Represje i dymisje w Boliwii


Boliwijczycy są coraz bardziej niezadowoleni z rządów prezydenta Evo Moralesa. Niedawna brutalna represja wobec protestujących Indian doprowadziła nawet do rozłamu wewnątrz jego rządu.

Aż czterech wysoko postawionych rządowych funkcjonariuszy podało się do dymisji w wyniku dramatycznych wydarzeń minionego weekendu, kiedy to boliwijska policja wyjątkowo brutalnie rozproszyła Indian maszerujących w stronę La Paz na znak protestu wobec rządowego planu budowy szosy przez sam środek Parku Narodowego, w którym mieszkają.

Marsz rozpoczął sie 15 sierpnia – grupa ok. 1500 Indian mieszkających na terenie – położonego w centrum Boliwii, na granicy departamentów Beni i Cochabamba – Tubylczego Terytorium i Parku Narodowego Isiboro Sécure (TIPNIS) wyruszyła do La Paz z nadzieją spotkania się tam z prezydentem Evo Moralesem. Chcieli osbiście usłyszeć od niego, dlaczego, wbrew prawu i oficjalnym deklaracjom o „nienaruszalnych prawach Indian” oraz „bezwarunkowym szacunku dla Matki Ziemi”, jego rząd upiera się przy już rozpoczętej budowie szosy przez środek ich, porośniętego dziewiczym lasem, terytorium.

Oficjalnie mówi się, że nowa droga ma ułatwić wymianę handlową z Brazylią. Zresztą to ten sąsiedni kraj obiecał sfinansować w znacznej części ten projekt. Wiele osób, nie bez powodów, podejrzewa jednak, że jest też i drugi, ukryty, cel – ułatwienie kolonizacji parku przez cocaleros, czyli plantatorów koki. Są oni juz obecni w jego granicach, niszczą go i niejednokrotnie dochodziło już do krwawych starć między nimi, a rdzennymi jego mieszkańcami. Evo Morales, który oprócz bycia prezydentem jest też wciąż honorowym szefem związku plantatorów koki, obiecał im niedawno „więcej ziem pod uprawę”.

Marsz protestacyjny był, do minionej niedzieli, jak najbardziej pokojowy. Zresztą brały w nim udział całe rodziny, z kobietami w ciąży i dziećmi włącznie. A sondaże pokazywaly, że działania mieszkańcow TIPNIS – Indian Chimanés, Mojeños i Yuracarés – cieszą się, w kontraście do topniejącej popularności prezydenta, coraz większym społecznym poparciem.

I może to właśnie lęk przed coraz bardziej krystalizującą się wokół indiańskiego protestu masową kontestacją rządów Moralesa, zdecydował o wydaniu rozkazu rozpędzenia pochodu? Bo trudno znaleźć jakiekolwiek inne wytłumaczenie tego, co wydarzyło się w minioną niedzielę, kiedy to specjalne oddziały policji zaatakowały, pod osłoną nocy, obozowisko maszerujących, którzy znajdowali się wówczas nieopodal miasteczka Yucumo, ok. 300 km na wschód od La Paz.

Mundurowi użyli m.in. drewnianych pałek i gazów łzawiących. Zatrzymanych krępowano, bito, a ich usta zaklejano taśmą klejącą. W trakcie akcji, w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło małe dziecko, setki osób zostały rannych, kilka zaginęło, a prawie 300 aresztowano.

Akcja ta zszokowala Boliwię. Także osoby, które zaliczane były do najbliższych współpracowników Evo Moralesa. Już w dzień po masakrze do dymisji podała się minister obrony, Cecilia Chacón, która w liście przesłanym prezydentowi określiła policyjną akcję jako „niewytłumaczalną i nie do wybaczenia”.

Minister spraw wewnętrznych Sacha Llorenti początkowo tłumaczył, że akcja była potrzebna i przeprowadzona wzorowo. Zaprzeczał też temu, że ktokolwiek zginął, czy został brutalnie potraktowany. Musiał jednak zmienić strategię, gdy lokalne media, także te które do niedawna bezkrytycznie wspierały rząd Moralesa, zaczęły publikować zdjęcia zmasakrowanych Indian. Wtedy okazało się nagle, że… nikt z rządu nie miał pojęcia o policyjnej akcji, nie rozkazał jej, ani nie autoryzował. Na kozła ofiarnego Llorenti początkowo wyznaczył swego zastępce, wiceministra Marcosa Farfana, który wprawdzie zarzekał się, że także nie miał pojęcia skąd policja się wzięła w obozowisku protestujących, ale w końcu podał się do dymisji.

Nie uspokoiło to jednak społecznych nastrojów. Na znak sprzeciwu wobec policyjnej represji do dymisji podała szefowa rządowej agencji ds. migracji, Maria Rene Quiroga, a dziesiątki organizacji pozarządowych, opozycyjnych partii, ruchów ekologicznych zapowiedziało protesty i strajki głodowe. A Boliwijska Centrala Robotnicza, największa w tym kraju centrala związkowa, zapowiedziała organizację strajku generalnego.

Sympatycy indiańskiego protestu zaczęli też spontanicznie zjeżdżać się w rejon policyjnej akcji. Te posiłki i gesty wsparcia najwyraźniej dodały animuszu mieszkańcom TIPNIS. Zapowiedzieli, że zmieniają taktykę – „dość pacyfizmu, jeśli rząd traktuje nas siłą, to my będziemy się bronić” – oznajmili liderzy. I w poniedziałek wieczorem, uzbrojeni w łuki i wspierani przez część mieszkańców Rurrenabaque, odbili blisko z rąk policji blisko zatrzymanych podczas ataku na obóz kompanów, którzy byli przetrzymywani na terenie lokalnego lotniska.

Nastrojów nie uspokoiła nawet wtorkowa dymisja ministra Sachy Llorentiago. –Czekamy na dymisję Evo Moralesa, przecież to on musiał wydać rozkaz rozprawienia się z nami. Boli to nas tym bardziej, że do tej pory zawsze go popieraliśmy. – zapowiadają w rozmowach z dziennikarzami niektórzy przywódcy ruchu.

Zdecydowano też, że marsz do La Paz będzie kontynuowany.

Book Hostels Online Now

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Represje i dymisje w Boliwii"

  1. Pingback: z policzkiem pełnym liści koki wyjdę na ulice | MyWayAround.com - Ambasada Polski w Boliwii

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.