#YoSoy123


Yo soy 132, niespodziwanie powstały nieformalny ruch studencki, to chyba jedyna niespodzianka obecnej kampanii wyborczej w Meksyku. Jednak – zdaniem specjalistów – nie wpłynie on na wyniki wyborów: Enrique Peña Nieto coraz pewniej kroczy po prezydenturę.

Powstanie Yo soy 132 nie było zaplanowane. Sprowokowało je życie. A dokładniej wydarzenia jakie miały miejsce 11 maja na terenie znajdującego się w meksykańskiej stolicy campusu Universidad Iberoamericana – prywatnej, jezuickiej uczelni. Tego dnia jej gościem był komfortowo prowadzący w sondażach Enrique Peña Nieto, kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI), która rządziła Meksykiem przez ponad połowę XX wieku. Polityk miał spotkać się ze studentami, wygłosić wykład i udzielić konferencji prasowej.

Nikt w jego sztabie, perfekcyjnie do tego momentu reżyserującym kampanię, nie spodziewał się najwyraźniej, że studenci uczelni uchodzącej za mieszczańsko-prawicową, mogą zacząć głośno go krytykować. Ekpipa kandydata była totalnie zaskoczona, gdy polityka przywitały gwizdy i okrzyki wypominające mu tzw. tragedię z Atenco.

Tragedia z Atenco to wydarzenia pierwszych dni maja 2006 r., kiedy to różne formacje policyjne państwa i stanu Meksyk brutalnie rozproszyły w San Salvador Atenco manifestację – wpieranych przez ruch zapatystów – handlarzy kwiatów, protestujących przeciw zabranianiu im instalowania straganów na głównych ulicach tego miasta. Mundurowi, podczas interwencji, zabili dwie osoby, ponad 200 aresztowali, a dziesiątki kobiet i dziewczyn były przez nich seksualnie molestowanych, niektóre zgwałcone.
Zarówno Narodowa Komisja Praw Człowieka, jak i Sąd Najwyższy uznały, że policyjna akcja w Atenco odbyła się z rażącym pogwałceniem praw obywatelskich i doszło w jej trakcie do tortur, nieludzkiego traktowania i bezprawnych zatrzymań.
Jednym z polityków, którzy wydali policji zgodę na interwencję był ówczesny gubernator Stanu Meksyk, Enrique Peña Nieto.

Podczas swego wystąpienia na Uniwersytecie prezydencki kandydat bronił swej ówczesnej decyzji, tłumacząc że interwencja policji w Atenco, choć tak krytykowana, „była uzasadniona i pozwoliła uniknąć jeszcze większej tragedii”. Zdanie to tak zbulwersowało studentów, że ich wzmożone gwizdy i śpiewy „Nie zapomnimy o Atenco”, zmusiły obstawę polityka do najpierw zamknięcia go w toalecie, a następnie szybkiej ewakuacji przez wyjście awaryjne.

Mimo to, największe komercyjne stacje telewizyjne, normalnie relacjonujące w najdrobniejszych szczegółach każdy element kampanii Enrique Peña Nieto, w swych serwisach informacyjnych, albo wydarzenia na Universidad Iberoamericana zupełnie pomijały, albo opatrywały je komentarzem senatora Arturo Escobara, rzecznika będącej w sojuszu z PRI, meksykańskiej Partii Zielonej, który stwierdził, że protesty w uniwersyteckim campusie sprowokowali nie studenci, ale maleńka grupa prowokatorów nasłanych tam przez politycznych konkurentów. Także szef PRI, Joaquín Codwell, przekonywał że krzyczała jedynie „garstka młodych nie reprezentujących tego uniwersytetu”.

W odpowiedzi na te zarzuty 131 studentów Universidad Iberoamericana nagrało wideo, w którym pokazują swoje studenckie legitymacje i potwierdzają, że to oni sami, przez nikogo nie namawiani, brali udział w manifestacji skierowanej przeciw byłemu gubernatorowi. Opublikowane w YouTube nagranie natychmiast stało się przebojem sieci społecznościowych. A dziesiątki tysięcy osób, na znak solidarności ze studentami i jako protest przeciw medialnym manipulacjom, zamieściło na Facebooku i Twitterze informację Yo Soy Estudiante 132  (ja jestem 132 studentem).

Ruch protestacyjny, błyskawicznie, rozszerzył się na inne uniwersyety, także państwowe, sprawiając że po raz pierwszy od bardzo wielu lat studenci publicznych (uważanych za lewicowe) i prywatnych (uważane za prawicowe) uczelni przemówili wspólnym głosem. Głosem protestu przeciw „dyktaturze medialnej” dwóch gigantycznych koncernów (Televisa i TV Azteca) oraz, generalnie, kiepskiej – ich zdaniem – kondycji meksykańskiej demokracji.

W opublikowanym 23 maja manifeście można m.in. przeczytać:

Jesteśmy ruchem dalekim od jakiejkolwiek partyjnej postawy i składającym się z obywateli. Jako taki, nie wyrażamy oznak poparcia wobec żadnego z kandydatów, czy politycznych partii, ale szanujemy pluralizm i różnorodność naszegogo ruchu. miały wspierać każdego kandydata lub partii politycznej, ale szanujemy pluralizm i różnorodność członków tego ruchu. Nasze pragnienia i żądania skupiają się wokół obrony wolności słowa i prawa do informacji Meksykanów, przy założeniu że oba elementy są niezbędne do tworzenia świadomego i zaangażowanego obywatelstwa. Z tego powodu, promujemy udział w wyborach w sposób świadomy i przemyślany. Wierzymy, że w obecnych warunkach politycznych, wstrzymywanie się od głosu, czy oddanie głosu nieważnego są działaniami nieskutecznymi w realizacji budowy naszej demokracji. Jesteśmy ruchem, któremu zależy na demokratyzacji kraju i jako taki, uważamy, że warunkiem koniecznym w jej realizacji jest demokratyzacja mediów. Nasza troska wynika z obecnego stanu prasy w naszym kraju i koncentracji mediów w rękach nielicznych.

Niektórzy meksykańscy historycy i politolodzy porównują ruch Yo Soy 132 do ruchu studenckiego, który w październiku 1968 r. próbował zwrócić uwagę Meksykanów i świata na dokonaną zalediwe 10 dni przed otwarciem organizowanych wówczas w  Meksyku Igrzysk Olimpijskich, masakrę studentów protestujących na Placu Trzech Kultur, zlokalizowanym w stołecznym Tlatelolco,  przeciw ograniczaniu wolności akademickiej. Zginęła wówczas do tej pory nie sprecyzowana ilość osób (niektóre źródła mówią naweto o 300 ofiarach), a ówczesny rząd Gustavo Díaz Ordaza (PRI) próbował zatuszować wydarzenia i nigdy nie nikogo nie pociągnął do odpowiedzialności za nie.

Działacze Yo Soy 132 zapowiadają, że chcą aby ich ruch nie był jednorazową mobilizacją, ale stał się „obywatelskim głosem”, który będzie słyszalny także po zbliżających się wyborach, w trakcie których planują być niezależnym obserwatorem, dokumentującym wszelkie nieregularności związane z głosowaniem. Później chcą mobilizować społeczeństwo do wyjścia z „obywatelskiego letargu”, zachęcać je do znacznie bardziej uważnego patrzenia na ręce politykom i rozliczania ich z przedwyborczych obietnic. Niektórzy studenci marzą nawet o sprowokowaniu działań mających doprowadzić do nowelizacji meksykańskiej konstytucji.

Póki co, udało im się też zorganizować niezależną, transmitowaną w internecie, debatę prezydenckich kandydatów – wszystkich oprócz Enrique Peña Nieto, który zaproszenia nie przyjął.

Wielu meksykańskich komentatorów uważa jednak, że przeżycie ruchu na dłuższą metę będzie bardzo trudne. Problemem może okazać się zarówno zbyt szerokie spektrum politycznych sympatii i antypatii działaczy, jak i konieczność ustrukturyzowania działań. Póki co Yo Soy 132 nie ma liderów, siedziby, rzeczników, ani nawet strony internetowej. Te które pojawiły się w sieci powstawały często z inspiracji istniejących partii politycznych, które widząc ogrom ruchu próbują się do niego zbliżać i co rusz „solidaryzują się” z głoszonymi postulatami.

Politolodzy zgodni są jednak co do jednego – ważne jest, że meksykańska młodzież się „obywatelsko przebudziła”.

Prześlij dalej:

3 reakcje na "#YoSoy123"

  1. Pingback: W Meksyku prezydenta wybiera telewizja? | tierralatina.pl

  2. Pingback: Chavela Vargas nie żyje | tierralatina.pl

  3. Judyta  05/10/2012 o 12:02

    Ruch wbrew pozorom nie umiera. Traci nieco na swoim rewolucyjnym charakterze, pojawiają się podziały, wątpliwości, rząd robi mu strasznie czarny PR, ale wciąż istnieje i działa ten główny nurt, który stawia sobie za zadanie przede wszystkim monitorowanie działań rządu i domaganie się podstawowych praw (wolności głosu, przejrzystości ekonomicznej polityków, przejrzystości wyborów). Tutaj ich apel o uwagę międzynarodową:

    http://eld3emonario.blogspot.co.uk/p/call-for-international-collaborators.html?spref=fb

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.