Gran Pajáten ’83 – wyprawa do prekolumbijskich ruin w Peru


Kiedy wyruszałem na swoją wymarzoną wyprawę wysokogórską w Andy Peruwiańskie, nie zdawałem sobie sprawy, że spotka mnie tam niesamowita przygoda, jaka nigdy przedtem nie przydarzyła się w moim burzliwym, podróżniczym życiu. Otarłem się o historię, dotarłem do miejsca w Amazonii, gdzie najprawdopodobniej został ukryty wielki skarb Inków. Miejsce to nadal pozostaje niezgłębioną tajemnicą.

Ten wielki skarb wiąże się z początkiem konkwisty – masowym podbojem Ameryki Łacińskiej przez Hiszpanów. Na początku XVI wieku w Hiszpanii rosło zapotrzebowanie na złoto. Ciągłe walki z Maurami o oswobodzenie Półwyspu Iberyjskiego znacznie wyczerpały zapasy tego cennego metalu. Wydobycie z ówczesnych kopalni było znikome, a skarbiec państwa świecił pustkami.

Karawanom podążającym ze złotem znad Zatoki Gwinejskiej przecięli drogę Arabowie. Można tam było dotrzeć morzem, co byłoby znacznie bezpieczniejsze, ale już wcześniej Portugalczycy dotarli na tamtejsze wybrzeże Afryki drogą lądową. Jednocześnie papież Aleksander VI w swojej słynnej bulli podzielił świat na dwie części, dając Hiszpanom prawo do eksploracji półkuli zachodniej.

I wreszcie na stary kontynent dotarły dobre wieści. Na północnych brzegach Ameryki Południowej, od Przesmyku Panamskiego po ujście rzeki Orinoko, hiszpańscy odkrywcy znajdowali cudowne wyroby rzemieślnicze, istne precjoza z litego złota, wysadzane szlachetnymi kamieniami.

Wszelkie zebrane informacje wskazywały niezbicie, że fascynująca kraina złota, legendarne Eldorado, znajduje się  w Peru – państwie inkaskim, które swoje imperium zbudowało – w przeciwieństwie do innych cywilizacji – nie nad morzem, ale wysoko w górach.

Późniejsza historia jest wszystkim dobrze znana. Konkwistador Francisco Pizarro na czele 168 żołnierzy, w tym 62 jeźdźców, w zdumiewająco krótkim czasie, podbił te tereny, mimo że Inkowie dysponowali dwustutysięczną armią. Pizarro bezwzględnie wykorzystał bratobójczą wojnę między synami Huayny Capaca – Huascarem i Atahuallpą. Zaskoczeniem dla Indian były konie, armatki na kamienne kule i broń palna – arkebuzy. Inkowie przelękli się najeźdźców – uznali ich za powracających bogów, przez których zostali bardzo dawno temu opuszczeni.

Mało kto dziś pamięta, że zuchwalstwo Hiszpanów mogło się udać dzięki sieci kamiennych ścieżek, zwanych dziś popularnie drogami Inków. Podbój Hiszpanom ułatwiła nie tylko sprawna sieć dróg, ale przede wszystkim system rozstawionych wzdłuż nich magazynów z żywnością. Europejscy najeźdźcy bez skrupułów z nich czerpali.

Hiszpanie działali z zaskoczenia. Uwięzili Atahuallpę i zażądali okupu. Ze wszystkich stron Peru wyruszyły karawany ze złotem i srebrem. Wszak Pizarro obiecał: po wypełnieniu dwóch wielkich komór – jednej złotem, a drugiej srebrem – Syn Słońca, władca inkaski, zostanie wypuszczony.

Nie wszystkie skarby Inków dotarły do najeźdźców. Gdy tylko Hiszpanie otrzymali znaczną część okupu, udusili Atahuallpę. Żywy i w dodatku wolny Atahuallpa, ze swoją władzą i autorytetem, mógłby być zbyt bardzo niebezpieczny dla konkwistadorów.

Większa część złota, srebra i drogich kamieni nie wpadła jednak w ręce Hiszpanów i została ocalona przed grabieżą. Transporty zawrócono i schowano w trudno dostępnych miejscach. Wiele poszlak wskazuje, że najprawdopodobniej złoto Inków zostało ukryte w sztolniach starej kopalni złota w Pataz lub w świątyni Gran Pajaten, leżącej po drugiej stronie andyjskiej grani.

***

Po trudnej wyprawie w Cordillera de Vilcanota na południu Peru zatrzymałem się w Arequipie – białym mieście (ciudad blanca), zbudowanym z głównie z jasnego tufu wulkanicznego i nad którym wznosi się majestatyczny wulkan Misti. W mieście tym spotkałem słynnych na całym świecie polskich kajakarzy z Krakowa: Piotra Chmielińskiego, Jacka Boguckiego i Zbyszka Bzdaka, zdobywców najgłębszego wąwozu na świecie – kanionu rzeki Colca. Po raz kolejny pokonywali wówczas tę rwącą rzekę, spływając i fotografując na zamówienie “National Geographic”.

Nieoczekiwanie otrzymałem od nich niesamowitą propozycję wspólnej wyprawy do ruin Gran Pajáten w Amazonii, na północy kraju. Coś niecoś, jak przez mgłę, przypominałem sobie o tej zaginionej preinkaskiej osadzie z epoki Tiahuanaco – Huari, leżącej w wysokogórskiej selwie. Dotarła tam tylko jedna wyprawa archeologiczna w 1956 roku i od tego czasu tajemnicze ruiny zarosły obfitą roślinnością. Wiedziałem, że przeprawa przez całe Peru, przekroczenie pasma Andów, przedzieranie się przez dżunglę to duże przedsięwzięcie.

Na pierwszym planie od lewej: Piotr Chmieliński, Patricia Moore (odwrocona pleacami), Michał Kochańczyk i Zbigniew Bzdak. W głębi dwaj przewodnicy peruwiańscy. Fot: Jacek Bogucki

W połowie września opuściliśmy Arequipę dużym wyprawowym jeepem cherokee. Towarzyszyła nam Amerykanka, Patricia Moore – dziennikarka, jak się potem okazało, świetny kumpel w podróży. Przez Limę, Chimbote, Trujillo, pokonując 3000 km, dotarliśmy do małej osady Chaqual nad Marańonem, dużym dopływem Amazonki.

W czasie drogi wertowałem dostępne materiały o celu naszej podróży. Wiedziałem, że był południowym bastionem piętnastowiecznego królestwa Chachapoyas, które odseparowało się od imperium Inków. Władca inkaski Tupac Yapanqui zbudował militarną drogę z Huanuco do Chachapoyas i podbił zbuntowane państwo, ponosząc przy tym jednak ciężkie straty. Pod koniec XV wieku znowu wybuchła rebelia i syn Tupaca – Huayna Capac, poprzednik Atahuallpy, ponownie rozprawił się z rebeliantami. Później, tylko sporadycznie, kronikarze hiszpańscy napominali o nieznanych osadach po drugiej stronie Andów.

Michał Kochańczyk

Michał Kochańczyk (fot: Piotr Chmieliński)

Sporo czasu w Chaqual zajęło nam przygotowanie karawany. Musieliśmy opuścić nasz przytulny samochód. Z przerażeniem przysłuchiwałem się targom o wynajęcie mułów. Nad nami, na zboczach Andów, znajdowała się kopalnia złota w Pataz, a wierząt tych używano do transportu rudy złota. Ceny były więc horrendalne, dziesięciokrotnie większe niż w Cordillera de Vilcanota.

W końcu dogadaliśmy się, zapłaciliśmy słono, ale przecież musieliśmy zabrać sporo żywności, sprzętu filmowego i fotograficznego. Nad ranem dotarliśmy do miasteczka Pataz, gdzie w okolicznych sztolniach wydobywa się rudę złota. Przyglądałem się pracy górników, którzy pod kamiennym moździerzem, swego rodzaju wańką-wstańką, miażdżyli rudę złota. Potem wypalali ją z rtęcią, uzyskując amalgamat złota. Praca jest ciężka i bardzo szkodliwa dla zdrowia.

górnik w Pataz

Górnik z wioski Pataz w Peru. Betonową „bańka- wstańką” miażdżona jest ruda złota z pobliskiej sztolni. Uzyskany proszek wypalany jest z rtęcią, uzyskany w ten sposób amalgamat złota sprzedawany jest w banku.

Od wójta wioski Carlosa Torrealby, dowiedzieliśmy się, jak doszło do lokalizacji Gran Pajáten – na początku lat sześćdziesiątych mieszkańcy wioski penetrowali zbocza Andów w poszukiwaniu terytoriów rolniczych. Po kilku latach poszukiwań, postępując wzdłuż starej inkaskiej drogi, przedzierając się przez dżunglę, natknęli się na tajemnicze ruiny.

Z naszymi przewodnikami i mulnikami, którzy mieli zabrać swe zwierzęta z granicy selwy, liczną karawaną opuściliśmy Pataz. Po całym dniu marszu osiągnęliśmy przełęcz Poblano na wysokości 4100 m n.p.m.. Stąd czekał nas przemarsz na drugą stronę Andów, w dorzecze rzeki Huallaga, dopływu Amazonki. Pierwszą noc spędziliśmy w czarnej, osmalonej od ognia pieczarze, ciut poniżej przełęczy. Od tego miejsca szliśmy drogą Inków – kamienną, równo ułożoną ścieżką, czasami porośniętą trawą.

Zostawiamy konie przed wejsciem do lasu

Po dojœściu do selwy, w tzw. Puerta del Monte, musieliœmy zostawić muły i dalej już samemu maszerować w gęstym lesie, dźwigając niezbędny ekwipunek.

Niestety, nasz beztroski marsz rozległymi dolinami zakończył się po ośmiu godzinach, gdy dotarcliśmy do górnej granicy gęstego lasu. Pożegnaliśmy się z mulnikami, przełożyliśmy bagaż z mułów na własne plecy i pogrążyliśmy się w dziewiczym, wilgotnym lesie wysokogórskim, w tzw. selva alta. Nasi przewodnicy z niezwykłą wprawą cięli maczetami podrosty drzew i gęste bambusowe zarośla. Wielowarstwowa budowa lasu i wielkie korony drzew powodowały, że światła przy samej ziemi było bardzo mało. Potężne drzewiaste paprocie, górujące nad nami, przypominały mi, że nasz swojski węgiel wywodzi się z takich roślin sprzed milionów lat.

Z gałęzi drzew zwisały przeróżne pnącza, liany, niektóre rośliny pięły się w górę za pomocą cierni liściowych i wąsów, niekiedy całkowicie oplatając pnie i korony drzew. Czasami szliśmy, niczym po miękkim dywanie, po grubej warstwie miękkich, wilgotnych porostów. Las tętnił swoim życiem. Po pierwszym biwaku, na prowizorycznie wyciętej polanie, zobaczyłem pierwszego w życiu kolibra. Przy jednym z potoków natknęliśmy się na czarnego jaguara. Nasi przewodnicy pokazywali ślady niedźwiedzich pazurów na drzewach. Niewielkie małpki skakały nam często nad głowami.

autor tekstu przedzierający się przez tropikalną, peruwiańską selwę (fot: Jacek Bogucki)

Podziwiałem niezwykłą orientację naszych przewodników. Precyzyjnie, w plątaninie zarośli torowali w lesie logiczną drogę i zawsze znajdowali resztki kamiennej inkaskiej ścieżki. Co prawda, po dwóch dniach ich siły wyczerpały się i już cały nasz zespół równomiernie brał się za maczety, wycinając drogę w gęstym lesie.Tego roku niespodziewanie wcześnie rozpoczęła się pora deszczowa. Przemoczeni brnęliśmy w błocie, ocierając się o drzewa, porośnięte gęstymi mchami.

Po pięciu dniach dotarliśmy do ruin. Trzy dni zajęło nam wycinanie zarośli, by je choć trochę odsłonić i dokonać dokumentacji filmowej i fotograficznej. Oczom naszym ukazało się ni to miasto, ni to świątynia, położone w siodle przełęczy. Składało się z szesnastu kamiennych rotund, z których największa miała 15 m średnicy i 4 m wysokości. Do niektórych prowadziły kamienne schody. Ściany budowli były kompozycją tysięcy kamiennych cegieł, z których budowniczowie stworzyli figury, przypominające kondora, rozgwiazdy i szereg nierozpoznawalnych zwierząt. Najbardziej nieodgadnione były kamienne twarze, otoczone pióropuszami z kamiennych cegieł.

Nad przełęczą, na której znajdują się ruiny Gran Pajaten, wznoszą sią pionowe skały, cz궜ciowo poroœśnięte roœślinnoœścią

Miałem dużo szacunku dla twórców osady, którzy w takiej dziczy odczuwali potrzebę piękna. Choć z pewnością klimat kilkaset lat temu był bardziej suchy, a przez to bardziej przyjazny człowiekowi, to i tak budowa wymagała ogromnego nakładu pracy i zaangażowania. Mimo ulewnego deszczu i paskudnej mgły, zrobiliśmy sporo zdjęć i nakręciliśmy film. Przyznaję szczerze, rozglądałem się za miejscem ewentualnego ukrycia skarbu, myszkowałem w różnych zakamarkach, ale nie znalazłem żadnego ukrytego przejścia w rozległych ruinach.

Powrót z Gran Pajáten odbywał się w dramatycznych okolicznościach. W wyniku ulewnych deszczy, jeden z niepozornych potoków zmienił się w wielką rwącą rzekę. Powiało grozą. Żywność nam się kończyła, niebezpieczna wodna kipiel oddzielała nas od grzbietu Andów, od cywilizacji. Zaryzykowałem. Byłem największym członkiem zespołu i dodatkowo obytym z żywiołem wodnym. Asekurowany połączonymi kawałkami lin, maltretowany przez wściekłą, lodowatą wodę, resztkami sił przeprawiłem się przez rzekę i rozpiąłem linę między brzegami. Przy jej pomocy, gdy tylko poziom wody nieznacznie opadł, przeprawiliśmy się przez koryto.

Potok Monte Christo w ciągu kilku dni zmienił się ze spokojnego strumyka w rwącą rzekę.

Totalnie wyczerpani i wygłodzeni przekroczyliśmy z trudem grzbiet Andów, dowlekając się w końcu do kopalni w Pataz, gdzie wreszcie mogliśmy się najeść, wysuszyć i wyspać do syta. Następnego dnia w szkolnej sali urządzono dla nas przyjęcie. Byliśmy bohaterami, którzy dotarli do ruin, wydostali się z dżungli i deszczowego żywiołu, byliśmy jednocześnie dziennikarzami, sławiącymi w świecie ich region.

Widok z Pataz na andyjską grań. Musieliśœmy dwukrotnie przekroczyć to pasmo. Ruiny Gran Pajáten znajdują się w tropikalnym lesie po drugiej stronie tego masywu.

W peruwiańskiej dżungli amazońskiej znajduje się wiele zabytkowych obiektów, znanych tylko archeologom. Nie ogłaszają swoich odkryć, obawiając się dewastacji poczynionych przez domorosłych poszukiwaczy skarbów. Brakuje państwowych środków na rekonstrukcje i konserwację, zatem zabytkowe obiekty niszczeją. Korzenie drzew rozsadzają mocne konstrukcje, ulewne deszcze dopełniają reszty zniszczenia. Powoli w niepamięć znikają ślady wielkiej, istniejącej ongiś na zboczach Andów cywilizacji.

Galeria zdjęć z Gran Pajáten:

Autorem tekstu i większości zdjęć jest Michał Kochańczyk – alpinista, podróżnik, eksplorator, wieloletni Prezes Klubu Wysokogórskiego „Trójmiasto”. tierralatina.pl miała już przywilej publikować jego teksty m.in. o wyprawie w nieistniejące wenezuelskie górytrudach organizacji egzotycznej wyprawy w okresie stanu wojennego, czy fascynacji Andami.

P.S.: Podróżowaniu po Peru poświęcony jest jeden z działów naszego latynoamerykańskiego forum dyskusyjnego. Zapraszamy!

Prześlij dalej:

2 reakcje na "Gran Pajáten ’83 – wyprawa do prekolumbijskich ruin w Peru"

  1. wspinek  19/06/2012 o 15:22

    No i to się nazywa eksploracja. A nie tak jak większość obecnych „eksploratorów” w naszym kraju, którzy wycieczkę do Machu Picchu nazywają ekspedycją, a zdobycie Roraimy wyczynem. I potem jeszcze konferencje w szkołach robią na ten temat!

    Odpowiedz
    • zuercher  19/06/2012 o 19:15

      Masz rację. Jak to dobrze, że tierralatina publikuje czasem teksty Pana Kochańczyka. Facet niesamowicie wiele w podróżniczym życiu dokonał i jest przy tym bardzo skromy, nie szuka na siłę rozgłosu. Jakże to kontrastuje, z tymi wieloma współczesnymi pajacami, którzy pojechali na jakieś trzy wycieczki i już kreują się na „Podróżników”, udzielają wywiadów, mają witryny internetowe takie jakby co najmniej rowerem na księżyc dotarli. I jeszcze w dodatku często zmyślają, fantazjują, wymyślają trudności i przygody.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.