A to dopiero początek…


Ostatnia, trzecia już relacja z tegorocznej polsko-wenezuelskiej wyprawy na Tramén Tepui. Tym razem ekspedycję wspomina Izabela Stachowicz – biolożka, która w jej trakcie odkryła nieznane wcześniej gatunki zwierząt.

Iza Stachowicz

Izabela Stachowicz, autorka tego tekstu, robiąca notatki w Warpata (fot.: Marek Arcimowicz)

Za trzecim razem się udało, choć nie o liczby tu chodzi. Bo jeśli by tak było „trójka” stanowiłaby zakończenie, finał, ostateczne starcie. A to dopiero początek.  Właśnie skończyłam studia magisterskie i postawiłam wszystko na jedną „tepujową” kartę, nie poszłam na studia doktoranckie, nie wyjechałam za „lepszym” zachodnim chlebem. Wycinam swoją własną ścieżkę. Najwyraźniej maczetą w tropikalnym, splątanym lesie.

Ta opowieść będzie trochę inna. Gdzie, co i kiedy tepujowej  wyprawy,  kolejne etapy działań czy znoje przy zdobywaniu szczytu już znacie. Każda z trzech wypraw (2009, 2011 i 2012) była trudna na inny sposób, nie tylko ze względu na to co działo się w nieprzewidywalnej  Wenezueli, ale przez to co doprowadzało do kolejnych wypraw. Bo jak mówi kierownik Michał Kochańczykprzygotowania do wyprawy, to wyprawa sama w sobie

Afera hamakowa

Kraków. Za chwile wyjazd, bagaż spakowany w 95% – tylko hamaków brak. Zbliżająca się godzina 17 nie zapowiada , że zostaną one dostarczone tego dnia, a o 2 w nocy ruszamy na lotnisko… A przecież zamówienie zostało złożone na tyle wcześnie, że już dawno powinny być spokojnie dostarczone. Uruchomiamy więc cały łańcuch interwencji sprzedażowo-dystrybucyjnych, by w końcu dowiedzieć się że nasze hamaki, tak niezbędne podczas tej tropikalnej wyprawy, utkwiły w DHL i nie istnieje już żadna opcja aby ja stamtąd wyciągnąć.

Nie ma czasu i sensu się wykurzać… Do momentu smsa od kolegi wylatującego do Caracas wraz z nami, ale z Warszawy – „Aye, kupiłem hamak”. I się znowu zaczęło… telefon do rzeczonego sklepu, jak się okazuje głównego „centrum hamakowego Polski” z desperacką prośbą o sprzedaż hamaków w ekspresowym tempie i przekazanie osobie, która zjawi się parę minut przed zamknięciem sklepu. Podczas rozmowy niespodziewanie pada w  słuchawce pytanie, które zadecydowało o błyskawicznym rozstrzygnięciu afery hamakowej: -to Pani przesyłka z hamakami utkwiła w DHLu? Bo to ja ją do Pani wysłałem w imieniu innej firmy u której Pani zamówiła towar…-.

Koniec końców po koniecznym roztrojeniu się warszawskiego kolegi udało się odebrać TE SAME hamaki, które zostały zamówione przez internet, w sklepie monopolowym obok hamakowego sklepu (ten był już zamknięty).

Zatem testowaliśmy hamaki, które wcale nie miały do nas dotrzeć, a dotarły z monopolowego sklepu. Tak lubię 😉

Takich historii mamy trochę. Tempo życia przed wyjazdem do Wenezueli było zawrotne, krążące przesyłki, wbiegający kurierzy, setki telefonów i maili. Za to Ameryka Południowa, którą przecież kocha się lub nienawidzi za mañana, trochę na opak przywitała nas szalonym, dramatycznym w zwrotach akcji, tygodniowym maratonem, który umożliwił nam w końcu ruszenie na tepui.  Dopiero tam czas zwolnił biegu…

W zawieszeniu

Iza Stachowicz w Tęczowym Lesie pod Tramen Tepui.

Iza Stachowicz w Tęczowym Lesie pod Tramen Tepui. (fot.: Marek Arcimowicz)

 

Na wyjazd, na wjazd, na Indian, na pogodę, na stopa, na motyla… Na przerwę w chrapaniu. Czekaliśmy.

To bardzo pouczające, kiedy „gnanie” jest w cenie, podkulić ogon i czekać, bo nic nie zależy już od ciebie. I tak spędzaliśmy godziny, dnie całe, wpatrując się w zachmurzone niebo w obozie w Warpata, nad wodospadem, czy w Tęczowym Lesie.

Powtarzane jak mantra, z niesłabnącą nadzieją  ”chyba się chmury podnoszą!” podnosiło, ale tylko nas na duchu. To wbrew  pozorom twórczy czas, choć najlepiej  schować się w śpiworze i oszczędzać energie na działania górskie i badawcze. Niektórzy członkowie wyprawy zapadli w letarg, ja popełniałam pamiętnik i wierszyki o różnych porach dnia i nocy. Zawsze inspirowane silnym bodźcem… Do takich należały nocne arie kierownika Misia.

 

Drapanie na śniadanie
godz  1.38, 11.03.2011

Gdzieś w tropiku
Mile od Bałtyku
Szary niedźwiedź mocno śpi
Drży w posadzie
Przy osadzie
Każdy człek
I namiotu brzeg
Choć zmian wiele
W tym jednym ciele
Co minutę, na nowo
Aria się zaczyna
I choćby nie wiem jak śnięta
Zła, bezsilna, padnięta
W kanonie z drapaniem czas wolno płynie
Tu, w Warpata, nie Morfeusza dolinie.

Nie zawsze myśli tak łatwo się rymowały. Wybitnie nieliryczny, a dramatyczny był dla mnie moment oczekiwania na ekipę Marka, Alberto i Mario po drugim, nieudanym ataku szczytowym. Tego dnia, po południu, do górnego obozu dotarł Michał. Był jednak tak wycieńczony, że po wypiciu litrów płynu zasnął w mgnieniu oka. Nie sposób również pominąć faktu, że chrapał namiętnie i doniośle. Przybył z nim również Gervacio, nasz niestrudzony Indianin, ale też poległ wraz z Michałem.

Pogoda i warunki potrafiły mocno dać w kość (fot: Marek Arcimowicz)

Pogoda i warunki potrafiły mocno dać w kość (fot.: Marek Arcimowicz)

Zapadał zmrok i nie byłoby w tym nic niepokojącego (dzień wcześniej ekipa wspinaczkowa wróciła po zmroku),  gdyby nie zbliżająca się burza… Próbowałam nawiązać z nimi łączność przez radio o umówionych pełnych godzinach, ale bez skutku. Ciągły szum w radiu zaczął mnie przysparzać o dreszcze. Załamanie pogody nieustannie dawało o sobie znać i rosło w siłę. Burza na skalnym plateau bez schronienia? Wolałam o tym nie myśleć.

Nie miałam z kim porozmawiać, omówić sytuacji. Tłumaczyłam sobie, że dla Michała to bułka z masłem, codzienność wyprawowa, zwłaszcza w porównaniu z wieloma himalajskimi ekspedycjami. Nie raz sprowadzał przyjaciół w czarnych workach. Dla mnie było to nowe silne doznanie, bałam się jak nigdy wcześniej w życiu. Zabijałam czas pisząc i przemieszczając się bezsensownie, bujałam się na hamaku, wstawałam, przeszłam 2 metry, wracałam, siadałam, wstawałam…

Setki scenariuszy przelatywały mi przez głowę, a oczy w nienaturalny sposób pozostawały szeroko otwarte. Jakby to ograniczone mruganie miało pomóc w wypatrywaniu światła czołówek na progu skalnym obozu. Jakby dawało mi to możliwość zobaczenia więcej – tam gdzieś, gdzie wiem, że nie wiem jak jest…

Iza polowała na owady, owady polowały na nią (fot. Marek Arcimowicz)

Iza polowała na owady, owady polowały na nią (fot.: Marek Arcimowicz)

Dotarł deszcz i porywisty wiatr. Zbliżała się 23, kolejna godzina na umówiony kontakt. Tym razem wydrapuję się na próg skalny, na którym przenika mnie lodowaty wiatr i deszcz. Pod peleryną, na kolanach, znów próbuję nawiązać łączność na umówionej częstotliwości. Tym razem dźwięki brzmią inaczej niż wcześniejszy ciągły szum. Wydaje mi się, że słyszę głos Marka… i wtedy wyładowuje się bateria. Zbiegam po kolejny zestaw, jak się okazuje baterie wcześniej założone przez kierownika ominęły jedną sztukę, przez co radio bardzo szybko się rozładowywało nawet z nowym zestawem baterii…

Michał w końcu dołącza do mnie. Szybko wymieniam cały zestaw, ale jest już za późno, znów tylko szum w  eterze. O północy cisza, o 1 w nocy cisza. Słyszałam tylko głos Marka, a co z Alberto i Mario? Nie miało sensu próbować łączyć się później w nocy.

Oberwał mi się hamak, więc i tak nie miałam jak spać.

Dopiero o 6 rano, w promieniach mglistego, złotego wschodu słońca, udało mi się ponownie nawiązać kontakt – cała ekipa była w komplecie. Półżywi, ale cali, byli na drodze do obozu.

Oczekiwanie

Iza Stachowicz łowi... (fot: Marek Arcimowicz)

Iza Stachowicz łowi… (fot.: Marek Arcimowicz)

Czekanie i obserwowanie to dobra szkoła dla przyrodnika. Przyczajona, w półprzysiadzie w chwilowej plamie słońca, z gotową do użycia siatką na motyle zauważam w gąszczu wysokich na półtora metra bromelii plątaninę białych, półprzeźroczystych „korzeni” zakończonych pęcherzykami. Pływacze! To prawdziwe kuriozum – mikroświat dwóch endemitów z tepui: owadożernego pływacza Utricularia humboldtii i bromelii Brocchinia tatei. Pływacze wykształcają pułapki (pęcherzyki), które funkcjonują jedynie  w środowisku wodnym i służą do chwytania drobnych organizmów wodnych, np. skorupiaków, w stanowiącym cysterny wodne rozetowym układzie liści bromelii. Brak korzeni u pływacza (jedynie zmodyfikowane pędy z pułapkami) i fakt, iż żyje on w bromelii bez pasożytniczej interakcji, pozwalają nazwać go epifitem wodnym.

Kolejna unikatowa cecha Utricularia humboldtii to błyskawiczne kiełkowanie nasion: już po paru godzinach od wpadnięcia do wody. Mięsożerny gospodarz tej interakcji – bromelia Brocchinia tatei – wykształca korzenie, które pełnią głównie funkcję czepną do podłoża, nie pobierając substancji mineralnych czy wody. B. tatei poprzez absorpcyjne mikrowłoski po wewnętrznej stronie liści pobiera wodę i mikroelementy. Są one uwalnianie z rozkładających się zatopionych owadów i skorupiaków tworzących mikroekosystem bromelii. To zresztą taką właśnie biologiczną zupę bardzo często wydobywaliśmy z rośliny, aby – po przefiltrowaniu – zdobyć wodę.

Pływacze

Pływacze (Utricularia humboldtii) wewnątrz bromelii (fot.: Marek Arcimowicz)

Choć to właśnie deszcz był sprawcą naszych ciągłych przestojów, to stanowił jedyne źródło wody, gdyż wszystkie strumienie Tramén Tepui są pochodzenia pluwialnego (deszczowego) i wysychają w kilka godzin po zakończeniu opadów. Wtedy właśnie pozostawała już nam tylko „zupa” z bromelii…

Boże, co ja złapałam?!? (fot: Marek Arcimowicz)

Boże, co ja złapałam?!? (fot.: Marek Arcimowicz)

W końcu pojawia się i motyl, za którym można było rzucić się w pogoń, prostując nogi i odrywając nos od mikroświata.

Bujając się na splątanych, zawieszonych metr nad ziemią korzeniach, zwanych „roślinnymi hamakami”, czekamy na Indian wysłanych z GPSem na szyi do sprawdzenia najbliższego cieku wodnego. Zwykle to my przedzierając się przez chaszcze mglistego lasu tropikalnego robimy dużo hałasu, tym razem jednak zamieramy w miejscu bujania. Po paru minutach bezruchu zaczynają pojawiać się ciekawskie ptaki, przewodzą kolibry. Błyskawicznie przemieszczają się z miejsca na miejsce nie tracąc kontaktu wzrokowego ze mną. Tak jakby Homo sapiens, w tym zaginionym świecie, był dla nich czymś wybitnie egzotycznym…  Po dokładnym zwiadzie znikają skąd się pojawiły – znikąd.

Ropucha znalezioma pod kamieniem (fot: Marek Arcimowicz)

Ropucha znalezioma pod kamieniem (fot.: Marek Arcimowicz)

Wiem, że muszę mieć oczy dokoła głowy,  warto też by mieć ze trzy głowy. Przyrodnik, choć czeka na mobilne ptaki, musi zauważać pozornie bierną skałę, która kryje w sobie lub pod sobą życie. Na najwyższym plateau, do którego dotarłam, niechcący trącony kamień odsłania maleńką ropuchę w smolistym kolorze. Obie zamieramy, jednak nie trwa to zbyt długo, bo przez radiotelefon słyszę głos Marka: „znalazłem jakąś żabę w ścianie, chcesz ją?”. Jak się potem okazuje bliską koleżankę mojego znaleziska z endemicznej rodziny Oreophrynella, w której ropuchy nie skaczą a majestatycznie spacerują pomiędzy oczkami wodnymi na najwyższych plateau tepui.

W szczególności zaś zaskakuje, Oreophrynella nigra, czarne trzycentymetrowe maleństwo w przypadku ataku drapieżnika dokonuje nietypowej w świecie przyrody czynności – zwija się w kulkę i wytacza z miejsca zajścia. Choć preferuje wolne spacery, rozmnażanie przebiega u niej ekspresowo i już w minutę po wyjściu z jaja ropucha gotowa jest do życia, pominięta zostaje zupełnie faza kijanki. Za to młode osobniki mogą liczyć na tak samo niezwykłą w świecie płazów opiekę rodzicielską!

Izabela Stachowicz w pracy... (fot: Marek Arcimowicz)

Izabela Stachowicz w pracy… (fot.: Marek Arcimowicz)

Przy myciu zębów zauważam kolejną żabę, która okazuję się nowym dla nauki gatunkiem z rodziny Tepuihyla. Idąc na siusiu natykam się na sparaliżowanego strachem nocnego ptaka lelka, którego według wszelkich źródeł nie powinno być na tym obszarze. Nie zawsze zatem muszę czekać na wyjątkową obserwacje, czasem ona znajduje mnie.

Zdobyliśmy szczyt. Tak, wszyscy, choć nie wszyscy fizycznie, ale każdy zyskał coś dla siebie. Nawet jeśli było to bolesne przekonanie, że więcej już nie można osiągnąć.

Mocno rozbujana była huśtawka z emocjami i nastrojami podczas wszystkich wypraw. Mówię tu na pewno o sobie: od wielkiej euforii poprzez rozdrażnienie, bezradność, po paraliżujący strach. Jest dużo do „trawienia” po takim wyjeździe. Przez natłok emocji na miejscu, dopiero po czasie dociera do nas pełny obraz tego co się wydarzyło. Wszyscy przeżyli, zdobyty nieosiągnięty dotąd szczyt, nowo odkryte gatunki motyli, nowy endemiczny gatunek ropuchy… Czego chcieć więcej?

Uczestnicy tegorocznej wyprawy na Tramen Tepui (od lewej): Marek Arcimowicz, Alberto Raho, Michał Kochańczyk, Izabela Stachowicz i Mario Osorio.

Uczestnicy tegorocznej wyprawy na Tramen Tepui (od lewej): Marek Arcimowicz, Alberto Raho, Michał Kochańczyk, Izabela Stachowicz i Mario Osorio.

Możnaby grubą, „dumną” kreską odkreślić całe zdarzenie i zabierać się za nowe, chociaż jest jeszcze mnóstwo historii do opowiedzenia… Już niebawem minie rok od naszej wyprawy, a kalendarz (nie ten Majów) wskazuje, że trzeba wracać do Wenezueli…

Prześlij dalej:

3 reakcje na "A to dopiero początek…"

  1. ania p.  01/01/2013 o 05:21

    Wspaniała kobieta!!!gratuluje. dziękuję za inspirujący tekst na nowy rok!
    i trzymam kicuki za kolejne ekspedycje pani Izo!!

    Odpowiedz
  2. zwirekiwigura  03/01/2013 o 14:46

    Bradzo fajna historia. Rzeczywiście pokazuje te wyprawy z zupełnie innej strony niż poprzednie opowieści. Niesamowicie budujące jest też, że mamy wciąż w Polsce takich naukowców-pasjonatów, i to do tego młodych!
    Powodzenia Pani Izo! Niech ten 2013 rok przyniesie jeszcze ciekawsze odkrycia!

    Odpowiedz
  3. Pingback: Playa Paraiso, czyli raj utracony - Sur del Sur

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.