Tak Polacy zdobyli Tramén Tepui


tierralatina.pl rozpoczyna publikację serii tekstów poświęconych tegorocznej, polsko-wenezuelskiej wyprawie na Tramén Tepui w Wenezueli, której uczestnicy nie tylko po raz pierwszy zdobyli tą wciąż tajemniczą górę, ale też na jej zboczach odkryli nieznane gatunki zwierząt.
Cykl rozpoczynamy relacją Michała Kochańczyka, kierownika ekspedycji.

Panorama znajdującego się na granicy wenezuelsko-gujańskiej pasma gór stołowych zwanych tepui. Tramén pierwszy z lewej.

Pod wieczór przyjechałem z Albertem do osady maleńkiej osady Uroy Uaray.  Miejscowość ta, położona przy szosie wiodącej z Puerto Ordaz do Brazylii, jest jakby bramą wiodącą do wioski Warpata i rozległych terytoriów indiańskich na granicy Wenezueli i Gujany. Przyjechaliśmy w celu uzgodnienia wynajęcia samochodu dla naszej wyprawy. Zostaliśmy powitani bardzo serdecznie – obecny akurtat tam nowy szef wioski Warpata uściskał się ze mną serdecznie, również Wilmer Brown, nauczyciel i jednocześnie sołtys osady Uroy Uaray wyraźnie ucieszył się na nas widok, byliśmy bowiem tutaj już dwukrotnie.

Pierwszy  raz dotarłem w to miejsce w sierpniu 2009 roku. Stąd właśnie razem ze studentkami biologii:  Justyną Naumowicz, Izą Stachowicz, Ewą Tratkiewicz oraz Wenezuelczykiem Hugo Cerdą, doktorem biologii z Caracas, wyruszyliśmy na rekonesans w stronę tepui Tramen i Ilu na granicy Wenezueli i Gujany. W trakcie tego wypadu zaprzyjaźniliśmy się ze społecznością indiańską malutkiej wioski Warpata. Przy pomocy indiańskich przewodników przeszliśmy się przez rozległe bagienne łąki i strome zbocza porośnięte selwą do płaskowyżu u stóp tepui Tramen. Doszliśmy do miejsca, w którym gęsty las deszczowy ustępuje miejsca krzewom. Byliśmy wówczas pewni, że rozwiązaliśmy problem logistyczny wyprawy i pozostało nam tylko wrócić za rok ze sprzętem wspinaczkowym, by wejść na piaskowcową górę stołową o pionowych ścianach. Rozpierała nas duma, byliśmy pierwszymi ludźmi w tym rejonie, nawet nasi indiańscy przewodnicy nigdy tam nie dotarli.

Od lewej: Manuel „Shazzan” Mosquera, Michał „Misio” Kochańczyk, Iza Stachowicz.

Zatem pierwszego marca 2011 roku wróciliśmy do Wenezueli. Przybyłem razem z Gosią Braun, botanikiem, specjalizującym się w badaniach roślin łąk i torfowisk, wtedy pracownikiem naukowym Słowińskiego Parku Narodowego, Izą Stachowicz Markiem Arcimowiczem – alpinistą i wybitnym fotografem. W Caracas na prośbę wenezuelskiego instytutu naukowego IVIC dołączył do naszej grupy  Wenezuelczyk Manuel Mosquera, młody alpinista. Wzięliśmy ze sobą sprzęt wspinaczkowy i liofilizowaną żywność.

Trafiliśmy na miesiąc z wyjątkowo intensywnymi opadami deszczu. Niezrażeni złą pogodą, w karnawałowy, zwariowany czas w Wenezueli, po wielu dniach oczekiwań, tak na indiańskich tragarzy jak i na pogodę, dotarliśmy do krzaczastego płaskowyżu, kilkaset metrów dalej od miejsca osiągniętego w 2009 roku. Sądziliśmy, że stąd już bez problemów dotrzemy do przełęczy, z której będziemy mogli zacząć wspinanie. Niestety, spotkała nas bardzo przykra niespodzianka. Kilkukilometrowe zbocze, prowadzące do przełęczy, porośnięte było gęstymi, sprężystymi zaroślami. Mimo że w ulewnym deszczu Indianie dokonywali cudów, z niezwykłą zaciętością i determinacją cięli maczetami zwarte krzaki i gałęzie o kilkucentymetrowej grubości, tylko nieznacznie posunęliśmy się do przodu. Ograniczona ilość żywności i zbliżające się terminy lotów do Polski zmusiły nas powrotu.

Michał Kochańczyk w trakcie podejścia pod Tramén

Już niemal jako weterani w zmaganiach z wenezuelskim górskim lasem, na tegoroczną próbę zmierzenia się z tepujami Tramen i Ilu przygotowaliśmy się solidnie. Zarezerwowaliśmy sobie pięć tygodni czasu, przygotowaliśmy odpowiednią ilość sprzętu i żywności. Z Polski wyruszyliśmy w trójkę: Iza Stachowicz, Marek Arcimowicz i ja, W Caracas, stolicy Wenezueli, po  kilku dniach różnych karkołomnych sytuacji, które chyba towarzyszą każdej wyprawie, do naszej ekspedycji dołączyli się  dwaj bardzo dobrzy młodzi wspinacze wenezuelscy: Alberto Raho i Carlos Osorio. I już jako polsko-wenezuelska wyprawa wyjechaliśmy wszyscy razem autobusem, w dniu 22 stycznia 2012 roku, z Caracas do do Kama Meru na Wyżynie Gujańskiej.

kierownik wyprawy doglądający załadunku bagaży na dworcu autobusowym w Caracas.

Przyjazna rozmowa z szefami wiosek nabrała niespodziewanie inny wymiar, kiedy do rozmowy włączyła się Nora, wykształcona Indianka, zaangażowana działaczka na rzecz uprawnień Indian Pemon. Energiczna Indianka wróciła właśnie z narady, gdzie dyskutowano kwestię niedawnych aresztowań przywódców plemiennych.

Musieliśmy  dokładnie objaśnić cele naszej wyprawy, opisać charakter naszej działalności, cały czas przy tym podkreślałem niezwykłe piękno okolicy zamieszkałej przez Indian, które jak magnes przyciąga nas w to miejsce. Po jakimś czasie rozwialiśmy niepokój naszych rozmówców, iż nasi wenezuelscy koledzy nie są naszymi przewodnikami, lecz kolegami i uczestnikami ekspedycji. Zapewniliśmy, że jako przewodników i tragarzy weźmiemy Indian z wioski Warpata i to oni zarobią pieniądze podczas naszej wyprawy, a jeszcze w dodatku dostaną prezenty. Rozmowa, prowadzona głównie między Indianami w języku pemon, trwała  ponad dwie godziny. Przez cały czas dyskusji czułem życzliwe odnoszenie szefa wioski Warpata, który wielokrotnie pokazywał na mnie, opisując nasze zachowanie podczas poprzednich wyjazdów. W końcu dostaliśmy zgodę na wejście na ich teren, poproszono nas jednakże o przedstawienie wyników naszej działalności podczas następnej wyprawy. Obiecaliśmy to Indianom…

negocjacje z Indianami

Po dwóch dniach, gdy Marek z Carlosem wrócili z uzupełniającymi zakupami z Santa Elena, jedynego miasteczka w promieniu dziesiątek kilometrów, załadowaliśmy nasz kilkusetkilogramowy bagaż na rozklekotaną toyotę półciężarówkę  i wyruszyliśmy po wybojach, przez rzeki i wyschnięte łożyska do wioski Warpata. Po godzinie męczącej jazdy przekroczyliśmy szeroki trawiasty grzbiet stanowiący dział wodny między rzekami Orinoco i Mazurini.

Niestety, zanim dane nam było zobaczyć rozległy trawiasty płaskowyż z zamykającymi go tepujami Tramen i Ilu i ugrzęźliśmy na dobre samochodu w rozległym błocie. Dwugodzinne próby wyciągania samochodu za pomocą podkopywania, wrzucania pod koła twardych kawałków z termitier i kłód drewna spełzły na niczym. Okazało się, że Toyota miała tylko napęd na dwa koła, a łyse opony tylko się ślizgały się, obrzucając nas grubą warstwą błota. W tej sytuacji wykorzystaliśmy nasze doświadczenie wysokogórskie, wyciągnęliśmy sprzęt wspinaczkowy i za pomocą tzw. flaszencuga, czyli zastosowaniu wielokrążka, przekładając całą zestaw ratowniczy z drzewa do drzewa, po godzinie ciężkiej pracy ściągnęliśmy  samochód na twardy teren.

płonąca indiańska chata w Warpata

W momencie przyjazdu do Warpaty na naszych oczach błyskawicznie spłonęła doszczętnie jedna z chat krytych strzechą. Mieszkańcy bezradnie przyglądali się niszczycielskiemu żywiołowi. Sami też przyczynili się do tego nieszczęścia, spowodowanego ich nieustannym zwyczajem wypalania traw.

Podekscytowani tym wydarzeniem, śmiało zaczęliśmy wypytywać Indian o przyczynę wypalania przez nich traw. Podali wiele powodów. Najbardziej przekonywującym okazał się argument, iż po zaraz po wypaleniu, odrastają młode pędy roślin, które są łakomym kąskiem dla zwierzyny płowej. W gęstym tropikalnym lesie polowanie jest bardzo trudne, o wiele łatwiej ustrzelić jest zwierzynę na otwartej przestrzeni. Przekonaliśmy się o tym w drodze powrotnej, kiedy to na naszych oczach Indianin z Warpaty  jednym strzałem trafił sarnę z antycznej strzelby, która od dawna powinna wisieć w muzeum.

Indianie z Warpata z upolowaną sarną

W Warpacie dwa dni czekaliśmy na poprawę pogody i na przygotowanie się Indian do wymarszu w góry. Mieliśmy zatem możliwość uzgodnienia warunków współpracy z Indianami i  zaprezentowania na laptopie naszych zdjęć z wypraw z odległych krańców świata. Tak jak było do przewidzenia, największe wrażenie na Indianach zrobiły obrazki na których oni sami widnieli, zrobione podczas ostatnich wypraw. Przyglądali się z zapartym tchem. My z kolei  z wielkim zainteresowaniem obserwowaliśmy ciężką pracę kobiet, które ubrane na biało,  na zmyślnych tarkach tarły wielkie korzenie manioku, w Wenezueli zwanego juką.

pokaz zdjęć w Warpata

Cztery dni zajęła nam przeprawa przez błotniste łąki, a później przez strome lesiste zbocza do znanego już nam wcześniej  obozowiska na wysokości ok. 1900 m n.p.m. na płaskowyżu u stóp zachodniej ściany tepui  Tramen. Podczas poprzedniej wyprawy to miejsce nazwaliśmy Tęczowym Lasem.

indiańscy tragarze niosą część wyprawowego ekwipunku

Teraz dopiero zaczęła się właściwa wyprawa. Jak ma złość pogoda nas nie pieściła, kilkudniowa fala ulewnych deszczów sprawiła, że nasze obozowisko stało się jednym wielkim bajorem w którym taplaliśmy się niczym tapiry w błocie. Wszelkie próby prac melioracyjnych, czynione ciężkim kilofem sprawiły, że sceneria naszego obozu przypominała koszmar okopów z I Wojny Światowej.

Ale był duch bojowy w zespole. Pierwsi poderwali się Carlos i Albert, którzy zdesperowani oczekiwaniem na pogodę, sami podjęli się próby wycinania w deszczu ścieżki wiodącej w kierunku przełęczy między tepujami Tramen i Ilu. Na szczęście w porę do obozowiska przyszedł Gervacio Acosta Bailon, Indianin zamieszkujący z rodziną na niewielkiej plantacji, wykarczowanej przez siebie samego w gęstym lesie równikowym. Gervacio okazał się największym wsparciem wyprawy i praktycznie bez niego niemożliwym byłoby dotarcie na przełęcz i do podnóża góry. Przez ponad tydzień wychodził z obozowiska i z wielką skutecznością każdego dnia wycinał maczetą w trudnym stromym terenie kolejnych kilkaset metrów ścieżki. Na początku towarzyszył mu jeszcze José Gonzales , ale on nie wytrzymał trudów przecinania szlaku w górskim lesie, który czasami miał charakter zwartego żywopłotu.

Baza wyprawy pod Tramen Tepui

Gdy podążaliśmy trasą wytyczoną przez Gervacio, z niemym podziwem oglądaliśmy ogrom wykonanej roboty. A nawet po wycięciu drzew i gałęzi wędrowanie ścieżką było tylko dla twardzieli. Szlak często wiódł nawet i dwa metry nad ziemią po odrostach drzew, splątanych lian i korzeni, w torfowym podłożu czasami nawet zapadaliśmy się po pas. Wędrówka była uciążliwa; połowa pokrytych gęstą mokrą plechą gałęzi była przegnita, a dotknięcie jakiejkolwiek z nich wymagało uwagi, bowiem zdarzały się na nich zarówno parzące gąsienice, jak i dochodzące do trzech centymetrów długości Paraponera clavata czyli tzw.  „mrówki dwudziestoczterogodzinne”. Ból po ukąszeniu tych mrówek porównywalny jest do postrzału karabinowego. Indianie wielokrotnie ostrzegali nas przed tymi mrówkami, dodając, że gdy zostali ukąszeni, leżeli w bólu i w malignie w hamaku przez równe dwadzieścia cztery godziny. Dokuczały nam także roje komarów i meszek, na szczęście wyposażeni zostaliśmy w bardzo skuteczne repelenty…

Paraponera clavata czyli „mrówka dwudziestoczterogodzinna”

W miarę posuwania się w górę, organizacja naszych poczynać, wymagała dokładnie przemyślanej logistyki, a wyprawa nabrała charakteru niemal wyprawy himalajskiej. Różniła się jednak tym, że w przeciwieństwie do Szerpów w Nepalu,  to my musieliśmy gotować i żywić naszych tragarzy i przewodników. W wilgotnych omszałych chaszczach, w ulewnym deszczu nie dało zapalić się ogniska, a obawialiśmy się, że Indianie nie poradzą sobie z trochę skomplikowanym systemem rozpalania kuchenki benzynowej. Łączność za pomocą radiotelefonów ułatwiała transport sprzętu i żywności do podstawy ściany.

„Łzy Cháveza” – tak uczestnicy wyprawy nazwali wodospad nieustannie oblewający ścianę, którą musieli pokonać.

Ostatni obóz został założony powyżej przełęczy, na grani pod pierwszym uskokiem na stromym, krzaczastym zboczu. Spaliśmy w hamakach, które jakimś cudem udało się przymocować do kruchych gałęzi. Ale, co najważniejsze, byliśmy już powyżej tak wypatrywanej przez nas od dawna przełęczy, skąd rozlegał się widok na nieprzebyte zielone lasy Gujany i strome ściany przeciwległej tepui Ilu. Na grani nie było wody, zbieraliśmy ją z szerokich liści soczystych bromelii, a w czasie deszczu także z daszków rozpiętymi nad hamakami.

Kilkudniowa akcja wspinaczkowa w piaskowcu na pionowych dwóch uskokach szczytowych tepui Tramen to pokaz charakteru i umiejętności wspinaczkowych Marka, Alberta i Carlosa. Pierwsza próba zdobycia góry została przerwana tuż przed szczytem, kilkanaście metrów poniżej końca trudności. Przemoczony zespól spędził upiorną noc w silnym wietrze i wręcz poziomo padającym deszczu, bez śpiworów i odzieży na zmianę  w malutkich zagłębieniach skalnych na ostatnim uskoku grani. W gęstej mgle, w labiryncie kamieni, nie znaleźli poręczówek wiodących do obozu.

w trakcie pierwszej próby zdobycia Tramen

Na szczególne uznania zasługuje determinacja Marka, który po kilkugodzinnym odpoczynku w obozie poderwał po południu wymęczony zespół.

Marek w lakonicznej notatce zamieszczonej na stronie wyprawy tak opisał akcję szczytową:

Zespół wyszedł po godzinie 15, mimo kiepskiej pogody, decydując się na biwak pod miniaturowym okapem skałki w tym samym miejscu, ale już świadomie ze śpiworami.

Towarzyszyli im Michał i Iza, lecz tylko Iza dotarła do plateau.  Wspinaczka była średnio trudna ale w kiepskich warunkach, droga zaporęczowana.  Wieczorem i w nocy pogoda znów była beznadziejna. Rankiem wszyscy obudzili się przemoczeni.

atak szczytowy

O 11 zespół ruszył w górę pod ostatnią ścianę.  Wspinaczka przez pierwsze dwie godziny odbywała się w strugach deszczu, zimnym wietrze, przy temp. 8-9 stopni po mokrej śliskiej stromej ścianie.  Pierwsze dwa wyciągi były zaporęczowane, później trzeba było znów prowadzić.   Ok 14.30 Marek odpadł od ściany i z ukruszonym blokiem skalnym zleciał około  6-7 metrów w dół.  Na szczęście odbyło się bez większych urazów. Akcję kontynuowano, a chwilę później nastąpiło lekkie przejaśnienie co ułatwiło wspinaczkę.

Zespół Alberto, Mario i Marek ok. 15.30 czasu wenezuelskiego dotarł na szczyt. 

Marek Arcimowicz, Carlos Osorio i Alberto Raho na szczycie Tramen

Zejście było bardzo trudne z uwagi na ponowne pogorszenie pogody i potworne zmęczenie po wielodniowej akcji.  Wszyscy szczęśliwie dotarli w strugach deszczu do obozu na przełęczy – dwie godziny po zmroku zmęczeni, zziębnięci, przemoczeni ale szczęśliwi

    Zespół Marek Arcimowicz, Alberto Raho Iribarren i Carlos Osorio Orrego weszli na szczyt 14 lutego 2012 roku.  Gwoli kronikarskiej dokładności,  należy dodać, że przed nimi na szczycie były już inne ekspedycje  naukowe, w tym także słowaccy speleolodzy  w  1976 roku, Wyprawy te jednak dotarły na szczyt za pomocą helikopterów.

Iza Stachowicz w akcji…

W czasie wyprawy niezwykłą pracowitością wykazała się Iza Stachowicz. Nie tylko fotografowała i opisywała spotykane endemiczne okazy fauny i flory, ale też przygotowana dobrze topograficznie, sprawowała nadzór nad przebiegiem wytyczanego w gęstym lesie szlaku. Nawet gdy Gervacio  sam wyruszał na wytyczanie ścieżki, dzięki wyposażeniu go w GPS mieliśmy na dokładnej satelitarnej  mapie wgląd w przebieg trasy.

Trzy  dni, już bez specjalnych komplikacji, zajął nam powrót do Warpaty. W drodze powrotnej jakże inaczej spoglądaliśmy na tepui Tramen,  którą w końcu udało się zdobyć. Indianie, gdy już opuszczaliśmy Warpatę, żegnali nas bardzo serdecznie, ale też prosili, byśmy szybko wrócili, wszak sąsiednia tepui Ilu nie została jeszcze zdobyta.

Zostawiliśmy dużo serca w tym rejonie, zadzierzgnęliśmy jeszcze większą zażyłość z Indianami, dostaliśmy nowych Przyjaciół Carlosa i Alberta. Kto wie, może niebawem pojedziemy z nimi na kolejną wyprawę.

****

Wszystkie zdjęcia ilustrujące powyższy tekst wykonał Marek Arcimowicz.

tierralatina.pl, która była jednym z patronów medialnych ekspedycji na Tramen, opublikuje wkrótce relacje jej pozostałych polskich uczestników – Marka właśnie, oraz Izy Stachowicz, która w jej trakcie doknała bardzo ciekawych odkryć. Już teraz można o nich przeczytać w jej innym tekście, który ukazał się we wrześniowym numerze National Geographic Polska.

Prześlij dalej:

8 reakcji na "Tak Polacy zdobyli Tramén Tepui"

  1. latinbrand  07/09/2012 o 18:30

    Wspaniałe zdjęcia, wspaniała przygoda i jaka – mimo wszystko – duma że nasza polska flaga może zawisnąć w miejscach, które nigdy wcześniej nie zostały zbadane! Gratulacje wielkie dla uczestników wyprawy!

    Odpowiedz
  2. Marcin Czernawski  18/09/2012 o 07:29

    Wspaniale! Naprawdę wspaniale! I mam nadzieję, że uczestnicy wyprawy nie czytają zgorzkniałych komentarzy niektórych Rodaków, którzy na innych portalach wybrzydzają, że to żadne osiągnięcie, że to turystyka dla bogatych a nie ekspedycja i dopytują się kto za to zapłacił (w podtekście, czy nie z publicznych pieniędzy). Ta polska zawiść i zdolność do stwarzania problemów jest naprawdę czasem dołująca.
    A ja tymczasem mam nadzieję, że jakieś tam dofinansowanie tej wyprawy z publicznych pieniędzy było. Zdecydowanie wolę aby płacone przeze mnie podatki służyły takim właśnie celom, naukowo-odkrywczym, niż na pensję kolejnego leniwego urzędnika!

    Odpowiedz
  3. Pingback: Marek Arcimowicz wspomina wyprawę na Tramen Tepui w Wenezueli | tierralatina.pl

  4. Pingback: Motyl odkryty w Wenezueli jest... sprytną dziewczyną!

  5. Karol Kazmierczak  13/12/2012 o 12:22

    Wspanialy opis fantastycznej wyprawy. Pieknie uchwycone zdjecie Michasia balansujacego na klodzie. Tak trzymac!

    Odpowiedz
  6. Pingback: Izabela Stachowicz o wyprawie na Tramen Tepui

  7. Pingback: Marek Arcimowicz w Sopocie! - Sur del Sur

  8. Pingback: Przyrodnicze wyczyny Michała Kochańczyka – MIKROBIOTOP

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.