„Dlaczego nie zawrócił?” Leszek Cichy o wypadku na Aconcagui

-Mówiłem im żeby nie próbowali atakować szczytu, bo będzie pogorszenie pogody. Mimo to poszli. I ja to rozumiem...- znany polski himalaista Leszek Cichy opowiada o okolicznościach, w których - w trakcie kierowanej przez niego ekspedycji - zaginął na Aconcagui 47-letni Jacek Krawczyński.


4 lutego władze argentyńskiej prowincji Mendoza, na terenie której znajduje się Aconcagua, najwyższa góra obu Ameryk, poinformowały o trwających już kilka dni poszukiwaniach turysty z Polski. Miał on  27 stycznia miał stanąć na jej szczycie, a następnie – podczas zejścia z niego – zaginąć. Udało się nam wówczas ustalić, że zaginiony to mieszkający w Londynie 47-letni Opolanin: Jacek Krawczyński, który na Aconcaguę wybrał się pod opieką Leszka Cichego.

Leszek Cichy w 2010 r. (fot.: Bogdan Jankowski)

Leszek Cichy w 2010 r. (fot.: Bogdan Jankowski)

Przede wszystkim nie chciałbym, aby Jacka przedstawiać jako mojego klienta– tłumaczył nam słynny himalaista, podczas spotkania w Buenos Aires – Ja nie organizuję wypraw w celach zarobkowych. Napracowałem się sporo w bankowości, więc mam z czego żyć. Dla mnie te wyjazdy to po prostu sposób na pozostawanie w formie i spędzanie czasu z ciekawymi ludźmi. Bo nie jeżdżę z osobami przypadkowymi – wszystko to są znajomi, bądź znajomi znajomych. Nie mam strony internetowej, ani biura które mnie sprzedaje i reklamuje. Nikogo do wyjazdów nie namawiam. Ludzie sami się do mnie zgłaszają i jeżdżą ze mną po wiele razy. Np. w przypadku Jacka, była to już nasza czwarta wspólna podróż. I jak zawsze było jasne, że nikogo na szczyt nie będę wciągał, że po prostu spróbujemy wejść i ja będę się starał wszystkim pomóc. Gwarancji sukcesu nie dawałem nikomu żadnego. Jacek o tym doskonale wiedział, bo już raz – trzy lata temu – bez powodzenia próbowaliśmy wspólnie zdobyć Aconcaguę. Jacek dotarł wówczas na 6300 m n.p.m.

Tomek Surdel: Wtedy jednak wszyscy cało wrócililiście do domu, a tym razem wracasz bez jednego uczestnika. Co więc się stało?

Wyprawa była przygotowana bardzo dobrze. Wszystko było na najlepszym możliwym poziomie. Do bazy w Nido de Condores szliśmy na zupełnie lekko, bo mułów i tragarzy było więcej niż trzeba. Na miejscu mieliśmy wynajęte najlepsze możliwe namioty, te proponowane przez Inka Expediciones, czyli duże, z normalnymi łóżkami, z cateringiem. Weszliśmy też – w celu aklimatyzacyjno-kondycyjnym – na pobliski Cerro Bonete, mający 5100 m wysokości. Potem ruszyliśmy zakładać pierwszy obóz na Plaza Berlin, czyli na 5830 m n.p.m. I tam właśnie Jacek, z dwoma kolegami – Leszkiem i Sebastianem, zapytali się mnie czy sami nie mogliby pójść jeszcze wyżej, aby postawić swe namioty już na Plaza Colera (ok. 6000 m n.p.m.). Zgodziłem się, bo byli w dobrej formie fizycznej, droga trudna przecież nie jest, a Jacek w dodatku już ją znał.

Była mowa o samodzielnym zdobywaniu szczytu?

Tak. Zapytali się, czy przy dobrej pogodzie mogą spróbować wejść. Na co im odpowiedziałem, że nie, bo prognoza pogody nie jest najlepsza, więc po co marnować siły na coś, co najprawdopodobniej się nie uda. Wydawało mi się, że wszystko jest jasne.

Dojście do Canalety, 6600 m n.p.m. (fot: John Biggar)

Dojście do Canalety, 6600 m n.p.m. (fot: John Biggar)

Czyli nie posłuchali się?

No nie posłuchali. Ale – szczerze mówiąc – ja ich rozumiem. Obudzili się o świcie, zobaczyli czyste niebo i dużą grupę ludzi szykującą się do wejścia na szczyt. Postanowili więc spróbować, a nuż się uda? W górach przecież trzeba wykorzystywać tego typu okazje.
W sumie z Colery, tuż po 6 rano, wyszło tego dnia ok. 15 osób. Wśród nich m.in. Czesi i Węgrzy. No i nasza trójka. Węgrzy dość szybko zawrócili, bo stwierdzili że jest im zbyt zimno, co jednak nie było problemem dla Jacka, Leszka i Sebastiana – oni mieli bardzo dobry sprzęt. Czesi też szli w górę. Cała ta grupa mocno się rozciągnęła, różnice w tempie wchodzenia były dość spore. Wśród Polaków najszybszy był Leszek, on stanął na szczycie już o 10:25. Gdy schodził, to oczywiście minął się z podchodzącym Jackiem, ostrzegając go, że ten ma do szczytu jeszcze bardzo dużo – ze 3-4 godziny. Mimo to Jacek, który szedł wówczas z jakimś Czechem, stwierdził że będzie szedł dalej. I nie zawrócił nawet wtedy, gdy – dużo później – ze szczytu schodził już Sebastian. On był na samej górze o 12:45 i w drodze powrotnej spotkał podchodzącego Jacka mniej więcej w połowie Canalety, a pogoda już  wtedy wyraźnie się psuła. Idący z Jackiem Czech też go w końcu wyprzedził i dotarł na szczyt o 13:58. Zrobił sobie zdjęcie i gdy już się pakował, szykując do zejścia, Jacek też tam dotarł – było już wtedy po 14. Czech nie poczekał na Jacka, bo ten chciał jeszcze robić pamiątkowe zdjęcia, a pogoda coraz bardziej się psuła. Ale mówił, że widział Jacka po raz ostatni, gdy ten też już schodził i był w połowie podszczytowej ścieżki. Niestety zaraz potem cała górna część Aconcagui pogrążyła się w chmurze opadowej i śnieg szybko zaczął zasypywac ślady. Już nawet Sebastian miał problemy w znalezienieniem właściwej ścieżki.

Kiedy zostały rozpoczęte poszukiwania?

Alarm wszczęto już tego samego dnia wieczorem, ale po ciemku przy złej pogodzie to ratownicy mogą jedynie przejść się wokół obozowisk. Intensywne poszukiwania zaczęły się następnego dnia i rzeczywiście widać było, że szukają. Od razu włączono do akcji śmigłowiec, przesłuchiwano świadków. Sebastiana to chyba w sumie 7 godzin przepytywali.

A co z resztą grupy?

Kontynuowaliśmy działania mniej więcej zgodnie z przyjętym planem. I jeszcze kilka osób z grupy weszło na szczyt, oczywiście wypatrując jakichkolwiek śladów po Jacku. Ja sam wykorzystałem dzień tych działań wokółszczytowych aby osobiście dokładnie przejrzeć okolice, w których on zaginął. Niestety też bezskutecznie.

Co mogło się stać?

Wiele rzeczy. Aconcagua to potężny masyw. Przy złej widoczności łatwo zabłądzić. Ratownicy przypuszczają, że np. mógł w końcu szukać schronienia i wczołgać się pod jakiś głaz i tam zamarzł. Wiem, że zrobią wszystko aby ciało w końcu odnaleźć.

Zdaniem niektórych przewodników z Mendozy skandalem jest to, że na Aconcaguę próbowałeś wejść z aż 20 osobami. Zaginięcie Jacka używane jest teraz jako argument za zaostrzeniem kontroli tego kto, jak i z kim wchodzi na szczyt.

Zupełnie mnie takie krytyki nie dziwią, zresztą słyszę je od dawna. Przewodnicy z Mendozy najchętniej zupełnie zabroniliby wchodzenia z przewodnikami-cudoziemcami. Każdy pretekst jest dobry aby wyeliminować konkurencję. Dla nich to walka o chleb. A jeśli chodzi o mnie, to nie uważam że zabieranie takiej grupy było lekkomyślnością. Ja wiem z kim idę i kogo na co stać. Nikt z nich nie był w górach po raz pierwszy. A niektórzy doświadczenie mieli naprawdę bardzo duże – w grupie było chociażby dwóch GOPRowców.

Czyli sumienie masz czyste, nie popełniłeś żadnego błędu?

Wielokrotnie to już wszystko analizowałem i zastanawiałem się, czy coś można było zrobić inaczej. Jednak niczego takiego nie widzę: nie zostały przecież złamane żadne reguły, nikogo nie zostawiłem, ostrzegałem o złej pogodzie. No mogłem im ewentualanie zabronić wychodzenia z namiotami do Colery. Tylko dlaczego miałbym to zrobić? Że nie, bo nie? Przecież samo to wyjście było pozbawione ryzyka. I nawet nie mam im za złe, że spróbowali iść na szczyt mimo mojego sprzeciwu. Nie rozumiem jedynie dlaczego Jacek nie zawrócił, widząc, że idzie tak wolno, a pogoda jest coraz gorsza.
Zawsze myślałem, że to do mojego domu ktoś kiedyś zadzwoni powiedzieć, że zginąłem w górach. Tymczasem to ja musiałem teraz zadzwonić do jego żony. Nie było to łatwe…

62-letni Leszek Cichy z wykształcenia jest geodetą, pracował też jako nauczyciel akademicki, makler i finansista. Był m.in. wiceprezesem założonego przez Aleksandra Gudzowatego Banku Współpracy Europejskiej i zasiadał w zarządzie Telefoniki Kraków. Przede wszystkim znany jest jednak jako jeden z najlepszych polskich himalaistów, który w lutym 1980 r. – wraz z Krzysztofem Wielickim – dokonał pierwszego w historii zimowego wejścia na Mount Everest. Był też pierwszym Polakiem, któremu udało się zdobyć Koronę Ziemi, wchodząc na najwyższy szczyt każdego kontynentu. W latach 1995-1999 kierował Polskim Związkiem Alpinizmu.

Book Hostels Online Now

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

43 reakcje na "„Dlaczego nie zawrócił?” Leszek Cichy o wypadku na Aconcagui"

  1. Andrzej  12/02/2013 o 13:08

    Cichy mówi: „Nie chciałbym, aby Jacka przedstawiać jako mojego klienta. Ja nie organizuję wypraw w celach zarobkowych. Napracowałem się sporo w bankowości, więc mam z czego żyć. Dla mnie te wyjazdy to po prostu sposób na pozostawanie w formie i spędzanie czasu z ciekawymi ludźmi.” A także: „Nie uważam że zabieranie takiej grupy było lekkomyślnością.” – to o tych 20 osobach pod opieką (nawiasem mówiąc ja słyszałem, że ich było ponad 20!).

    Tymczasem jeszcze 3 lata temu ten sam Leszek Cichy mówił: „Zarabiałbym więcej, gdybym miał np. 30 wyjazdów w roku. Ale mam 8-10 grup rocznie, z czego dwie są zwykle na Mont Blanc, więc krótkie i najwyżej czteroosobowe, bo więcej klientów jako przewodnik nie mogę zabrać.”

    Jak dla mnie to bardzo niepokojąca zmiana optyki.

    Odpowiedz
  2. Monika Hann  12/02/2013 o 13:39

    Wypowiedź Leszka Cichego nie jest dla mnie niczym innym, jak usprawiedliwianiem własnych grzechów, może uspokajaniem sumienia. Mój mąż miał pojechać na tę wyprawę, umawiał się na nią razem z Jackiem Krawczyńskim, naszym przyjacielem. W ostatniej chwili zrezygnował z ważnych powodów osobistych. Dlatego mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Cichy nie zna uczestników swoich wypraw. Nie są to jego znajomi, nie są to wyłącznie ludzie otrzaskani z górami. Zgłaszają się osoby, które pocztą pantoflową dowiedziały się o wyprawie, płacą i tyle. To, że raz, czy dwa było się na jakimś szczycie, nie oznacza, że jest się doświadczonym wspinaczem. Leszek nie zorganizował nawet spotkania przed wyjazdem, zrobił to jeden z uczestników. Jak można takie przypadkowo dobrane osoby traktować jako partnerów we wspinaczce? To są ludzie, którzy odeszli od biurka, by przeżyć wielką przygodę i jadą na wyprawę z Cichym w przekonaniu, że mają najlepszą możliwą opiekę – osoby doświadczonej, znającej góry, słynnego himalaisty, legendy Aconcagui. Cichy jest dla nich wielkim autorytetem. Tymczasem zabrakło właśnie tego, opieki. Uważam, że wielkim błędem było zezwolenie na oddzielenie się tej trójki od grupy. Uważam, że nie wolno ich było puścić samych bez jakiejkolwiek odprawy, bez jakichkolwiek instrukcji. Nie wolno było dopuścić, by Jacek został sam. Argument, że jest dorosły i sam podjął decyzję o wejściu jest dla mnie nie do przyjęcia. Jak można sądzić, że Jacek miał wystarczające doświadczenie, by móc ocenić ryzyko? Gdyby Cichy nie przyśpieszał wcześniej marszu na górę (wbrew przyjętym standardom dotyczącym procesu aklimatyzacji) i gdyby – wobec załamania pogody – podjął decyzję o odwrocie spod szczytu, jak zdecydowała tego dnia inna polska grupa, będąca na Aconcagui, Jacek by żył. Uważam, że organizowanie takich wypraw jest po prostu niemoralne.
    I jeszcze jedno: Cichy mówi Przewodnicy z Mendozy najchętniej zupełnie zabroniliby wchodzenia z przewodnikami-cudoziemcami. Każdy pretekst jest dobry aby wyeliminować konkurencję. To co? Leszek był przewodnikiem, czy nie był? Dlaczego trzej uczestnicy prosili go o pozwolenie na wyjście? Niepojęte pozostanie dla mnie także, dlaczego Leszek Cichy potrzebował tygodnia, by zawiadomić żonę Jacka o zaginięciu. Na temat aspektu finansowego całej sprawy zmilczę.

    Odpowiedz
    • zdobywca Aconcagui  12/02/2013 o 13:56

      „To, że raz, czy dwa było się na jakimś szczycie, nie oznacza, że jest się doświadczonym wspinaczem. Leszek nie zorganizował nawet spotkania przed wyjazdem, zrobił to jeden z uczestników. Jak można takie przypadkowo dobrane osoby traktować jako partnerów we wspinaczce?”

      Ale przecież wejście na Aconcaguę normalną drogą to wysokogórski trekking, a nie wspinaczka! Nie trzeba mieć żadnych wspinaczkowych umiejętności – po prostu cały czas idzie się pod górę! Więc obiektywnego ryzyka nie było. Zabrakło rozsądku – niepotrzebnie trzy osoby zrobiły coś, na co kierownik się nie zgadzał. Zaryzykowali na własne życzenie. Dwóm się to ryzyko opłaciło, trzeciemu niestety nie.

      Ale przecież idąc w góry ZAWSZE podejmujemy jakieś ryzyko. Dobrowolnie i świadomie. Powyżej 6000 m ZAWSZE można umrzeć. Nawet w objęciach przewodnika.

      Odpowiedz
    • Aleksandra  14/02/2013 o 19:04

      „To są ludzie, którzy odeszli od biurka, by przeżyć wielką przygodę i jadą na wyprawę z Cichym w przekonaniu, że mają najlepszą możliwą opiekę – osoby doświadczonej, znającej góry, słynnego himalaisty”
      I mieli taką opiekę. Wygląda na to, że sami z niej zrezygnowali wysforowując się do przodu wbrew zaleceniom, nie czekali na przewodnika, na to nikt nie jest w stanie zaradzić.
      A aspekt finansowy? wyprawa na odległy kontynent jest tak czy tak kosztowna, obojętnie czy organizowana w formie zaobkowej czy nie. myślę że jeżeli coś z wyprawy zostaje, toi tak są to drobne w porównaniu z kosztami całości

      Odpowiedz
  3. również zdobywca  12/02/2013 o 14:33

    Uważam że nie można całkowitą winą obarczać Cichego. Przecież nie zezwolił na atak szczytowy.
    Ten nieszczęśnik musiał zdawać sobie sprawę (a przynajmniej powinien), ze nikt mu całkowitej gwarancji bezpiecznego wejścia i zejścia nie zagwarantuje na takiej wysokości. Sam podjął decyzję mimo że nawet towarzysze schodzący w dół dawali znaki że jest późno a do szczytu daleko. Takie są góry niestety. Każdy odpowiada tu za siebie.
    Ja szedłem z argentyńskimi przewodnikami (którzy wcale mało za opiekę nie biorą) i mieliśmy od początku powiedziane, że mamy ich słuchać jeśli powiedzą że mamy schodzić w dół a jeśli nie posłuchamy to znaczy że dobrowolnie odcinamy się od grupy, zdejmując z kogokolwiek najmniejszą nawet odpowiedzialność za naszą decyzję. Czy w tym przypadku właśnie tak nie było?
    Sam nie wiem jaką decyzję bym podjął gdyby wtedy kazano mi zawrócić. W takiej chwili nie zawsze rozsądek wygrywa z ambicją.
    Wyrazy współczucia dla rodziny.

    Odpowiedz
    • zdobywca Aconcagui  12/02/2013 o 15:43

      Święte słowa: „nie zawsze rozsądek wygrywa z ambicją” – moim zdaniem to jest właśnie sedno sprawy. Zwłaszcza że znając profil klientów Cichego ofiarą najprawdopodobniej był jakiś prezes, menadżer, dyrektor. Oni mają zakodowane dążenie za wszelką cenę do wyznaczonego celu.

      PS. Proszę moich słów nie traktować jako oskarżenia. To bardziej próba znalezienia odpowiedzi.

      Odpowiedz
  4. Nutosia  12/02/2013 o 18:44

    Napewno, przede wszystkim to straszna tragedia, współczuje zarówno Ofierze jak Rodzinie.

    Dobrze, ze Cichy z podniesioną przyłbicą przedstawia swoje zdanie. Gwiazda PHZ Bielecki nic sobie nie robi z pojawiających się tu i tam zarzutów spowodowania śmierci swojego klienta (?)…

    Tu sprawa też jest szemrana – to, że zabraniał wskazuje, że miał władze na tej „wycieczce”, ergo robił za przewodnika. Z drugiej strony jak się ktoś ( nie w amoku) odwiąże gajdowi od liny, albo wyjdzie ze schroniska wbrew jego zaleceniom i ubije to trudno mieć do przewodnika o to pretensje… Summa sumarum tym razem Cichy chyba wychodzi z twarzą i oby to było standardem w jego działalności.

    Odpowiedz
    • doleblanche  17/09/2013 o 21:28

      Cichy i Bielecki są siebie warci. I abstrahuję zupełnie od tego co się stało na Broad Peaku – Bielecki w Alpach zostawił klienta, a gdy on zginął twierdził, że wcale nie był przewodnikiem, tylko razem wchodzili, a ten co zginął nie płacił żadnego honorarium tylko „pokrywał koszty”.
      Widać oba panowie nie boją się śmieszności.

      O Bieleckim: http://www.skps.wroclaw.pl/index.php?function=show_all&no=4744

      Odpowiedz
  5. Piotr Matlak  12/02/2013 o 19:32

    Kiedyś w jakiejś górskiej książce przeczytałem, że nie sztuką jest zdobyć jakiś szczyt. Że prawdziwą sztuką jest umieć wycofać się zwłaszcza w sytuacji, w której cel jest już prawie na wyciągnięcie ręki. I są to święte słowa – sam kiedyś o mały włos życiem nie przypłaciłem takiego myślenia, że skoro jestem tak blisko, to grzechem byłoby zawracanie. Miałem na tyle szczęścia, że spotkałem na trasie wojskowy patrol (Szwajcaria, oczywiście), który mnie niemal siłą zmusił do pójścia z nimi w stronę schroniska. Gdyby nie oni to śnieżyca która się rozszalała kilkanaście minut później pewnie by mnie pogrzebała.

    Odpowiedz
  6. Piotr  12/02/2013 o 23:25

    Myślę, że mamy do czynienia z upadkiem autorytetu. Myślę, że w tym gronie wszyscy znają historię wyprawy na Everest opisanej w książce „Życie za Everest”. Tam pomimo licznych błędów pzewodnicy byli ze swoimi klientami. I z nimi trwali do końca, umierali…

    Tutaj mamy do czynienia z przerażonym karłem – Leszkiem Cichym, tchórzem, który nie tylko nie jest w stanie po męsku wziąć na siebie odpowiedzialność za niepotrzebną ofiarę, ale zrzucić na nią całą winę.

    Cichy podobno po całym zdażeniu, kontynuował zabawę na karnawale w Rio.

    Odpowiedz
    • Marcin Opania  13/02/2013 o 00:59

      Wybacz Anonimowy Piotrze, ale to raczej Ty jesteś tchórzem, skoro nawet nie stać cię aby ciężkie oskarżenia i obelgi (oraz błędy ortograficzne) podpisać własnym nazwiskiem.
      Krytykować zza klawiatury jest zawsze bardzo łatwo.

      I nie porównuj wyprawy na Everest z wejściem na Aconcaguę, bo się po prostu ośmieszasz. Nie te wysokości, nie ten poziom trudności, nie ta logistyka.

      Cichego można lubić lub nie. Można krytykować. Można zastanawiać się czy popełnił jakieś błędy, debatować czy rozsądne jest jeżdżenie w góry z aż tak dużymi grupami.

      Powiem więcej – nawet trzeba to robić, aby podobnych sytuacji w przyszłości uniknąć.

      Choć wypadki w górach były, są i będą. I w sumie dobrze, bo gdyby ich nie było, gdyby ich zdobywanie nie wiązało sie ryzykiem to pewnie byśmy w nie nie chodzili, prawda?

      Przecież idziemy tam właśnie po to aby zmierzyć się ze sobą, z własnymi słabościami, aby sobie coś udowodnić.

      Z tej rozmowy z Cichym wynika (a, póki co, nie ma podstaw aby mu nie wierzyć) że trzy osoby zrobiły coś na co on się nie zgodził. Nie za bardzo widzę dlaczego z tego powodu należałoby nazywać go tchórzem. A co miał zrobić? przykuć ich łańcuchami do skały?

      Zadanie którego się podjęła ta trójka było proste – podejść z Berlina do Colery. Tam nie ma ŻADNYCH trudności technicznych. Nie ma ekspozycji, nie ma lodowca, o tej porze roku zazwyczaj nie ma też śniegu.

      Panowie postanowi później zrobić coś więcej. Sami. Czy to rzeczywiście wina Cichego?

      Nie wydaje mi się, ale jestem gotów dyskutować i wysłuchać kontrargumentów. Dyskusja się tu przyda.

      Ale dyskusja. A nie anonimowe rzucanie kalumniami.

      Odpowiedz
      • andrzej ziarko  14/02/2013 o 10:56

        mysle, ze mozna przyrównac trudnosci w zdobywaniu acongagua do zdobywania everestu, bo dla nie jednego to nawet rysy staja sie jego everestem.
        Pan Cichy nie mógł nic innego w oficjalnym wywiadzie powiedziec bo przeciez wie, że wykonywanie pracy przewodnika na Aconcagua przez przewodników z Polski jest nielegalne. Przewodnicy z Mendozy nic do tego nie maja, bo to prawo argentynskie reguluje kto i kiedy moze pracowac na terenie argentyny. Łamanie tego prawa skutkuje róznego typu nieprzyjemnościami do deportacji i zakzu wjazdu wlacznie. Dlatego w takiej sytuacji pojawiają sie kłamstwa typu; jestesmy grupą przyjaciół, ja nic tu nie organizuje, za nic nie jestem odpowiedzialny itp. mozna oczywiscie w ten sposób próbować nielegalnych działań ale dobrze by było zeby klienci byli tego świadomi.

        Odpowiedz
  7. Refini  13/02/2013 o 07:42

    Dobrze napisane Marcinie
    A do Piotra
    Tak, znamy ten film i tą książkę, ale co w tym pięknego że ktoś zginął… Wybacz ja tego nie rozumiem. Tak jak napisałem jeszcze przed wypowiedzią Leszka, jadąc z nim wiemy na co się decydujemy, jesteśmy dorośli i jest to nasza decyzja. I nie ma co winić Leszka – To są Góry.
    Byłem z Leszkiem 3 razy i pewnie jeśli pomimo to będzie dalej chciał coś organizować to znowu z Nim pojadę. Może nie w tym roku – tu mam swoje plany, może to nimi ja zarażę Leszka.
    Nikt nie jest ideałem, każdy z nas ma swoje wady, słabości, popełnia błędy. W Górach, w warunkach ekstremalnych, gdy jesteśmy skazani na siebie, to wszystko staje się jeszcze bardziej widoczne. Dopiero One weryfikują to z kim naprawdę możemy wytrzymać i z kim chcemy współpracować, komu potrafimy zapomnieć błędy.
    A na koniec ze wspomnianej książki chcę przypomnieć inne zdanie, które utkwiło we mnie: W Górach powyżej pewnej wysokości każdy jest sam, każdy sam się zmaga ze swoimi słabościami, nie ma grupy
    I nie deprecjonujcie Aconcaguy a przypomnijcie sobie inne zdanie : „Każdemu Jego Everest”.
    Aconca też może być czyimś Everestem….

    Odpowiedz
  8. Monika  13/02/2013 o 11:31

    Dobrze chłopaki mówicie…co Cichy miał zrobić…przywiązac ich? Pewne jego działania można krytykować, ale w tej kwestii nie uważam żeby coś zrobił nie tak. Natomiast przerażająca jest dla mnie postawa 3 Panów, którzy w góry sie wybrali. Skoro szli razem to powinni trzymać się razem , ustalić jakieś zasady i sie wspierać a tam każdy patrzył tylko na swój czubek nosa i za wszelka cene chciał wejsc a co sie z innymi stanie to juz nie jego sprawa. Może i zabranie 20 osób na taka wyprawę ma racje bytu ale w warunkach, kiedy Ci ludzie reprezentują podobny poziom, znaja sie i moga na siebie liczyć.Ta trójka sie wczesniej nie znała i mamy skutek. Tam byli ludzie, którzy reprezentowali skrajności w przygotowaniu kondycyjnym i jak Leszek chciał taka grupe wprowadzic razem ? Czyli albo z góry sie zakłada, ze wszyscy nie wejda albo Leszek bedzie krążył 3 razy na szczyt jak ich podzieli wg mozliwości.Ta druga opcja raczej odpada.
    Jacka znałam…był tam drugi raz i bardzo chciał wejść.I moze tam zabrakło jakiegos przyjaciela, który by powiedzial …Jacek pieprzy sie pogoda, nie warto ryzykować…góra bedzie tu stała. Niestety był sam.
    Wyrazy współczucia dla rodziny.

    Odpowiedz
  9. Anna Dworak  13/02/2013 o 11:48

    Człowiek nieżyje, a Leszek jedzie do Rio na karnawał z resztą grupy?
    To jest przewodnikiem czy nie?
    A co z poszukiwaniami? Nie został?
    No tak w górach każdy musi radzić sobie sam, jest świadom ryzyka.

    Odpowiedz
  10. Piotr z Koszalina  14/02/2013 o 17:59

    „Obudzili się o świcie, zobaczyli czyste niebo i dużą grupę ludzi szykującą się do wejścia na szczyt. Postanowili więc spróbować, a nuż się uda? W górach przecież trzeba wykorzystywać tego typu okazje. W sumie z Colery, tuż po 6 rano, wyszło tego dnia ok. 15 osób. Wśród nich m.in. Czesi i Węgrzy”
    Wśród Polaków najszybszy był Leszek, on stanął na szczycie już o 10:25. Gdy schodził to oczywiście minął się z podchodzącym Jackiem ostrzegając go, że ten ma do szczytu jeszcze bardzo dużo – ze 3-4 godziny. Mimo to Jacek, który szedł wówczas z jakimś Czechem, stwierdził że będzie szedł dalej.
    Wynika z tego że Leszek wszedł tam w 4 godziny z minutami , natomiast Jacek nadal miał 3-4 godziny do szczytu. Coś źle policzyłem , wyszli przecież razem , to takie różnice kondycyjne zostały dobrane prze Pana Cichego , to chyba był jakiś żart z jego strony i to dość nieudany.
    Chociaż niech odda zapłatę rodzinie .

    Odpowiedz
    • również zdobywca  14/02/2013 o 20:32

      Widać że nie chodzisz po górach wysokich. Ten co na nizinach jest mocny fizycznie, na wysokości może totalnie się „rozjechać” i to w różnych momentach. Dla tego nieszczęśnika to właśnie mogła być ta chwila gdy przekroczył granicę swego organizmu, może brakło jeszcze aklimatyzacji… To trudno przewidzieć ale trzeba wsłuchać się w swój organizm gdy mówi że jeszcze nie teraz. Aklimatyzacja to sprawa bardzo indywidualna.

      Odpowiedz
  11. Aleksandra  14/02/2013 o 18:52

    Oczywiście, że jedzie dalej z resztą grupy, wobec ludzi ma się wywiązać z reszty obietnic . Sama przy prowadzeniu grupy od uczestników usłyszłam: ale co nas obchodzi że kogoś nie ma? MY mamy dalej realizować program zgodnie z planem, dlaczego mamy marnować urlop na czekanie? A ty masz obowiązek jechać z nami…
    Na innym wyjeździe nie udało mi się najsprawniejszych utrzymać w grupie, pognali do przodu nie czekając na resztę, odebrałam to jako osobistą porażke. I tu sarkastycznie stwierdzam, że po przeczytaniu tej historii mi lżej, bo jeżeli ludzie nie słuchają takich autorytetów jak Leszek Cichy to dlaczego mieliby słuchać mnie? Przykro tylko, że niesubordynacja kończy się tragicznie.
    Wyrazy współczucia dla rodziny.

    Odpowiedz
  12. gość  15/02/2013 o 20:39

    Byłam z Leszkiem Cichym na wyprawie i powiedziałam – nigdy więcej. Ten pan nie zna słowa grupa, odpowiedzialność za grupę. Działa na zasadzie „róbta co chceta”, choć niby jedziemy pod jego kierownictwem. Rzeczywiście na wyprawie jest turystą a nie przewodnikiem.Po wypowiedziach powyżej widać, że ten styl niektórym odpowiada. Dla mnie nie do przyjęcia. Szkoda nerwów a jak widać może to się skończyć również utratą życia. Wyrazy współczucia dla Rodziny zmarłego.

    Odpowiedz
    • również zdobywca  15/02/2013 o 22:27

      Dobrze piszesz – nigdy więcej.. nie jedź w góry wysokie. Bo może się to skończyć utratą życia. I nie ważne czy tam pójdziesz z Cichym, przewodnikiem argentyńskim czy nawet całym GOPRem – może się tak skończyć. Szkoda nerwów … dobrze piszesz

      Odpowiedz
  13. nie zdobywca  15/02/2013 o 21:34

    A jakie uprawnienia przewodnickie ma Leszek Cichy? (IVBV?) Nie. Nie ma zadnych. A prace przewodnika wykonuje.

    Nie wspomnial tez o akcji z ubieglego roku – jak celowo zaplanowal atak z Nido de Condores tak by w drodze powrotnej spac w Elenie, ktora jest schronem rezerwowym.

    Odpowiedz
    • również zdobywca  15/02/2013 o 22:43

      A to tam potrzeba takich uprawnień? Pytam bo nie wiem. Ale jeśli ich nie potrzeba, to chyba nie chcesz powiedzieć że Cichy nie ma odpowiedniego doświadczenia i przygotowania? Co do akcji górskiej… to nie wiem jakie były okoliczności i skąd w ogóle masz te informacje. Ale z Nido de Condores atakuje wiele ekip.

      Odpowiedz
  14. Pingback: Znaleziono ciało zaginionego na Aconcagui Jacka Krawczyńskiego | tierralatina.pl

  15. Zdobywca  16/02/2013 o 17:24

    Jaki przewodnik z niego! Idzie w gory z 20-ma osobami! bez telefonu satelitarnego, bez cb radia, bez GPS-a! …karwa, bardziej extremalnie niz himalaisci w czasach komuny! …niech jeszcze jakis idiota powie, ze to takie cool! Gdyby mial jakiekolwiek uprawnienia przewodnickie, nawet do oprowadzania turystow po Starowce to nie zapomnialby o takich podstawach

    Odpowiedz
    • Bulderowiec  16/02/2013 o 17:34

      Zdobywcą czego niby jesteś? Chyba autostrad widzianych z kabiny TIRa. Skoro CB radia chcesz w górach używać. O GPSsie na szczycie nie będę wspominał…
      Ludzie, nie zabierajcie głosu w (fakt, że interesującej!) dyskusji, jeśli najwyraźniej nie macie pojęcia o temacie.

      Odpowiedz
  16. Zdobywca  16/02/2013 o 17:47

    Czlowieku, bylem na kilku szczytach… Komunikacja z baza to podstawa… idz na buldery, a nie pieprz ze CB i GPS nie sa potrzebne w gorach wysokich!
    Zapytaj Baranowskiej, Hajzera i innych czy mieli CB lub telefon satelitarny… a potem mow, ze ktos kto zabiera 20 osob jako przewodnik w gory jest dla Ciebie guru

    Odpowiedz
    • Marcin Opania  16/02/2013 o 18:12

      Coś czuję, że boulderowcowi nie chodziło o to, czy komunikację warto mieć, czy nie lecz o jej rodzaj. I ma rację, bo CB w górach się nie stosuje. Z racji używanych częstotliwości CBradia wymagają długich anten. Ręczne odbiorniki CB mają bardzo słaby zasięg i dlatego prawie wcale się ich nie produkuje/stosuje. W eksploracji stosuje się urządzeń pracujących w zakresach VHF/UHF. To zdecydowanie nie to samo co CB radio.

      GPS też bywa zdradziecki. Raz, że zazwyczaj nie ma szczegółowych map elektronicznych górskich szczytów, dwa że w wysokogórskim terenie margines błędu odbiornika jest taki, że może cię pokierować prosto w szczelinę lub przepaść. Poza tym jest odwiecznu problem słabej odpowrności baterii na niskie temperatury. Dlatego zazwyczaj GPS służy himalaistom do logowania obecności na szczycie. NIe do „szukania drogi”

      Odpowiedz
  17. Beata  16/02/2013 o 18:03

    Jestem żoną uczestnika tej wyprawy w Andy i muszę przyznać,że najpierw wiadomość o zaginięciu Jacka, a dzisiaj o odnalezieniu Jego ciała bardzo mnie zasmuciła. Czytając Wasze komentarze wyczuwam w nich żal i złość z powodu tak bezsensownej śmierci, myślę jednak że nie ma celu wyciąganie w tej chwili co Pan Leszek Cichy zrobił dobrze a co źle. Ja sama nie mam doświadczenia wysokogórskiego, ale moje pierwsze pytanie po relacji z zginięcia Jacka było – Dlaczego decydując się na opuszczenie grupy wchodzili osobno i to w tak dużych odstępach czasu?. Towarzysze Jacka mają chyba coś do przemyślenia. Stała się rzecz smutna a czasu już nie cofniemy, ale jeżeli oprócz pełnych plecaków weźniemy zdrowy rozsądek i serce pokorne względem matki natury to takich sytuacji będzie mniej.
    Szczere wyrazy współczucia dla Rodziny i Przyjaciół Jacka

    Odpowiedz
  18. Monika  16/02/2013 o 22:46

    To samo mowilam kilka komentarzy do tylu.Jak mozna myslec tylko o sobie. Ci dwaj Panowie mieli szczescie, ze to nie im sie cos przytrafilo. W gorach sie nikogo nie zostawia. Oni nie wychodzili oddzielnie na atak szczytowy tylko razem. Byly takie roznice w kondycji, ze od razu sie rozdzielili. Widac chyba, ze chlopaki malo doswiadczeni i najwazniejsze to wejsc na szczyt..a co dookola ..niewazne. Ja jestem inaczej nauczona, ale moze tez dlatego, ze chodze z ludzmi, ktorych znam i na ktorych mozna liczyc. Tutaj zlepek nieznanych osob, do tego takie skrajnosci w kondycji.

    Odpowiedz
  19. montmartczyk  19/02/2013 o 12:39

    Bardzo rozsądna wypowiedż p. Piotra z Koszalina. Jak to możliwe, że p. Leszek wszedł w 4:20 na szczyt, a p. Jacek, spotkany przez p. Leszka w drodze powrotnej, miał jeszcze ok. 3 – 4 godzin. Był w aż tak kiepskiej formie? choroba wysokogórska? czy jakieś inne dolegliwości? A jak wyglądała wcześniejsza aklimatyzacja? O tym znikąd ani słowa.
    Nawiasem mówiąc mam wrażenie, że osoby na tym forum choroby wysokogórskiej w ogóle nie chcą zauważyć. A to przecież znacznie ważniejsze od faktu, czy Aconcangua jest „trekkingiem wysokogórskim”, czy jednak czymś trochę poważniejszym.

    Odpowiedz
  20. Izabela  22/02/2013 o 13:17

    A mnie zawsze zastanawia jakim trzeba być EGOISTĄ by wybierać się w tak wysokie góry mając rodzinę, trójkę dzieci, w tym jedno kilkumiesięczne? Gdzie jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ (!!!!!!) za dzieci i żonę, rodzinę. Czy realizacja własnych pasji i potrzeb jest najważniejsza? Wyrazy współczucia dla żony i dzieci…

    Odpowiedz
    • Maria  22/02/2013 o 20:08

      Nie rozumiesz? A Ty jakieś pasje masz? Mój mąż nie chodzi po górach ale nurkuje w jaskiniach. Też niebezpieczne. Ale cieszę się, że to robi. Choć czasem bardzo się boję. Myślałam wiele razy już o tym co będzie jeśli (odpukać) kiedyś nie wróci. Mam nadzieję, że nigdy tak nie będzie.
      Jednak gdyby tego nie robił, gdyby nie miał tej odskoczni, to pewnie bym się bała że dostanie zawału serca z przepracowania i stresu w robocie. Więc mu kibicuję.

      Odpowiedz
    • MI  26/02/2013 o 19:41

      Współczuję Twojemu małżonkowi – to chyba „straszna odpowiedzialność” być z Tobą.

      Odpowiedz
    • americalatina  17/04/2013 o 21:14

      A mnie zawsze zastanawia jakim trzeba być EGOISTĄ by palic papierosy, jesc niezdrowe jedzzenie, jezdzic szybko samochodem, majac rodzine i dzieci.
      Gdzie jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ (!!!!!!) za dzieci i żonę, rodzinę.
      Czy realizacja własnych pasji i potrzeb jest najważniejsza?

      kobieto ocknij sie!
      zycie to nie inkubator z przyciskiem „pielegniarka”.

      Odpowiedz
  21. Krystian Maszyński  24/02/2013 o 17:36

    Boże kochany, co to za tłumaczenie, że „to nie byli klienci”? Ci ludzie zapłacili duże na pewno pieniądze aby pojechać w góry ze słynnym Leszkiem Cichym, będąc przekonanym że oddają sie w najlepsze możliwe ręce. I co? I Leszek Cichy pozwolił aby grupa się rozdzieliła. Pozwolił by w górę poszło samotnie trzech amatorów, mających najwyraźniej bardzo różne przygotowanie kondycyjne. Na dodatek źle zaaklimatyzowanych. Bo skoro weszli do parku 20 stycznia, a 27 byli już na szczycie to na pewno nie byli dobrze zaaklimatyzowani.
    Leszek Cichy może sobie mówić co chce, moim zdaniem jest to sprawa dla prokuratora.

    Odpowiedz
    • Maciej Kozłowski  02/04/2013 o 20:20

      Tłumaczenie takie pokrętne jak to już ktoś wyjaśnił w komentarzu wcześniej: nielegalne wykonywanie działalności i czerpanie z tego korzyści majątkowej i tylko i aż tyle. Jakoś na życie zarabiać przecież jednak trzeba. Mamy tutaj 3 elementy: po po pierwsze nazwisko jako rozpoznawalną markę (wiedza, doświadczenie, osiągnięcia gwarantujące fachowość,bezpieczeństwo i wysoką jakość usług) wabik przyciągający potencjalnego klienta z wypchanym portfelem, po drugie „łatwą” górę „w stylu trekingowym” ale atrakcyjną bo „górę wysoką” na którą można zabrać „dużą grupę” na zasadach „wycieczki w góry” bez większego ryzyka przy zastosowaniu minimum środków i zasad bezpieczeństwa oraz po trzecie element zabawowy jakim jest karnawał w Rio. Fantastyczna wycieczka-wyprawa-zabawa do tego „atak szczytowy” ale to wszystko NA NIELEGALU. Bez pozwoleń, dokumentów, ubezpieczenia, bez umowy no to i bez odpowiedzialności. Ludziska PRZESTAŃCIE jeździć na takie wyprawy a zacznijcie jeździć na LEGALNIE zorganizowane. Wtedy nie będzie żadnych „wątpliwości”. A inną sprawą jest to, że w górach można bardzo łatwo i z prozaicznych przyczyn stracić życie oraz to, że jeżeli ktoś postanowi zrobić coś wbrew legalnemu organizatorowi to ten organizator powinien próbować tego kogoś powstrzymać (poinformować o skutkach prawnych, finansowych/wyperswadować/zakazać/zawrócić) a jeżeli to nie przyniesie skutku, nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne negatywne następstwa. Jeżeli 3 dorośli ludzie postanowili „zdobyć górę” na własną rękę ale na zasadzie „każdy sobie rzepkę skrobie” i jeden z nich najsłabszy kondycyjnie mimo perswazji pozostałych nie zawrócił (wiadomo że z przyczyn ambicjonalnych) i stracił życie to co tak właściwie się stało poza nieszczęściem? Była to grupa znajomych-nieznajomych, zorganizowana-niezorganizowana, legalna-nielegalna gdzie wszyscy odpowiadali za wszystkich i nikt za nikogo zarazem. Jeszcze raz apeluję: PRZESTAŃCIE JEŹDZIĆ NA TEGO TYPU „WYPRAWY”. można pojechać na wycieczkę i wynająć miejscowego przewodnika. Przestrzegać wszystkich zasad i w razie jakiegoś (odpukać w niemalowane drewno) wypadku dochodzić prawdy i swoich praw. Psy szczekają a karawana jedzie dalej?

      Odpowiedz
  22. Robert Reinfuss  24/02/2013 o 22:45

    „Wyprawy partnerskie” to formuła z którą musimy skonczyć! To ta formuła a nie Leszek Cichy jest odpowiedzialna za śmierci Jacka. Ta formuła powoduje, że uczestnicy wyruszają na wyprawę z przekonaniem że jada z profesjonalnym przewodnikiem, autorytetem, który gwarantuje im bezpieczeństwo. W czasie wyprawy okazuje się jednak, że są sami, bo przewodnik boi się ujawnić i wziąć za cokolwiek odpowiedzialność. Uczestnicy nie moga liczyć ani na przewodnika ani nawet na siebie wzajemnie … bo każdy pojechał tam z przewodnikiem a nie z ekipą znajomych, na których może liczyć. Jacek, Leszek i Sebastaian poszli na szczyt każdy sam!! To nie wydarzyłoby się gdyby nie przewodnik (gdyby ta wielka grupa pojechała bez przewodnika to pewnie zorganizowaliby się w jakieś grupy). Przewodnik daje uczestnikom poczucie bezpieczeństwa. Na wyprawach „parterskich” niestety fałszywe. Przewodnik znika gdy tylko pojawiają się trudności … bo on „nie jest tu żadnym przewodnikiem”. Nie było przewodnika gdy burza śnieżna uwięziła cztery osoby na 8 dni w piątym obozie na 5200, nie było gdy trzeba było wezwać helikopter z pomocą, gdy uczestnik wyprawy złamał bark i trzeba go było sprowadzić z 4400, gdy uczestniczkę wyprawy sanki pociągnęły po stromym lodowcu ubdzierając jej niemal twarz ze skóry, nie było gdy uczestnik na biwaku powyżej 5000 dostał choroby wysokościowej i musiał natychmiast wycofać się do bazy i gdy trzeba było podjąć akcję ratunkową pod Mont Blank du Tacul. To są prawdziwe historie z wypraw partnerskich, w których brałem udział. Nie było też przewodnika gdy Jacek nie wrócił na biwak na Plaza Colera i gdy wiadomo już było, już wieczorem, że pomoc musi ruszyć natychmiast! bo liczą się godziny a nawet zwykłe światła czołówek, rakieta świetlna, obchodzenie obozu może zwiększyć szansę uratowania człowieka! Skończmy z tymi wyprawami „partnerskimi”. To jest oszustwo.

    Odpowiedz
    • Maciej Kozłowski  02/04/2013 o 20:43

      Nie zgodzę się z twoją wypowiedzią w jej pierwszej części ponieważ „organizator” korzysta pełną gębą z tej „cudownej formuły” w celach zarobkowych jak najbardziej i nie jest to ktoś anonimowy. Nazwisko jest tutaj kluczem: znakiem towarowym, wabikiem, gwarantem, sam to zauważasz. W pełni się zgodzę co do reszty: nie korzystajcie z tej „cudownej formuły” bo ona jest po to właśnie, żeby zarobić i się nie narobić a uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności w razie nieszczęścia. Ciekawi mnie czy to jest kolejna nasza narodowa specjalność czy inne narody też ją stosują?

      Odpowiedz
  23. americalatina  17/04/2013 o 20:49

    co do sprzetu.
    akurat GPS jest bardzo przydatny na gorze typu Aconagua czy Mont Blanc.
    masyw jest tak potezny, ze mozna spokojnie zapisywac swoja sciezke.
    abstrahujac od waypointow, ktore spokojnie pomoga odnalezc droge podczas zalamania pogody.
    skad wiem, bo to zawsze robie, oprocz tego na Aco kilka lat temu tez tak robilem.
    dzieki temu podczas nocnej wspinaczki spokojnie mozna odnalezc strategiczne miejsca (przelecze, obozowiska, etc) i odnalezc sie podczas zalamania pogody.

    kwestia posiadania telefonu satelitarnego to juz inna sprawa.
    przy strategii, ktora miala grupa Cichego nie mialo to znaczenia, bo kazdy sobie atakowal na wlasne reke.
    telefon i gps przydatne sa gdy maszeruje sie razem.

    nie ulega watpliwosci, ze Jacek byl klientem Cichego.
    nikt nie jedzie na Aco, ktorys raz z kolei, by sobie pochodzic ze znajomymi krolika, w liczbie 20 osob.

    czy mozna zarzucac cos przewodnikowi?
    jedyne co mu mozna zarzucic, ze nie wykorzystal swojego autorytetu i nie zakazal grupie rozdzielac sie.
    a jezeli juz kazdy idzie swoim tempem, to ostatni co schodzi to wlasnie przewodnik i zbiera ludzi po drodze (niezalezenie od tego czy weszli czy nie).

    chyba, ze na samym poczatku wyjazdu jest jasne, ze kazdy wchodzi na wlasna reke.
    tylko po co wtedy brac przewodnika?!

    Strategia Cichego jest bardzo podobna do strategii Pawlowskiego, ktory rowniez wypuszcza swoich klientow jak owieczki na gore, nie idac z nimi.
    nie jest to problemem przy niskich szczytach, ale Aco mimo, ze technicznie nie odbiega od wejscia na Gubalowke, jest gora wysoka i zdradliwa.

    Odpowiedz
  24. Piotr Wasilkiewicz  17/09/2013 o 22:03

    Mój przyjaciel był na wyprawie z Cichym na Kilimandżaro. I po powrocie powiedział „nigdy więcej” bo tak, jego zdaniem, źle była to przygotowana wyprawa. Ludzie puszczani w samopas, a pan przewodnik głównie zajęty obciskiwaniem w bazie jakiejś panienki. A wszystko za ciężkie pieniądze, na pewno nie „po kosztach” jak teraz twierdzi Cichy.
    Swoją drogą to jestem ciekawy, że Cichy rzeczywiście powiedział tej trójce aby nie szli na szczyt. Mógł przecież powiedzieć „próbujcie”, a wersję zmienił później – dla rozmydlenia własnej odpowiedzialności.

    Odpowiedz
  25. łojant  24/09/2013 o 05:40

    Cichy łże. Po tym jak powiedział, że nie organizuje wyjazdów zarobkowo, a ich uczestnicy to przyjaciele a klienci, nie można mu wierzyć żadnemu jego słowu. Skoro raz skłamał, to pewnie kłamie dalej i tworzy taką rzeczywistość jaka mu jest wygodna.
    Tak jak Bielecki, który niemal przy każdej wypowiedzi na temat tego co się wydarzyło na Broad Peaku mówi coś innego.
    Są siebie warci – może i dobrzy himalaiści, ale tchórzliwi oszuści, nie umiejący się przyznać do własnych błędów. Szkoda tylko, że z powodu ich błędów zginęli ludzie.

    Odpowiedz
  26. Marek Dusza  26/08/2014 o 20:49

    Oczywiście, że łże. Cyniczny narcyz. Nie wystarczy zapisać się na kartach historii. Trzeba jeszcze być uczciwym człowiekiem. Mam nadzieję, że ktoś da dobry przykład i rozprawi się z cwaniactwem w górach, uprawianym kosztem zapatrzonych, często naiwnych, ale niewinnych ludzi.

    Odpowiedz
  27. Marek  02/10/2014 o 21:35

    Chyba się dochrapał. Zasłyszane, ale z rzetelnego źródła. Cichy został pozwany. I dobrze. Niech się sąd wypowie.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.