylko zwiedzać, ale i rozmontowywać. Zabierano jego wyposażenie, wymontowywano elektronike… Z czasem na miejsce zaczęły przyypływać coraz większe, zorganizowane ekipy z coraz bardziej specjalistycznymi narzędziami. I już nie kajakami, a pontonami z napędem silnikowym. Demontowano kabestany, zabierano olinowanie i ożaglowanie, w końcu nawet wyjęto silnik.

Publikowane przez nas zdjęcia pochodzą z połowy stycznia. Zrobiła je jedna z pierwszych kajakarskich ekip jaka dotarła do wraku Nashachata. Jak widać, jacht był jeszcze wówczas, w miesiąc po wypadku, bardzo kompletny. W tej chwili, jak twierdzą nasi informatorzy z Ushuaia, pozostała juz z niego tylko kadłubowa wydmuszka.




Prześlij dalej:

Jedna reakcja na "Drugie „życie” Nashachaty"

  1. selawi  31/12/2014 o 06:55

    W języku hiszpańskim istnieje też inne powiedzenie”el hombre provenido vale por dos” co się przekłada”człek przezorny wart jest dwóch”

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.