Chavela Vargas już nie zaśpiewa


Poznała Leona Trockiego, mieszkała z Fridą Kahlo i Diego Riverą, przyjaźniła się z Avą Gardner i Pablo Nerudą, a Pedro Almodóvara nazywała „bratnią duszą”… Chavela Vargas, legendarna pieśniarka o charakterystycznym, zachrypniętym głosie, zmarła wczoraj w swej drugiej ojczyźnie – Meksyku.

To nieważne, że miała już 93 lata i od dłuższego czasu była mocno schorowana. Nie szkodzi, że od 5 lat poruszała się tylko na wózku inwalidzkim, a od ubiegłego tygodnia leżała w ciężkim stanie w szpitalu w Cuernavaca. Chavela do ostatniej chwili żyła tak intensywnie, że jej śmierć i tak prawie wszystkich zaskoczyła.

Jeszcze  w sobotę, opiekujący się Chavelą lekarz, José Manuel Núñez, tłumaczył dziennikarzom, że artystka – mimo niewydolności nerek, płuc i serca – „dzielnie walczy, jest przytomna, w dobrym nastroju, sama się odżywia i zdecydowanie sprzeciwia się podłączenia jej do respiratora, co na pewno poprawiłoby jej stan”. Wyjaśniał, że przy pacjentach w jej wieku, z tak różnorodnymi schorzeniami, trudno cokolwiek prognozować. Ale podkreślał też, że Chavela „wciąż emanuje wyjątkową chęcią życia”.

Wczoraj Chavela po raz kolejny odmówiła zalecanej przez lekarzy hemodializy i – jak powiedziała jej przyjaciółka i agentka, María Cortina – „w końcu na zawsze usnęła, odeszła w pokoju, bez słowa skargi, czy żalu”.

Chavela Vargas (17 kwietnia 1919 – 5 sierpnia 2012)

Chavela Vargas, choć mało kto w Meksyku o tym jeszcze pamięta, urodziła się w 1919 r. w Kostraryce jako… María Isabel Anita Carmen de Jesús Vargas Lizano. Nie miała szczęśliwego dzieciństwa – ubodzy rodzicie niespecjalnie się nią interesowali, długo zmagała się z chorobą Heinego-Medina, nie ukończyła nawet podstawowej szkoły. Ale na szczęście wiedziała, że chce śpiewać.

Dlatego, będąc jeszcze niepełnoletnia, opuściła rodzinny dom, kraj i sama wyjechała do Meksyku – jedynego państwa w regionie, który posiadał, w owym czasie, własny show-business i buzujące kulturalne życie. „Meksyk ma w sobie moc, jakiej nie ma żaden inny kraj na świecie” – mówiła później wielokrotnie.

Młoda kostarykańska emigrantka, pełna energii i buntu, ubierająca się prawie zawsze jak mężczyzna, szybko zwróciła na siebie uwagę meksykańskiej bohemy. A Frida Kahlo i Diego Rivera zaproponowali jej aby zamieszkała wraz z nimi. W wywiadzie udzielonym hiszpańskiemu dziennikowi El Pais z okazji swych 90. urodzin wspominała:

Zaprosili mnie do siebie do domu na imprezę i już w nim zostałam. Poznałam dzięki temu m.in. wszystkie tajemnice ich malarstwa. Tajemnice bardzo ciekawe, ale których nigdy, przenigdy nie zdradzę. Byliśmy szczęśliwi, choć żyliśmy z dnia na dzień, bez grosza, czasem nawet bez jedzenia, ale za to zawsze niemal nieżywi ze smiechu.

Chavelę Vargas i Fridę Kahlo połączył też romans. Pieśniarka twierdziła wręcz, że Frida była największą miłością jej życia. I choć Chavela nigdy specjalnie nie kryła, że preferuje kobiety, to na oficjalny coming-out zdecydowała się mając… 82 lata. W wydanej wówczas przejmującej autobiografii (Y si quieres saber de mi pasado) napisała m.in.:

To co boli, to nie bycie homoseksualistką, ale to że niektórzy ci to wypominają jakby to była dżuma. Naprawdę trzeba mieć dużo jadu w duszy, aby obrzucać kogoś błotem tylko dlatego, że jest taki a nie inny.

A, później, w którymś z telewizyjnych wywiadów dodała: „Nie studiowałam aby zostać lesbijką, nikt mnie tego nie uczył. Ja po prostu taka się urodziłam. Jestem nią odkąd otworzyłam oczy na świat. I nigdy w moim życiu nie poszłam do łóżka z żadnym mężczyną. Nigdy. Zobaczcie jaka to czystość, nie muszę się niczego wstydzić… Po prostu moi bogowie taką mnie stworzyli!”

Wiele lat minęło zanim Chavela mogła żyć tak jak sobie wymarzyła – ze śpiewu. Miała dobrze ponad 30 lat, gdy śpiewanie zaczęło dawać wystarczająco pieniędzy, aby mogła się mu całkowicie poświęcić. Miała 42 lat gdy nagrała pierwszą płytę…

Nie da się ukryć, Chavela Vargas nie wybrała najprostszej drogi na estradę. Jej ulubionym gatunkiem była bowiem canción ranchera, czyli zarezerwowane w owych czasach dla mariachich śpiewanie o bólu życia i utraconych miłości. W przesiąkniętym patriarchalną kulturą macho Meksyku przełomu lat 50. i 60. wciąż szokowało, że piosenki takie śpiewa kobieta. W dodatku ubrana jak facet i – bardzo często – z wetkniętym za pas pistoletem i butelką tequili w ręku.

Wokalny talent Chaveli został na szczęście dostrzeżony przez José Alfredo Jiméneza, do dziś uważanego za jednego najwybitniejszych twórców meksykańskiej muzyki popularnej. To był producentem jej pierwszych płyt i skomponował jej największe przeboje.

Gdy Chavela w końcu zaczęła odnosić sukcesy, te niemal od razu stały się wielkie. Artystka zachłystywała się nowym życiem i czerpała z niego pełnymi garściami. Jeździła po meksykańskiej stolicy kabrioletem alfa romeo i „wyrywała” spod klubów młode dziewczyny. W samochodzie, pod ręką zawsze miała butelką tequili. Czasem nawet nie jedną…

Pod koniec lat 70-tych to właśnie tequila stała się jej największą pasją. Tak wielką, że przestała nagrywać, koncertować, zerwała większość swych znajomości. Piła bez umiaru, chlała. Później, będąc już abstynentką, wyliczyła ze znajomymi, że w tym okresie wlała w siebie ok. 40 tys. litrów alkoholu. Którym w dodatku zawsze towarzyszyła równie wielka ilość papierosów. Doszło wręcz do tego, że zaczęto przypuszczać iż Chavela nie żyje.

„Bo ja rzeczywiście prawie umarłam. Któregoś dnia powiedziałam sobie jednak – albo umieram, albo staję ponownie na nogi. Musiałam podjąć decyzję. I stwierdziłam, że jednak wciąż chce żyć. Wypiłam wtedy ostatnią szklaneczkę tequili i zapaliłam ostatniego papierosa.” – wspominała.

W abstynencji wytrwała ponad 20 lat, dopiero w ostatnich latach, ponownie pozwalała sobie, od czasu do czasu, na małą tequilitę.

Z alkoholowego rynsztoku powstała jak Feniks z popiołów. Z jeszcze większym niż dawniej zapałem do pracy i śpiewania. „Piekło, które sobie zgotowałam, opuściłam śpiewając” – śmiała się później.

Jedną z osób, które pomogły jej zacząć to – jak sama je nazywała – „nowe życie po siedemdziesiąctce”, był hiszpański reżyser Pedro Almodóvar. Artystka nagrywa piosenki do kilku jego filmów, on wspiera jej powrót na hiszpańskie sceny.

„To moja bratnia dusza, mój małżonek” mówiła pieszczotliwie o hiszpańskim reżyserze Chavela. „Ona była boginią, wulkanem” – napisał wczoraj Almodóvar w pięknym pożegnalnym tekście.

Chavela nie bała się nikogo i  niczego. –Nikogo nie skrzywdziłam, więc czego mam się obawiać?– powtarzała. Nie wahała się wydawać kontrowersyjnych opinii, także na tematy polityczne. Wymykała się schematom i stereotypom. Subcomandante Marcosa, lidera zapatystów z EZLN uważała za „pajaca”: –Kiedyś go podziwiałam. Ale już mi przeszło. Podczas gdy niektórzy umierają z głodu on zajada się trzema posiłkami dziennie i poza noszeniem szmaty na głowie i paleniem papierosów niczego nie robi– stwierdziła.

Podobie było z prezydentem Calderónem – początkowo wspierała go w jego wojnie z narkobiznesem mówiąc: –Przechodzimy przez troszkę trudny moment, ale młodzi powinni popierać to co się obecnie dzieje i walczyć o to aby umożliwiło to stabilizację Meksyku-. Szybko jednak zdystansowała się od wybranych przez przywódcę kraju metod: –Wszyscy zabijają wszystkich, to coś strasznego! Nie tędy droga!

W ostatnich wyborach prezydenckich nie opowiedziała się jasno za żadnym z kandydatów, lecz nie kryła swej fascynacji ruchem Yo soy 123: –To wspaniale, że młodzież wyraża swe niepokoje. Mam nadzieję, że zostanie wysłuchana!-.

Wierzyła w Meksyk, nigdy nie kryła swej bezwarunkowej miłości do tej „ojczyzny z wyboru”, którą uważała za „śpiącego giganta”. Ale ten nie zawsze, zwłaszcza w tym jej „drugim życiu”, uczucia te odwzajemniał.

Była dumna, że 15 sierpnia 2003 r. – w dniu meksykańskigo Święta Niepodległości – stała się piewszą atrystką z tego kraju, która dała koncert w prestiżowym nowojorskim Carnegie Hall. I bardzo bolało ją, że żadna oficjalna meksykańska instytucja nie pogratulowała jej tego osiągnięcia. I to mimo, że jego owocem była też rewelacyjna, bijąca rekordy sprzedaży płyta.

Pracowała do samego końca. Dwa lata temu wydała płytę z duetami do których zaprosiła artystów o kilkadziesiąt lat od niej młodszych – m.in. Joaquina Sabinę, Lilę Downs i Pink Martini.


Wtedy twierdziła, że będzie ona ostatnią, ale – na szczęście – nie zdołała dotrzymać słowa. Zaledwie kilka miesięcy temu zakończyła pracę nad kolejnym krążkiem, La Luna Grande, ponad 80. w jej karierze, na którym wyśpiewała poematy Federico García Lorki.

Jeszcze w zeszłym miesiącu zdołała polecieć do Madrytu, aby dać promujący to wydanie intymny koncert, jak się teraz okazuje, ostatni w jej burzliwej karierze. A także uczestniczyć w premierze swej najnowszej książki, o jakże znamiennym tytule: Dos vidas necesito (Potrzebuję dwóch żyć).

Już wtedy w Madrycie trafiła na kilka dni do szpitala. „Silne przemęczenie” – diagnozowali lekarze, którzy od dawna zalecali aby zwolniła tochę tempo. –Życie jest po to, aby żyć – a nie odpoczywać– odpowiadała im jednak niezmiennie Szamanka, bo właśnie tak – od lat – też ją nazywano.

I choć odradzano jej kolejny transatlantycki lot, 26 lipca pożegnała się z Madrytem i hiszpańskim przyjaciółmi i wróciła do Meksyku, do swojego domu położonego 70 km od stolicy, u stóp magicznej góry Chalchitépetl, w której wnętrzu – jak wierzyła – będzie się można schronić w przypadku Apokalipsy.

„Śmierć, śmierć, śmierć!” – wg. bliskich takie właśnie były ostatnie słowa Chaveli Vargas. Wypowiedziane bez strachu i przerażenia, ale z uśmiechem, jakby szła na spotkanie z dawno niewidzianą przyjaciółką…

„Nie boję się śmierci. Myślę, że może być piękna.” – powiedziała kiedyś.

PS. Muzyce latynoamerykańskiej jest poświęcony jeden z działów naszego forum.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

2 reakcje na "Chavela Vargas już nie zaśpiewa"

  1. Pingback: To Twitter wyćwierkał śmierć Chaveli Vargas | tierralatina.pl

  2. zuercher  06/08/2012 o 23:56

    Nie znałem jej. A postać rzeczywiście wydaje się niezwykła.

    Dobrze, że sobie wybrała Meksyk, a nie Polskę. W naszym kraju raczej nie lubi się takich co idą pod prąd. I jeszcze w dodatku mają czelność mieć niekatolickie upodobania seksualne.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.