Wenezuelskie góry jak Tatry?


Kolejny tekst o wyprawie eksploracyjno-naukowej, która w lutym tego roku, jako pierwsza w historii, zdobyła Tramén Tepui – stołową górę znajdującą się na granicy Wenezueli i Gujany. Tym razem opisuje ją Marek Arcimowicz – fotograf i wspinacz, który wraz z Alberto Raho i Mario Osorio stanął na jej szczycie.

 

Zaczekaj chwilę, znów nic nie widzę! – słyszę za plecami głos wykończonego i zdenerwowanego Alberto. Młody i wysportowany Wenezuelczyk, członek Kadry Narodowej we wspinaczce sportowej – teraz zgarbiony, wsparty na ramieniu swego przyjaciela wygląda jak… starszy pan. Widać niewiele poza dwiema sylwetkami i małymi, świecącymi punktami. Choć wiatr zelżał – to deszcz i mgła robią swoje. Wyciera okulary trzęsącymi się rękoma, puszcza kolejną wiązankę przekleństw, nerwowo poprawia przygasającą latarkę. Robi tak co minutę, para na szkłach całkowicie go oślepia. Mały, jaskrawożółty „krokodylek” – już uratował mu życie po tym, jak okazało się, że stare baterie padły, a zamiennych… Mario i Alberto nie mają, bo zostały w bazie.

Próbuję zebrać myśli.

Dochodzi 23.00, mamy dość po tym gdy po 18.00 rozpoczęliśmy odwrót jakieś 20, może 30 metrów, dosłownie o krok pod szczytem. Jeden wyciąg – tyle brakowało. Szans na wejście bardzo mało, ale wiedziałem, że później – na zejście w takich warunkach – nie będzie ich wcale. A nocleg bez przygotowania w partiach szczytowych wyglądał na niemożliwy. Zdecydowaliśmy więc o powrocie, wiedząc że na szczęście niedaleko pod nami były poręczówki. Trzeba było tylko jakoś zjechać te 20 pięter do stałych lin – w wodnych kaskadach, uważając na oślizgłą, zdradliwą skałę, która z jednej strony nie dawała pewnego podparcia dla naszych stóp, z drugiej – była tak ostra na krawędziach, że za każdym razem zastanawialiśmy się, czy lina wytrzyma jeszcze ten jeden.

Tramen Tepui w nocy

Alberto był już tak wyziębiony u góry, że nie mógł zawiązać liny.

Marsz przez skalny labirynt górnego plateau, od podstawy ściany, rozpoczęliśmy ponad godzinę później. Coś, co z daleka było majestatyczną górą okrytą romantycznym fartuchem chmur okazało się wyjątkowo niegościnną krainą. W pogodny dzień wszystko wydawało się bardzo atrakcyjne i fotogeniczne – we mgle było bardzo trudne do pokonania. A gdy do mgły dołożyć deszcz, w którym skała natychmiast stawała się śliska, robiło się po prostu niebezpiecznie.

Mieliśmy komplet niedogodności – do tego ciemną noc, jedną dobrą, sprawną latarkę i jedną rezerwową, która już przygasała. Zimno, było strasznie zimno. Niby temperatura w okolicach 6 czy 7ºC, ale przy permanentnym przemoczeniu, lekkiej odzieży i wietrze naprwdę przestawało być wesoło.

Mgła na górnym plateau

Okulary wytarte, ruszamy. Nagle, po kilkunastu krokach czuję, że roślinna gęstwina pod moimi stopami zapada się. Postrzeganie jak na zwolnionym filmie i choć trwa to ułamki sekund – próbuję złapać się czegoś wokół, bezskutecznie, potem myślę: –Jak to, już? Już po życiu?– Lecę w czarną czeluść i nie wiem czy spadnę 30, 60, czy może cudem tylko 5 metrów. –Dzieciaki, Boże zobaczę je jeszcze?!-… Chrzęst zbutwiałych łodyg, echo upadku. Ląduję płytko, co za fuks! Lekkie potłuczenia, nic więcej. Nogi miękkie ze strachu…

Rozglądam się – zamiast na dnie szczeliny zatrzymuję się na zaklinowanym głazie kilka metrów pod powierzchnią plateau. Chłopaki krzyczą, słyszę ich z oddali – oni mnie prawie wcale, chwilę później podają mi linę i pomagają wyjść. Ściskamy się na powierzchni, ciesząc, że nadal wędrujemy w komplecie, po czym Alberto rozpoczyna czyszczenie okularów od kolejnej, niezwykle melodyjnej wiązanki hiszpańskojęzycznych przekleństw, z których większość już dobrze znam. W końcu wulgaryzmów uczymy się najszybciej…

Trzeba się związać, koniecznie – jak na lodowcu!

W duchu nazywam się idiotą, że jeszcze tego nie zrobiłem. Tłumaczę chłopakom o co chodzi, że tak zwykle chodzimy po lodowcu. Tu co prawda lodu nie ma, ale sytuacja dość podobna. Wiemy też, że skoro błąkamy się po plateau od kilku godzin, to punktu zjazdowego, z którego moglibyśmy bezpiecznie pokonać drugi, kilkusetmetrowy skalny próg już najprawdopodobniej nie znajdziemy – przynajmniej nie w tych warunkach.

Mario i Alberto po biwaku na górnym plateau

Dokładność mojego garmina nic nie daje. Wiem z GPS, że mamy w linii prostej jakieś 200m do górnego obozu, wiem, że krążymy obok punktu zjazdowego, ale jak do niego podejść? Poza tym – co z tego, jeśli w każdej chwili ryzyko wypadku czy poważnego urazu rośnie. Na konieczność biwaku nie muszę nikogo namawiać. Znajdujemy wąskie, niskie okapy, co prawda cieknące, ale przynajmniej pod nimi nie ma kałuż – lądujemy obok miejsca gdzie jeszcze w południe czekaliśmy na rozpoczęcie wspinaczki. Gdzie trzeba było przeczekać mgłę, by dojść pod ostatnią ścianę.

To nie jest skała w lesie. Tutaj trzeba przyjąć strategię jak w wysokich górach – mówił w obozie Michał Kochańczyk, zaprawiony przez kilkadziesiąt lat nieustannych wypraw – był chyba we wszystkich górach na świecie i miał rację, teraz to widzę jak na dłoni.

Stara tatrzańsko-karkonoska szkoła górą!

Dla nas, Polaków te kilka stopni powyżej zera w deszczu to w gruncie rzeczy norma. Dla tropikalnych Wenezuelczyków – ekstrema.

Mam nadzieję, że tu nie umrzemy – mówi szczękając zębami, półprzytomny Mario. Choć też na ostatnich nogach, zamieniam się w instruktora survivalu: – Trzeźwo myśleć! – powtarzam sobie w duchu – To podstawa!

Lina z plecaków. Rozwinąć i podłożyć pod plecy! Nogi do plecaka, ale wcześniej klapa – trzeba ją odpiąć i załóżyć na głowę. Teraz enercety – dokładnie proszę się opatulić! Przytulcie się – i jak się uda – proszę nie spać!– wydaję im polecenia.

Znajduję swoją “norkę” 10 metrów dalej. Nie mam liny, ale mam duży plecak i ciuchy gortexowe. Choć wszystko i tak jest gnijące i mokre – przynajmniej chronią przed wiatrem i zatrzymują część ciepła. Zimno jak diabli, temperatura spada nad ranem do 3ºC. Nocleg bez materaca, śpiwora, namiotu, w cienkiej przemoczonej odzieży jest na granicy przeżycia. To jakby wziąć w ubraniu zimny prysznic i przemoczonym pójść spać pod ławką w parku, w listopadową noc…

W środku nocy przestaję próbować nawiązać łączność z Izą i Michałem – nie odpowiadają. Domyślam się, że to “problemy techniczne” i mimo potwornego zmęczenia wzbiera we mnie złość. Wcześniej telefon satelitarny też nie działał – wypuszczał sms’y – opróżniając boleśnie nasze kieszenie, potwierdzał wysyłkę, a wiadomości i tak ginęły po drodze. System inmarsat okazał się klapą, narażając nas na poważne kłopoty.

Mario po biwaku

O świcie widzę na twarzach moich kolegów, że teraz nie pójdziemy w górę. Mario pyta mnie dyskretnie o objawy hipotermii. Kłamię, że na pewno wszystko w porządku – choć widzę, że wzrok ma mętny i bełkocze. Widoki wokoło zapierają dech w piersiach. Sąsiednie Irú Tepui tonie w chmurach od strony Gujany, strona wenezuelska jeszcze czysta, widać ogrom otaczającej nas puszczy. Kilka zdjęć, wraz z ciepłem słońca powoli wraca w nas życie, do początku dolnej poręczówki dochodzimy po kilkunastu minutach, punkt zjazdowy znajdujemy bez trudu. W nocy byliśmy obok. Tak kończymy drugi atak szczytowy.

widok na tepui Iru

W górnym obozie witają nas Iza z Michałem. Młody, ambitny naukowiec, biolog z UJ – Izabela Stachowicz budzi nasze uznanie – jedyna kobieta “na tym turusie”, w warunkach ocierających się o koszmar – nigdy nie marudzi i zawsze stara się dotrzymać nam kroku. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Michałem, na którego jesteśmy wkurzeni, w moim przypadku lepiej by pasowało – wściekły. Po przyjściu do górnego obozu wybucham gwałtownie i długo tłumiona złość, pewnie pod wpływem ostatnich przeżyć wylewa się ze mnie jak lawa. Dziwna mieszanka złości i żalu, w tym do siebie – za tak ostrą reakcję. W końcu gdyby nie Michał Kochańczyk, nie byłoby mnie na tej wyprawie. Przecież to on wciągnął mnie do składu rok wcześniej, kiedy wykruszyły się dwie osoby i brakowało kogoś, kto dorzuciłby się do kosztów stałych wyrównując braki.

Michał „Misiu” Kochańczyk

Wtedy, rok temu Michał był kierownikiem. Zawsze był dla mnie wielkim autorytetem. Wszelkie niedociągnięcia składałem na karb braku odpowiedniego rozpoznania i zaskoczenia. Tym razem wyprawę zorganizowaliśmy w zasadzie z Izą – od początku też byliśmy pewni, że pod Tramén Tepui wrócimy. Michał nie za bardzo miał chęć na powrót i jakoś wyjątkowo nie był w formie, a ja zapomniałem, że człowiek, który należy do pokolenia bohaterów książek z czasów, gdy zaczynałem się wspinać – ma swoje lata i kłopoty z kondycją, a być może ze zdrowiem też. Pewnych spraw nie potrafiłem przyjąć…

Za dużo nas to wszystko kosztowało.

Drugie podejście. Pomijam problemy organizacyjne, finanse, ale przyjechać tu, tylko dostać się pod górę nie było łatwo. Organizacja wyprawy w Wenezueli przypomina jako żywo czasy polskiego socjalizmu doprawionego powszechną gangsterką w pozornie bogatym, amerykańskim kraju. Koegzystencja pięknych, bogatych galerii handlowych i deficytu podstawowych towarów, więc np. zakup butanowych kartuszy albo benzyny ekstrakcyjnej do kuchenek graniczy z cudem. W mieście takim jak Caracas nie wychodzi się z aparatem fotograficznym na ulicę, bo już rozmowa telefoniczna w samochodzie – to duże ryzyko. Zastrzelą człowieka tylko po to, by odebrać telefon… Lęk trzeba powstrzymać i jakoś działać, ale na pewno taki stres powoduje niepotrzebne napięcie.

Tęczowy Las pod Tramen Tepui swą nazwę otrzymał nie bez powodu…

Rok temu doszliśmy pod skałę dolnego progu. Świadomość, że jesteśmy pierwszymi ludźmi przemierzającymi “Tęczowy Las” – jak nazwaliśmy to miejsce – była ekscytująca. Nie mieliśmy wtedy szans na nic więcej – ta góra to nie jest leśna bałucha z progami skalnymi. Tu się walczy o każdy metr, pionowa skała bywa najłatwiejszą częścią drogi na szczyt.

wycinana ścieżka często przypominała tunel

Mokry gąszcz – dwa słowa, które w zasadzie powinny określać ten problem. Ale ktoś kto tego nie przeżyje, nie zrozumie, że można iść jakby wewnątrz-wzdłuż gęstego, mokrego… żywopłotu. Bez maczety nawet na siku nie da się zejść ze szlaku. Tempo często nie przekraczało 100-200 metrów na godzinę i kilometrami nie dotykaliśmy gleby, idąc korytarzem splątanych konarów, korzeni i gałęzi.

Zanim jednak dotarliśmy do Tęczowego Lasu, miejsca gdzie po raz drugi założyliśmy bazę, trzeba było pokonać całą masę progów organizacyjnych. Zezwolenia na działalność eksploracyjną w gąszczu wenezuelskich, sprzecznych i niejasnych przepisów. Sprzęt wspinaczkowy i biwakowy, żarcie, paliwo, wszystko na miesięczną akcję.

Jeszcze na europejskich lotniskach, w dzień przed naszym przylotem do Wenezueli dostaliśmy wiadomość od zeszłorocznego uczestnika – Manuela, zwanego Mańkiem. Maniek miał załatwić większość sprzętu wspinaczkowego, głównie lin, ze względu na nasze ograniczenia bagażowe w samolocie. I w momencie, kiedy już nic nie mogliśmy zrobić, Maniek poinformował nas, że z powodów osobistych rezygnuje z tegorocznej wyprawy, wijąc się w tłumaczeniach jak piskorz. Podesłał na koniec kontakt do swoich wenezuelskich kolegów, dwóch fizyków, młodych, ambitnych wspinaczy. Zapomniał im jednak powiedzieć, że tego roku miał sam pokryć koszty swojego udziału…

Na szczęście z pomocą przyszedł nam Ivan Rubesa z Uaikinima, firmy będącej w Wenezueli przedstawicielem Petzla

W Caracas, poza tym, że trzeba było się spotkać i dogadać – przy napiętym planie (czas!) – musieliśmy w tej sytuacji zdobyć dodatkowy sprzęt i fundusze – czyli znaleźć sponsora. Kiedy to wszystko wspominałem w drodze powrotnej do górnego obozu – czułem, że bez ogromnej determinacji, bez pewności, że trzeba się maksymalnie sprężyć i wejść na wierzchołek, teraz – bez tej wewnętrznej energii nie mamy szans. A im bardziej wzrastała determinacja, tym bardziej irytowały przeszkody i niedociągnięcia, nawet drobiazgi składały się w olbrzymią sumę pretensji.

Górny obóz

Około 7 rano byliśmy w górnym obozie, pamiętam, że zmęczenie nie pozwalało na sen. Byliśmy niczym żołnierze na froncie, nabuzowani adrenaliną. 13 lutego. Pojutrze rano mają przyjść najbardziej zaangażowani Indianie by pomóc nam znieść sprzęt i zwinięty górny obóz do bazy. Tam kolejna ekipa miała pomóc dojść do wsi. 2-3 dni na zejście, 2 dni na transport do drogi, zostają 3 dni na dojazd z Santa Elena de Uairén na lotnisko w Caracas. Na styk.

Alberto Raho i Mario Osorio

Doszło do mnie, że jeśli nie wejdziemy jutro – nie wejdziemy wcale. Tyle pracy, tyle wysiłku…nie! Szybka wymiana zdań. Godzina 10 – już wiem, że stanowimy świetny zespół, bo każdy wnosi uzupełniające się wartość. Alberto Raho – wspinacz sportowy, doskonały technicznie w skale, silny. Mario, właściwie Carlos Mario Osorio – doświadczony tepuyero – czyli wspinacz górski z Tepui na koncie – obeznany ze sprzętem i techniką wspinania w brudnej ścianie Tepui. Obydwaj wnoszący młodość, sportowe zacięcie. Na mnie spoczywała rola taktyka, mobilizatora, tego, który ma odwagę nawet wtedy, gdy naprawdę robi w gacie ze strachu.

Rozmawiamy pijąc kolejny litr herbaty. Jeśli dziś nie wyjdziemy w górę i nie zanocujemy w tym samym, znienawidzonym miejscu, z którego właśnie wróciliśmy ledwo żywi – nie mamy szans na szczyt. Głośno myślimy: –Będzie inaczej – z materacem, śpiworem, a może nawet i płachtą. Jeśli tu zostaniemy, ochłoniemy tylko, bo w tych warunkach nie ma szans na prawdziwy wypoczynek – nie zmusimy się do wczesnego, rannego wyjścia w deszczu. Będzie koniec.– Kolejne kalkulacje, rozważania, decyzja. Pada wspólne:

Idziemy!

Szykujemy sprzęt, żarcie. Wkładamy znów mokre, zagrzybione, cuchnące ciuchy. Iza decyduje się towarzyszyć nam do plateau. Po chwili także Michał decyduje, że dołączy. Wiedząc, jak wyglądają warunki w ścianie, odległości – wiem, że ma małe szanse nawet w drodze przez pierwszy, zaporęczowany próg. Mówiąc mu, co na ten temat sądzę, uprzedzam lojalnie – nie będziemy czekać, idziemy na szczyt – inaczej to nie ma sensu. Wiem, że mam rację, ale czuję się jak ostatnia świnia.

Nasze ubrania były NAPRAWDĘ w strasznym stanie…

Na raty ruszamy między 15 a 16-tą. Górny obóz to dwa powyginane wiatrem, skręcone drzewa rosnące na stromym stoku porośniętym bromeliami i gęstwiną krzaków. W przestrzeni z trudem wydartej roślinności – między tymi jedynymi drzewami wiszą nasze hamaki, częściowo na siebie zachodząc. Spaliśmy tam niczym sardynki – kiedy jeden się przewracał trząsł całością budząc pozostałych. Kiedy padało, a zwykle padało – pod nami płynęły błotniste potoki, a na śpiwory kapała woda, pryskały krople deszczu odbijające się od otaczających nas roślin.

…a warunki sanitarne niewiele lepsze…

Iza nocowała obok, urywając kolejne gałęzie i przewieszając hamak. Michał dotarł do nas na 3 ostatnie noce – zabunkrował się w rozbitym na stosie bromelii, stojącym na słowo honoru namiocie. Do jedynego ujęcia wody mieliśmy 40 minut przedzierania w stosunkowo trudnym terenie. Trudnym na tyle, że nawet wyjście z obozu było zaporęczowane – więc w efekcie najczęściej zbieraliśmy i pijaliśmy wodę zgromadzoną między liśćmi bromelii – odfiltrowaną przez siatki entomologiczne. To trochę jakby pić wodę z akwariowego filtra… Przeżyć się dało, to najważniejsze.
W obozie było też znacznie cieplej niż tam w górze, nocą temperatura nie spadała poniżej 10ºC.

Do górnego plateau docieramy po zmroku.

Alberto jest wściekły, on najbardziej ucierpiał ostatniej nocy, miał nadzieję na lepszy okap. Michał wraca ze ściany do obozu. Iza znajduje miejsce obok chłopaków, ja kibluję 20 metrów dalej, w tym samym miejscu co ostatnio. Wciąż leje, wychodziliśmy już w deszczu, wygląda, że zaciągnęło się na dobre. Robimy wszystko, żeby nie stracić nadziei. Noc jest koszmarna, co prawda mamy żarcie, śpiwory i materace, ale i tak wszystko jest mokre. Kompletnie mokre. Okapy ciekną, woda podchodzi od dołu bo kałuże wylewają.

warunki wspinania były bardzo nietypowe

Maaarek, oni prawie nie chcą iść. Musisz coś zrobić, mogę ich trochę namówić, ale widzę że psycha siada!– Rano Iza urabia chłopaków, żeby nie rezygnowali, choć miny mają nietęgie. Staje się moim “pozytywnym szpiegiem w wenezuelskiej frakcji”, dzielna dziewczyna! –Cholera, spałam pod gniazdem tarantuli! – ciągnie Iza – Zresztą ty pewnie też, pełno ich tu wszędzie, taki teren obfituje w pająki i inne robactwo.

Chłopaki nie mają ochoty wystawić nosa na zewnątrz, o 10 rano krzyczę w dal (mgła i deszcz), że o 11 wychodzę i pytam taktycznie: –Mario, idziemy?

Pytam tylko Mario, choć wiem, że Alberto wtedy sobie nie odpuści, ambicja nie pozwoli na rezygnację. Zwijam biwak, wytrzepuję wodę z ubrań, sprzętu, śpiwora. Biorę sprzęt wspinaczkowy, absolutne minimum – szturmowe żarcie, ultralekki i mały wodoszczelny aparat. Flaga, polska flaga od Michała – nie wolno jej zapomnieć! I tak plecak waży kilkanaście kilogramów. Przedzieramy się przez lekką mgłę w stronę ściany. Jest mokro, ale na szczęście coś widać. Około 13-ej “wbijamy się” w ścianę, doceniając wcześniej powieszone liny poręczowe. Ścianą spływa wielki wodospad.

teraz kolej na Alberto…

Tam gdzie kończą się liny poręczowe przypada mi prowadzenie, jak dnia poprzedniego. Mimo trudności lubię to, bo przynajmniej wydaje się, że jest cieplej. Drogę znam. Jednak w deszczu wczorajsze 6c zmienia się w omszałą, mokrą 8kę – dla mnie bez szans. Po kilku próbach, trzęsąc się z wysiłku schodzę wypompowany. I wtedy zdarza się cud, na który czekaliśmy: przestaje padać i wiejący wiatr – mimo, że zimny – osusza nasze przemoczone ubrania i skałę. Przepinam dygoczącemu Mario sprzęt wspinaczkowy, opisuję drogę. Przez chmury przeziera słońce. Nie widać tarczy, ale jest ciut cieplej. Z Izą mamy łączność radiową i słyszymy swoje nawoływanie. Po kilkudziesięciu minutach Mario przechodzi, mam skasowane ręce więc przodem puszczam jeszcze Alberto i tym razem idę na końcu. Szybki przechwyt do jedynej “klamki” i…

Uuaaaa…!

Lecę z blokiem skalnym, który obluzował chyba ostatni deszcz. Lina naciąga się jak guma od majtek, lecę w „nieskończoność”, hamując jakieś 30 cm nad półką skalną. Do trzech razy sztuka, teraz trzeba uważać! Znów nogi jak z waty, ale nie ma rady, trzeba iść, najgorsze są utrwalone urazy – więc kolejny wyciąg prowadzę ponownie ja.

pod szczytem Tramen, wśróg kruchych, często luźnych skał

Potwierdzamy słuszność wczorajszej decyzji – nie mieliśmy szans dotrzeć na szczyt w ciemności i w deszczu, poza tym podszczytowy fragment ciągnie się przez strome pola pełne kruchych, luźnych skał. Jest bardzo zdradliwie.

Plateau pod szczytem Tramen Tepui

We trzech, o 15.30 czasu wenezuelskiego wchodzimy na płaski, charakterystyczny dla Tepui wierzchołek, trzymając się za ręce, wrzeszcząc z radości. Altimetr i GPS pokazują 2726 m n.p.m. – nigdy wcześniej nie zdobyty szczyt Tramén Tepui. Dwa dni później drogę wspinaczkową nazwiemy w języku okolicznych indian Pemon „Turetà Aikuk Tachitàn” (hiszp.: “Selva Lluviosa Vertical” pol.: “Pionowy Las Deszczowy”).

na szczycie Tramen Tepui

Kilka zdjęć, krótki filmik i po 5-ciu minutach rozpoczynamy zejście, wiedząc, że pogoda zaraz się popsuje, a przecież jesteśmy bardzo zmęczeni i droga w dół obfituje w niebezpieczeństwa. Czasu jest mało. Za nic nie chcemy się znów błąkać po górnym plateau.

Pod ścianą z przerażeniem oglądamy nasze białe, zziębnięte i powykręcane skurczami stopy… pora znów włożyć gumowce – obuwie prawdziwych tepuyeros. Górny obóz przywitamy dopiero po 19-tej.

Nazajutrz rankiem, w towarzystwie 2 kolegów, przychodzi Gervasio, Indianin bez którego pomocy nasze wejście na szczyt chyba nie byłoby możliwe. Zwiajamy się szybko, ruszamy i… zaczyna padać deszcz.

Kilka dni później bogatsi o kolejne przygody transportowe, najedzeni, czyści – pijemy wymarzone piwo w Santa Elena de Uairén. Rozmawiamy o wszystkim, wspominając Naszą Górę:

  • robactwo – meszki Puri-Puri, zabójcze mrówki veinticuatro, stada komarów, wszędobylskie karaluchy.
  • wilgoć na poziomie 98-99% – gdy nie padało.
  • zamuloną wodę z bromelii.
  • zagrzybione, wiecznie mokre, cuchnące ciuchy.
  • tygodnie życia, przepraszam – taplania się w błocie jak tapiry.

Widzimy jak na dłoni, że daliśmy z siebie wszystko i dlatego się udało. Na styk. Żarcia było na styk, paliwa został mały zapas. Czasu było na styk. I cały czas napieraliśmy, nie marnując ani godziny. I mieliśmy masę szczęścia. Teraz napawaliśmy się satysfakcją, a zwykłe piwo – jak to w takich okolicznościach – nabierało charakteru ambrozji. Wokół festiwalowa atmosfera, wakacje – koniec karnawału. Trzeba wrócić do hotelu, światło się przyda, sięgam do kieszeni po bananowego “krokodyla” – i jak za każdym razem, kiedy to robię – przypominam sobie – jak mała, zapasowa latarka może uratować życie.

Od lewej: Marek Arcimowicz, Alberto Raho, Michał Kochańczyk, Izabela Stachowicz i Mario Osorio, czyli zwycięska ekipa razem. Tramen Tepui w tle, schowany w chmurach…

****

tierralatina.pl, która była jednym z patronów medialnych tej ekspedycji, opublikowała już relację Michała Kochańczyka. Przypominamy też, że wciąż trwa, zorganizowany przez National Geographic Polska, konkurs na odkryty przez Izabelę Stachowicz na zboczach Tramen, nieznany wcześniej gatunek motyla. Wkrótce opublikujemy także jej wspomnienia z wyprawy.

Prześlij dalej:

About Marek Arcimowicz

Od kilkunastu lat zawodowo fotograf od „zadań specjalnych“. Z wykształcenia architekt-planista, instruktor narciarstwa. Pracuje dla liczących się klientów i największych agencji reklamowych w Polsce i za granicą. Z aparatem „zaliczył“ wszystkie strefy geograficzne.

W sieci:

Na Facebooku Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

2 reakcje na "Wenezuelskie góry jak Tatry?"

  1. Karol Kazmierczak  15/12/2012 o 02:38

    Niesamowite musi byc to miejsce. Gratulacje dla zdobywcow!

    Odpowiedz
  2. Pingback: Izabela Stachowicz o wyprawie na Tramen Tepui

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.